Warsztat po teściu, kwota sto dwadzieścia tysięcy

Nazywam się Bartek, mam czterdzieści dwa lata i prowadzę warsztat lakierniczy przy Grochowskiej, w Warszawie, od jedenastu lat. Zacznę od tego, bo ludzie, którzy słyszeli tę historię od Krystyny, mojej teściowej, na pewno powiedzieli wam, że jestem człowiekiem, który wykorzystał chorego staruszka. Otóż nie. Ja tam byłem, kiedy jej mąż, mój teść Zenon, kasłał krwią w tym warsztacie do drugiej w nocy, próbując dokończyć lakierowanie zderzaka za klienta, bo bał się, że straci robotę. To ja go wtedy zawiozłem na Szaserów, na SOR, i to ja siedziałem na tym plastikowym krześle do szóstej rano, pijąc kawę z automatu za dwa złote pięćdziesiąt, bo Krystyna akurat była u siostry w Radomiu i nie odbierała telefonu.

Zenon zmarł trzy lata temu, w marcu. Warsztat zostawił mnie, bo od dwunastu lat razem go prowadziliśmy — ja żeniąc się z Anitą, jego córką, wszedłem w ten biznes jak w rodzinę, całym sobą. On mi ufał bardziej niż własnemu synowi, Robertowi, który zajrzał do warsztatu może trzy razy w życiu i za każdym razem po pieniądze.

Problem zaczął się na stypie. Krystyna, jeszcze w czarnej sukience, z chusteczką w dłoni, powiedziała przy wszystkich, że warsztat "oczywiście zostaje w rodzinie", czyli — jak się okazało — dla Roberta. Bo Robert to syn, a ja to "tylko zięć". Powiedziała to tak spokojnie, jakby czytała listę zakupów, a nie odbierała komuś jedenaście lat pracy.

Zacząłem od tego, żeby nie było niejasności: papiery były w porządku. Zenon zapisał mi udziały w firmie jeszcze pięć lat wcześniej, u notariusza przy placu Konstytucji, bo bał się dokładnie tego, co się stało. Miał rację. Krystyna zaczęła dzwonić do klientów i mówić, że warsztat "zmienia właściciela", że mają się rozliczać z Robertem. Robert, który nie odróżnia lakieru bazowego od werniksu, przyszedł pewnego wtorku i próbował zabrać kasę z sejfu, mówiąc pracownikom, że "teraz on tu rządzi".

Mogłem to załatwić od razu przez prawnika. Nie zrobiłem tego. Czekałem, bo to wciąż była matka mojej żony, a ja nie chciałem, żeby Anita musiała wybierać między mężem a matką przy grobie ojca ledwie ostygłym. Więc tłumaczyłem się. Pokazywałem papiery. Krystyna machała ręką i mówiła, że "papiery to jedno, a sprawiedliwość to drugie", jakbym to ja miał być winny temu, że jej syn przez dwadzieścia lat wolał grać w pokera w Legionowie niż uczyć się fachu od ojca.

W czerwcu Robert przyprowadził do warsztatu dwóch kolegów i zmienił zamek w bramie. Rano zastałem kłódkę, jakiej nigdy tam nie było, i kartkę przyklejoną taśmą: "Teren prywatny, wstęp wzbroniony". Pracownicy stali na chodniku z termosami, nie wiedząc, co robić. Jeden z nich, Sylwek, dzwonił do mnie zdenerwowany, bo miał tego dnia odbiór dwóch aut.

Wtedy zadzwoniłem do mecenasa Wieczorka, z którym Zenon załatwiał kiedyś sprawy spadkowe po swoich rodzicach. Powiedziałem mu wszystko, od początku, i spytałem, ile to będzie kosztować i ile potrwa. Odpowiedział, że mając akt notarialny sprzed pięciu lat, sprawę o naruszenie posiadania załatwimy w kilka tygodni, bez czekania na żadne dziedziczenie, bo warsztat od dawna formalnie nie był majątkiem spadkowym — był mój.

Poszedłem po komornika. We wtorek, dwudziestego trzeciego lipca, stanęliśmy przed bramą razem — ja, komornik z Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi, ślusarz i dwóch świadków. Robert akurat tam był, palił papierosa oparty o swojego passata, myśląc pewnie, że przyjechałem błagać. Komornik pokazał mu postanowienie sądu, ślusarz w dziesięć minut zdjął jego kłódkę i założył moją. Robert krzyczał, że to jego dom rodzinny, że "ojciec by się w grobie przewrócił". Nie przewróciłby się. To ja siedziałem przy nim na Szaserów.

Krystyna przyjechała pół godziny później, wezwana przez syna, w tym samym płaszczu, w którym była na stypie. Stanęła przed zamkniętą bramą, z torebką przyciśniętą do brzucha, i patrzyła, jak wnoszę do środka skrzynkę z narzędziami, którą ktoś wyrzucił na chodnik razem z moimi rzeczami. Nie krzyczałem. Powiedziałem tylko, że od jutra rozliczenia idą przez moje konto, że umowy z klientami, które próbowała podpisywać w imieniu Roberta, są nieważne, bo ona nigdy nie miała do tego prawa, i że Robert może przyjść po swoje osobiste rzeczy do środy do południa, bo potem zmienię też zamek w biurze.

Anita przyjechała po pracy, zobaczyła nową kłódkę i papier z pieczątką komornika przypięty do drzwi. Nie powiedziała nic o matce. Zapytała tylko, czy Sylwek zdążył jednak odebrać te dwa auta. Zdążył, o trzeciej, spóźnione o dzień, klient nawet nie zauważył różnicy w lakierze.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: