Paweł stał na środku pokoju, w rozkroku, jakby zaraz mieli tu wejść komornicy i zabrać mu tę dwadzieścia metrów z widokiem na przystanek. Agnieszka siedziała na tapczanie, ze splecionymi dłońmi, cierpliwa jak ktoś, kto czeka na spóźniony autobus w deszczu.
— Dwa tygodnie, Paweł. Czternaście dni, żeby znaleźć coś na wynajem i spakować rzeczy — powiedziała.
— Żartujesz sobie? Składasz pozew, a potem chcesz mieszkać w moim mieszkaniu? — stuknął palcem w podłogę. — W mo-im.
— Wiem, czyje to mieszkanie. Przypominasz mi o tym codziennie od trzech lat.
Przeszedł się po pokoju. Osiem kroków od drzwi do okna, osiem z powrotem — tyle mierzyła jego kawalerka w bloku przy alei Solidarności. Za ścianą dudniły tramwaje, a szyby wibrowały przy każdym dwunastce w stronę Pragi. On jednak chodził tak, jakby przestrzeń wokół niego miała metraż pałacu w Wilanowie.
— Masz niesamowite szczęście, że w ogóle tu trafiłaś. Moi kumple wciąż gnieżdżą się w pokojach u rodziców. Darek, na przykład, trzydzieści pięć lat i śpi na wersalce obok kuchenki. A ja — własność. Moja. Osobista.
— Pamiętam. Opowiadałeś. Z dwieście razy.
— Bo ty nie doceniasz! — zatrzymał się i wbił ręce w biodra. — Nigdy nie doceniałaś.
Agnieszka podniosła wzrok. Nie było w nim złości, ani żalu — tylko spokojne oczekiwanie, jak na prognozę pogody, która zawsze kłamie, ale i tak się ją sprawdza.
— Nie złożyłam pozwu dlatego, że nie doceniam mieszkania. Złożyłam, bo nie mogę dłużej doceniać człowieka, który docenia tylko mieszkanie.
— Ładnie powiedziane. Brawo. A teraz pakuj torbę i dzwoń do swojej Kasi, niech cię przenocuje.
— Dwa tygodnie. To naprawdę niewiele.
Podszedł bliżej, pochylił się tak, że jego twarz znalazła się trzydzieści centymetrów od jej twarzy. Miał małe, kłujące oczy, jakie mają ludzie przyzwyczajeni do liczenia każdego grosza i każdej cudzej winy.
— Mam w nosie, że nie masz gdzie mieszkać, mieszkanie zostaje ze mną — wycedził.
Agnieszka mrugnęła. Potem wpatrywała się w niego długo, jakby zapamiętywała każdy szczegół — odciśnięty na czole ślad po poduszce, zmechacony kołnierzyk swetra, smugę pasty do zębów na brodzie. I cicho się zaśmiała.
— Co cię tak bawi?
— Nic. Zupełnie nic. Wyprowadzę się.
Wstała, wyjęła z szafy torbę podróżną i zaczęła składać rzeczy. On przyglądał się oparty o framugę, a na jego twarzy rozpełzał się uśmiech zwycięzcy.
Spakowała spodnie, swetry, bieliznę. Zdjęła z półki ramkę ze zdjęciem — stała chwilę, odstawiła, fotografia była wspólna, niepotrzebna. Z kuchni zabrała mikser.
— Hej, to mój mikser!
— Mój. Przywiozłam go jeszcze ze studenckiego akademika. Numer seryjny na opakowaniu zgadza się z paragonem, jeśli chcesz sprawdzić.
— Dobra, zabieraj ten swój złom.
Zarzuciła kurtkę, podniosła torbę. Przy drzwiach odwróciła się.
— Wiesz, Paweł, przez trzy lata słuchałam, jakie to mam szczęście, że tu mieszkam. Pod oknem przystanek, za ścianą sąsiedzi, którzy drą mordy do drugiej w nocy, na klatce na parterze taki smród, że nie da się oddychać. No ale tobie się podoba. Ciesz się.
Zamknęła drzwi cicho. Paweł stał i słuchał jej kroków na schodach — lekkich, coraz cichszych. Potem odwrócił się do pokoju i parsknął z zadowoleniem.
— No, tak — powiedział na głos do pustej ściany. — Mieszkanie to mieszkanie.
Tydzień później szedł z Biedronki, kiedy zobaczył Kasię, przyjaciółkę Agnieszki. Stała przed apteką, grzebała w telefonie.
— Kasia, cześć.
— Cześć, Paweł — schowała telefon i spojrzała na niego bez wyrazu.
— Agnieszka u ciebie mieszka?
— Nie.
— A gdzie?
— A po co ci to?
Zawahał się. Powód był drobny i przez to wyjątkowo żenujący.
— Zabr… zabrała mój mikser.
Kasia uniosła brew.
— Mikser? Ty mnie poważnie zatrzymujesz z powodu miksera?
— Był mój. Mówiła, że jej, ale pamiętam, że mama dała mi go na parapetówę.
— No, dobra. Chcesz mikser — jedź i go sobie odbierz. Zapisz adres.
Podyktowała: ulica, numer, mieszkanie. Paweł wpisał w telefon, odczytał i zmarszczył czoło.
— To prawie ścisłe centrum. Krakowskie Przedmieście.
— Ano.
— Droga dzielnica. Skąd ją stać na wynajem?
Kasia wsunęła ręce w kieszenie płaszcza i popatrzyła na niego tak, że poczuł się jak uczeń przy tablicy, który podał zły wynik, ale jeszcze o tym nie wie.
— Jedź, Paweł. Sam zobaczysz.
— I pojadę. Potrzebny mi mój mikser.
— Oczywiście, że potrzebny. Szczęśliwej drogi.
Odwróciła się i poszła w stronę deptaka. On jeszcze chwilę stał, gapiąc się w telefon. Adres naprawdę robił wrażenie — kamienica niedaleko placu Zamkowego, z widokiem na zielony skwer. Agnieszka, która przyjechała z Białegostoku, mieszkała w akademiku, potem wynajmowała pokój z koleżanką na Grochowie — skąd miała pieniądze na centrum?
Zadzwonił do Darka.
— Darek, słuchaj. Nie uwierzysz. Agnieszka wynajmuje mieszkanie prawie na Starówce.
— Serio? Za co? Znalazła jakiegoś faceta?
— Nie wiem. Ale mikser zabrała mój.
— Dzwoniłeś do niej?
— Zablokowała mnie wszędzie.
Darek zaśmiał się krótko.
— A czego się spodziewałeś? Wyrzuciłeś ją z dnia na dzień.
— To moje mieszkanie, rozumiesz? Moje. Mam prawo.
— Masz, masz. Jedź po ten mikser. Tylko nie zapomnij za sobą zamknąć drzwi, bo znowu sąsiedzi się awanturują.
— Którzy sąsiedzi?
— Twoi, Paweł. Za ścianą. Ostatnio jak u ciebie byłem, myślałem, że koty się biją, a to rodzinka ustalała, kto nie pozmywał.
Paweł rozłączył się i postanowił pojechać następnego dnia. Mikser był pretekstem, dobrze o tym wiedział. Chciał zobaczyć, jak mieszka była żona. Chciał się upewnić, że jest jej gorzej niż jemu. To było ważne.
Kamienica była secesyjna, odnowiona, z kutą bramą i podwórzem wysypanym jasnym żwirem. Żadnej obluzowanej płyty chodnikowej, żadnego smrodu z piwnicy, tylko zapach świeżo parzonej kawy z sąsiedniej kawiarni. Wszedł na trzecie piętro. Drzwi — ciężkie, z mosiężną klamką w kształcie lwiej głowy. Nacisnął dzwonek.
Otworzyła mu dziewczyna, której nie znał. Niska, z jasnym warkoczem i fartuchem, w ręku trzymała wilgotną szmatkę.
— Dzień dobry. Pan do Agnieszki?
— Tak. Jest w domu?
— Wyszła piętnaście minut temu po farbę, zaraz wróci. Proszę, niech pan wejdzie, zaczeka w salonie.
Paweł przekroczył próg i stanął jak wryty. Przedpokój był większy niż jego cała kuchnia. Dalej — wysoki sufit z rozetą, parkiet w jodełkę, dwa wielkie okna wychodzące na zielony dziedziniec. Żadnego tramwaju, żadnej trasy, żadnego krzyku dzieciarni. Tylko cisza — gęsta, prawie namacalna, taka, od której odwykł.
