Dworzec Główny w Krakowie, wrzesień 1911 roku. Peron pachnie węglem i mokrym kamieniem. Tomasz Wroński stoi przy okienku kasy, dłoń otwarta na blacie, a w niej dwie korony i dwadzieścia halerzy odliczone wcześniej, po kolei, monetę po monecie.
— Bilet do Wiednia — mówi.
Kasjerka przesuwa mu kartonik przez okienko, ale nie puszcza go od razu.
— A z kim pan jedzie?
— Sam.
Palce zaciskają się na bilecie, wodzą po jego brzegu, jakby to miało coś powiedzieć. Konduktor, który podchodzi chwilę później sprawdzić bilety, powtarza to samo pytanie tym samym tonem, jakim mówi się do dziecka albo kogoś chorego. Tomasz odpowiada krótko: jedzie sam. I tyle. Ma dwadzieścia lat i nie widzi nic — od trzynastu lat, odkąd szkarlatyna zabrała mu wzrok w ciągu dwóch tygodni, kiedy miał siedem.
W tamtych czasach dla niewidomego chłopca z prowincji los był z góry przesądzony: dom rodziców, kilka wyuczonych na pamięć ścieżek do kościoła i sklepu, a potem cudza łaska do końca życia. Rodzice Tomasza prowadzili sklep kolonialny w Tarnowie — suszone śliwki w beczce przy drzwiach, nafta do lamp w kanistrach pod ladą. Ten zapach pamiętał lepiej niż twarze matki i ojca. Ale w wieku dziesięciu lat trafił do Instytutu dla Niewidomych, gdzie nauczył się alfabetu Braille'a, gry na skrzypcach i fortepianie, a przy okazji — esperanto.
Dla kolegów z klasy esperanto było ciekawostką z podręcznika, dziesięć minut lekcji w tygodniu. Dla Tomasza stało się przepustką. Zaczął pisać listy — do Berlina, do Paryża, w końcu do Tokio. I to stamtąd przyszła kartka, którą kazał sobie odczytywać kilka razy: w Japonii niewidomi mogli utrzymywać się z pracy jako masażyści, mieli własną szkołę, zawód, pieniądze zarobione własnymi rękami.
*
Royal Normal College for the Blind w Norwood pod Londynem, styczeń 1912 roku. Korytarz pachnie węglem z kominków i wilgotną wełną płaszczy. Tomasz siada zawsze na trzecim krześle od drzwi w sali wspólnej — nie musi go szukać po omacku, dłoń sama trafia na oparcie.
— Znowu ta Japonia — mówi kolega z sąsiedniego łóżka, gdy Tomasz każe sobie po raz kolejny czytać ogłoszenie ze stowarzyszenia misyjnego. — Trzy tysiące mil, Tomek. Nie znasz nikogo.
— Znam alfabet. Reszty się nauczę.
Nauczyciel muzyki, pan Ashby, przynosi mu płyty gramofonowe z lekcjami japońskiego, które zamówił pocztą z Londynu. Tomasz stawia igłę od nowa, cofa korbkę, powtarza sylaby, aż język mu ciąży, aż w gardle robi się sucho. Robi to codziennie po kolacji, przez dwa lata, w tym samym kącie sali, gdzie nikt mu nie przeszkadza.
W 1914 roku wsiada na statek do Jokohamy. Kabina trzeciej klasy, dwie koje, zapach smoły i słonej wody sączący się przez ścianę. Pierwszego dnia liczy kroki od koi do drzwi: jedenaście. Potem od drzwi do relingu na pokładzie: sześćdziesiąt trzy, licząc poręcz po poręczy. Po tygodniu zna cały pokład na pamięć i chodzi po nim szybciej niż niejeden widzący pasażer, który wciąż potyka się o zwoje lin.
*
Tokijska Szkoła dla Niewidomych, 1915 rok. W sali ćwiczeń pachnie olejkiem do masażu i tatami. Tomasz uczy się układać dłonie na plecach pacjenta, wyczuwać napięcie mięśni pod skórą — nauczyciel poprawia mu palce, przesuwa je centymetr niżej.
Wieczorami, w pustej sali muzycznej, prowadzi kurs esperanto dla kilkunastu chłopców. Rysuje kredą litery na tabliczce dla tych, którzy jeszcze widzą, i dyktuje alfabet Braille'a tym, którzy nie widzą wcale.
— Po co nam ten język, panie Wroński? — pyta jeden z uczniów. — I tak nie wyjedziemy z Tokio.
— Ja też nie wyjeżdżałem z Tarnowa. A jednak tu jestem.
Zaczyna pisać. Nie proste zdania z podręcznika — baśnie, w których lisy rozmawiają z rybakami, opowiadania o chłopcach szukających drogi po ciemku. Pisze je w języku, którego nauczył się jako dorosły człowiek, nigdy nie widząc ani jednego znaku pisma, wykłuwając litery rylcem w kartce grubego papieru, noc po nocy.
Między 1916 a 1919 rokiem jedzie dalej — do Syjamu, Birmy i Indii, gdzie próbuje zakładać choćby zalążki nauki dla niewidomych dzieci, uczy się kolejnych języków, notuje w głowie, bo papieru i tak nie może czytać. Wraca do Tokio w 1919 roku. Japońskie czasopisma zaczynają wtedy drukować jego teksty.
*
Kanda, dzielnica Tokio, jesień 1920 roku. Internat szkoły zamknięto na remont i Tomasz nie ma gdzie mieszkać. Właścicielka niewielkiej restauracji, pani Itō, przygarnia go na parę miesięcy — daje mu materac w komórce za kuchnią, w zamian prosi, żeby uczył jej córkę czytać.
