Mam na imię Roman Kubacki, mieszkam na Wichrowej w Bydgoszczy, dwa domy od Beaty Zarembianki, i to ja pierwszy zobaczyłem, jak ten pies wyciąga ją spod śniegu tamtej zimy. Beata miała wtedy siedemdziesiąt sześć lat i psa rasy owczarek niemiecki, czarno-podpalanego kundla właściwie, bo rodowodu nikt nigdy nie widział, imieniem Kajtek. Ja go się bałem, mówię szczerze. Kiedyś zaszczekał na mnie przez płot tak, że upuściłem siatkę z zakupów i pomidory potoczyły się pod samochód sąsiada. Ale to było, zanim poznałem tę historię.
Syn Beaty, Marcin, mieszka w Poznaniu i dzwonił do niej codziennie, namawiał, żeby sprzedała dom i przeniosła się do niego albo chociaż do jakiegoś domu seniora przy ulicy Toruńskiej, tam gdzie jest opieka całą dobę. Ona za każdym razem to samo: że ma Kajtka, że jej wystarczy, że nie będzie w wieku emerytalnym mieszkać z obcymi ludźmi, choćby i miłymi. Ja to słyszałem, bo płoty w naszej okolicy są niskie, a ona rozmawiała przez telefon na ganku, żeby złapać zasięg.
Był luty, chyba dwudziesty pierwszy albo dwudziesty drugi, pamiętam bo akurat wywoziłem popiół z pieca, a wtedy jeszcze paliliśmy węglem. Minus jedenaście na termometrze przy sklepie spożywczym na rogu. Beata poszła po drewno do szopy za domem, to może ze trzydzieści metrów od kuchni, i tam się poślizgnęła na oblodzonej ścieżce. Upadek na biodro, na sam kant betonowego progu szopy. Krzyczeć nie miała siły, bo ból odebrał jej oddech, tak przynajmniej mówiła później w szpitalu.
Ja tego dnia siedziałem w kuchni i oglądałem powtórkę meczu, telewizor miałem głośno, bo słuch już nie ten. Gdyby nie Kajtek, nic bym nie usłyszał.
Pies zaczął szczekać od strony jej podwórka, ale to nie było zwykłe szczekanie na kota czy na listonosza. Głębokie, urywane, jakby dławił się każdym dźwiękiem. Podszedłem do okna z kubkiem herbaty w ręku, jeszcze parującej, i zobaczyłem, jak Kajtek biega od szopy do furtki i z powrotem, uderza łapami w metalową siatkę ogrodzenia, aż siatka brzęczy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co się stało. Pomyślałem, że może lis się kręci po ogrodach, bo zimą to się zdarza.
Wyszedłem bez kurtki, tylko w swetrze, i zawołałem do niego przez płot, żeby się uspokoił. Nie uspokoił się. Wręcz przeciwnie, zaczął skowyczeć, a to już było coś innego niż szczekanie na obcego. Wtedy przeskoczyłem przez niski fragment ogrodzenia od strony altanki, tam gdzie zawsze przechodziliśmy po znoszone jabłka, i poszedłem za psem prosto do szopy.
Beata leżała na wznak, ręka wykręcona pod dziwnym kątem, twarz siwa jak popiół, który przed chwilą wysypałem do wiadra. Kajtek stał nad nią, dosłownie osłaniał ją swoim ciałem od strony wiatru, i kiedy mnie zobaczył, zaszczekał jeszcze raz, jakby mówił: no w końcu. Zadzwoniłem po karetkę z jej komórki, którą znalazłem w kieszeni fartucha, bo mojej nie zabrałem wychodząc z domu.
Pogotowie z Bydgoszcz-Fordonu przyjechało po dwudziestu minutach, dłużej niż powinno, bo droga była oblodzona. Przez ten czas siedziałem przy Beacie, trzymałem ją za rękę, a Kajtek warczał na każdego, kto podchodził za blisko, dopóki nie usłyszał syreny karetki i wtedy jakby zrozumiał, że to swoi, i się cofnął.
Złamanie szyjki kości udowej, operacja w szpitalu wojewódzkim przy Ujejskiego, dwanaście dni na oddziale ortopedii. Marcin przyjechał z Poznania tego samego wieczora, zostawił samochód na parkingu szpitalnym na dwa tygodnie, płacił za to grubą kasę, coś koło pięciuset złotych, ale nawet o tym nie wspominał, tylko siedział przy łóżku matki i powtarzał, że teraz to już na pewno się przeprowadzi.
Ona się nie przeprowadziła.
Wróciła do domu na Wichrowej z balkonikiem i rehabilitantką, która przychodziła trzy razy w tygodniu, i pierwsze, co zrobiła, kiedy tylko mogła ustać o własnych siłach, to poszła do notariusza na Gdańskiej i sporządziła coś, czego wcześniej nigdy nie miała odwagi zrobić: pełnomocnictwo dla Marcina do jej konta, na wypadek gdyby kiedyś naprawdę nie mogła sama zadecydować, plus zapis w testamencie, że dom po niej ma zostać sprzedany, a pieniądze podzielone między wnuki, bo sama uznała, że trzymanie pustego domu tylko dla sentymentu to głupota. To był jej sposób na to, żeby dać synowi spokój, nie oddając mu jednocześnie własnego życia już teraz.
A Kajtkowi kupiła nową matę, grubszą, z pianki, którą postawiła nie w kuchni jak dawniej, tylko tuż przy swoim łóżku, po tej stronie, gdzie sypia bliżej drzwi. Widziałem to, bo pomagałem jej wnosić zakupy z auta, kiedy Marcin przyjechał na weekend sprawdzić, jak sobie radzi.
Do dziś, jak przechodzę koło jej furtki, Kajtek już na mnie nie warczy. Podnosi tylko łeb znad łap, sprawdza, czy to na pewno ja, i wraca do drzemki na progu, tam gdzie może widzieć całą ulicę aż po róg z Wichrowej na Słoneczną.