— Niech pan siada — wskazała sofę. — Jestem Wiktoria, pomagam Agnieszce się urządzić.
— Paweł — mruknął i osunął się na poduszki.
Rozglądał się, nie mogąc złapać oddechu. Na kominku stało zdjęcie — Agnieszka na tle tego mieszkania, uśmiechnięta, z kubkiem herbaty. Obok leżał znajomy mikser, czysty, odłożony na półkę z książkami, jak jakiś absurdalny relikt. W kącie pokoju stał sztaluga i pudełko farb — nigdy nie wspominała, że maluje.
Wiktoria zniknęła w kuchni, słyszał brzęk filiżanek. Po chwili wróciła z herbatą.
— Piękne mieszkanie — wydusił.
— Prawda? Agnieszka ma niesamowity gust. Wszystko sama zaprojektowała. No i ta lokalizacja — marzenie. Czynsz niski, bo to własność, nie wynajem.
— Własność? — poczuł, jak herbata parzy mu gardło.
— No tak. Kupiła dwa lata temu, podobno jeszcze przed ślubem zaciągnęła kredyt, a potem po cichu remontowała. Pan nie wiedział?
Nie odpowiedział. W tej samej chwili w zamku zgrzytnął klucz.
Agnieszka weszła z torbą farb, w dżinsach i poplamionym swetrze. Na widok Pawła nie okazała zdziwienia — tylko lekkie zmęczenie, jakby spodziewała się go wcześniej czy później.
— O, Paweł. Po mikser?
Wstał. Chciał coś powiedzieć, coś o własności i oszustwie, o tym, że przez trzy lata trzymała go w ciemności, podczas gdy on szczycił się swoją klitką. Ale słowa uwięzły mu w gardle. Patrzył na jej spokojną twarz, na farbę pod paznokciami, na przestrzeń, którą zbudowała po cichu, centymetr po centymetrze, kiedy on odmierzał osiem kroków w swoim królestwie.
— Tak — wykrztusił w końcu. — Po mikser.
— Jest na półce. Bierz.
Podszedł, podniósł urządzenie. Było lekkie, tanie, warte góra osiemdziesiąt złotych. Obrócił je w dłoni.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś? — wyrzucił wreszcie. — Że masz to mieszkanie?
Agnieszka postawiła farbę na podłodze, podeszła do okna i otworzyła je szeroko. Do pokoju wtargnęło powietrze pachnące akacją.
— Bo chciałam zobaczyć, czy kiedyś zrozumiesz, że mieszkanie to nie jest miara człowieka. Ale ty wolałeś codziennie powtarzać „moje, moje”, jakby to było jedyne, co kiedykolwiek zdobędziesz. I to była prawda, Paweł. Twoja kawalerka to jedyne, co masz.
Zamilkła. Wiktoria cicho wycofała się do kuchni, szurając kapciami.
Paweł ściskał mikser, czując, jak plastikowa obudowa nagrzewa się od jego spoconych dłoni. Spojrzał ostatni raz na wysokie okna, na parkiet, na obraz na sztalugach — abstrakcyjną plamę zieleni i błękitu.
— Ty nawet nie wiesz, gdzie ja trzymam pędzle — powiedziała Agnieszka, jakby czytała mu w myślach. — I nie musisz wiedzieć. Idź już.
Przeszedł przez przedpokój, minął Wiktorię, która unikała jego wzroku, i wyszedł na klatkę. Za plecami usłyszał, jak Agnieszka zamyka drzwi na zatrzask.
Na zewnątrz hałas Krakowskiego Przedmieścia uderzył go jak obuchem — tramwaj, klaksony, turyści, przekrzykujący się gołębie. Ruszył w stronę przystanku, ściskając mikser pod pachą. Był mu zupełnie niepotrzebny. Ale niósł go przez całe miasto, aż do swojej kawalerki, gdzie za ścianą znów darli się sąsiedzi, a szyby drżały przy każdym przejeżdżającym autobusie.
Postawił mikser na blacie, obok zaschniętego kubka po kawie. Potem usiadł na tapczanie i zaczął liczyć kroki: raz, dwa, trzy, cztery… osiem. Ósmy zawsze wypadał przy drzwiach, przez które już nikt nie wchodził.