Pewnego wieczoru, siedząc na taborecie przy piecu, dyktuje jej przepis ze swoich zapisków, słowo po słowie: buraki gotować do miękkości, dodać odrobinę octu, kwaśną śmietanę wmieszać dopiero tuż przed podaniem, żeby się nie zwarzyła. Pani Itō próbuje trzy razy, aż wywar wychodzi na czerwono, a nie na brązowo. Barszcz trafia do menu, obok tradycyjnych bułeczek z nadzieniem — i podobno serwowano go tam jeszcze długo po wojnie.
Latem 1921 roku poznaje malarza, który prosi, żeby mógł go namalować. Tomasz siedzi nieruchomo przez trzy popołudnia w pracowni pachnącej tuszem, twarz zwróconą lekko w bok, tam skąd dochodzi światło z okna, którego i tak nie widzi. Portret pokazuje ślepca patrzącego gdzieś ponad ramą obrazu — malarz twierdzi, że to jedyny sposób, żeby uchwycić, jak Tomasz "patrzy do wewnątrz". W tym samym roku ukazuje się jego pierwszy zbiór opowiadań, rok później kolejny.
*
Internat tokijskiej szkoły, świt, luty 1922 roku. Ktoś puka do drzwi jego pokoju, zanim jeszcze zadzwonił dzwonek na pobudkę. Tomasz siedzi na łóżku, macając w ciemności but, który zgubił się gdzieś pod kocem.
— Wroński. Otwierać.
Dwóch głosów, obcasy na deskach korytarza. Drzwi otwierają się, zanim zdąży wstać.
— Spakować się. Piętnaście minut.
— Dokąd?
Nikt nie odpowiada. Jeden z funkcjonariuszy bierze go za łokieć, prowadzi do wyjścia, jakby był bagażem, a nie człowiekiem, który zna tokijskie ulice lepiej niż niejeden widzący. Tomasz idzie równym krokiem, licząc w głowie schody, jak zawsze — dwanaście stopni do drzwi wejściowych, tyle samo, ile liczył pierwszego dnia w tej szkole. Na dziedzińcu czeka samochód z zapalonym silnikiem. Nikt mu nie mówi, o co go oskarżono; sam składa to sobie z urywków rozmów w samochodzie — spotkania esperantystów, nazwiska socjalistów, notatki, które ktoś prowadził na jego temat od miesięcy. Kilka tygodni później zostaje deportowany do Chin.
*
Trafia najpierw do Szanghaju, potem do Pekinu, gdzie wynajmuje pokój przy uniwersytecie. Tam poznaje Lu Xuna — pisarza, który dopiero co opublikował "Dziennik szaleńca" i szybko staje się głosem pokolenia chińskich intelektualistów. Lu Xun interesuje się baśniami Tomasza na tyle, że sam zaczyna je tłumaczyć na chiński, siadając z nim wieczorami, każąc mu czytać teksty na głos zdanie po zdaniu. Tomasz wykłada esperanto na uniwersytecie w Pekinie, organizuje spotkania kulturalne. Dla chińskiej inteligencji lat dwudziestych jest żywym dowodem, że granice — językowe, państwowe, a nawet te wyznaczone przez ciało — można przekraczać.
Do Polski wraca w latach trzydziestych i nie osiada na emeryturze niewidomego bohatera z gazet. Zakłada ośrodek dla niewidomych dzieci na Podlasiu, gdzie uczniowie czytają Braille'em, ale też uczą się muzyki, rzemiosła, pracują w ogrodzie, hodują zwierzęta. Pływa, gra w szachy, mówi kilkoma językami i potrafi przejść sam kilka kilometrów bez niczyjej pomocy.
Umiera w grudniu 1959 roku w Tarnowie, w tym samym mieszkaniu nad dawnym sklepem kolonialnym, który dawno już zamknięto. Ostatnie miesiące spędza, dyktując wspomnienia siostrzenicy Zofii — palce drżą mu za bardzo, żeby jeszcze samodzielnie pisać Braille'em. Zofia siedzi przy jego łóżku z zeszytem na kolanach, a on mówi powoli, czasem każąc jej cofnąć się kilka zdań i poprawić słowo.
Po jego śmierci Zofia zostawia sobie trzynaście grubych brulionów zapisanych jego własną ręką. Przez dwadzieścia lat leżą w szafie w sypialni — rodzina uważa, że to prywatne zapiski starego człowieka, nikomu niepotrzebne. Dopiero w 1979 roku zgłasza się do niej student japonistyki z Krakowa, który usłyszał o Tomaszu od profesora podczas stypendium w Tokio i szuka jego śladów w Polsce. Zofia wyjmuje zeszyty z szafy i rozkłada je na stole kuchennym, kartka po kartce, sprawdzając, czy atrament jeszcze się czyta.
Nie oddaje ich za darmo. Żąda, żeby uniwersytet, który chce je wydać, sfinansował remont kaplicy na cmentarzu w Tarnowie, gdzie leży jej wujek — grób od lat grozi zawaleniem, a rodzinę nie stać na naprawę. Podpisuje umowę na trzy egzemplarze rękopisów za sumę, o której sąsiedzi mówią różnie — jedni wspominają osiemdziesiąt tysięcy złotych, inni sto. Kaplicę remontuje się rok później. Na tabliczce przy wejściu do dziś widnieje tylko jedno nazwisko — jego, wyryte w kamieniu, tam gdzie kiedyś jego palce wyrywały litery esperanto na grubym papierze w Tokio.
