Nazywam się Barbara Wesołowska, mam sześćdziesiąt trzy lata i od jedenastu lat prowadzę schronisko dla kotów przy ulicy Fabrycznej w Bydgoszczy. Nie jestem lekarzem weterynarii, nie mam wykształcenia biologicznego. Byłam księgową w spółdzielni mieszkaniowej, aż przyszła emerytura i pustka, której nie umiałam inaczej wypełnić.
Tę historię znam, bo mieszkam piętro niżej niż ona się zaczęła.
Zofia Nowicka miała dwanaście lat, kiedy przyniosła mi pod bramę kartonowe pudło po bananach. W środku leżała kotka, chuda jak deska, z przyklejoną do boku sierścią i uchem naderwanym chyba w jakiejś bójce. Dziewczynka stała w za dużej kurtce, chyba po starszym bracie, i mówiła szybko, żebym się nie zdążyła odezwać.
— Proszę pani, ona umrze, jeśli pani jej nie weźmie. Mama nie pozwala trzymać w domu, bo tata ma alergię, ale ja nie mogę jej tak zostawić na klatce, tam sąsiad z dołu grozi, że ją utopi.
Wzięłam kotkę. Nazwałyśmy ją Squishy — to Zofia wymyśliła, mówiła, że kotka wygląda, jakby ją ktoś ścisnął i tak już została. Squishy miała złamane żebro, które się źle zrosło, i przez to chodziła lekko krzywo, jakby się cały czas do czegoś skradała.
Zofia zaczęła przychodzić codziennie po lekcjach. Odrabiała zadania na starym kocu w kącie mojej piwnicy, którą przerobiłam na izbę dla zwierząt, a Squishy spała jej na kolanach albo na plecaku. Płaciłam jej dwadzieścia złotych za sprzątanie kuwet, ale ona i tak by przychodziła za darmo, to widziałam.
Minęło sześć lat. Zofia skończyła osiemnaście, dostała się na weterynarię do Wrocławia, wyjechała z jednym plecakiem i pudłem książek. Squishy została ze mną — bo tak się umówiłyśmy, że kotka jest już za stara na przeprowadzki, ma dziesięć lat, serce niezbyt mocne, lepiej niech dożywa w znanym miejscu.
Nie przewidziałam, że mama Zofii, pani Renata, przestanie odbierać telefony ode mnie akurat wtedy, kiedy Squishy zacznie chorować na dobre.
To był piątek, pamiętam, bo w telewizorze u sąsiadki dudniły wiadomości sportowe przez ścianę, mecz reprezentacji. Squishy przestała jeść. Zawiozłam ją do kliniki przy Gdańskiej, lekarz powiedział — niewydolność nerek, można próbować kroplówek, ale to już nie potrwa długo. Wysłałam zdjęcie Zofii przez komunikator. Odpisała po czterech godzinach, w nocy, że nie może przyjechać, sesja, egzamin z anatomii za trzy dni, płacze przy telefonie, ale nie przyjedzie.
Zrozumiałam to. Naprawdę zrozumiałam — sama kiedyś nie pojechałam na pogrzeb cioci, bo bilans roczny płonął mi w rękach. Ale zadzwoniłam też do pani Renaty, bo pomyślałam, że może ona zechce się pożegnać, w końcu to ona pozwoliła córce nosić tę kotkę do mnie przez tyle lat, nawet jeśli sama nigdy nie przekroczyła progu piwnicy.
Pani Renata odebrała za trzecim razem.
— Pani Barbaro, ja rozumiem, że to smutne, ale to jest kot. Zosia ma egzaminy. Proszę nie dzwonić więcej w tej sprawie, dobrze?
Odłożyła słuchawkę. Ja stałam z telefonem w ręku na klatce schodowej, tam gdzie zawsze pachnie smażoną cebulą od sąsiadów z parteru, i patrzyłam na wycieraczkę pod moimi drzwiami, wytartą już do dna, z napisem, którego nie dało się przeczytać.
Squishy dotrwała do niedzieli. Zmarła u mnie na rękach, na tym samym kocu, na którym sześć lat wcześniej Zofia odrabiała lekcje z biologii.
Pochowałam ją sama, w ogródku za schroniskiem, obok trzech innych kotów, które odeszły przeze mnie w te jedenaście lat. Zrobiłam małą tabliczkę z imieniem, wypaliłam je lutownicą na kawałku deski.
Napisałam do Zofii dopiero po pogrzebie, spokojnie, bez pretensji: że Squishy odeszła, że nie cierpiała, że pochowałam ją koło budki, w której kotka lubiła się chować latem.
Zofia zadzwoniła od razu, płacząc tak, że ledwo rozumiałam słowa. Powiedziała, że mama nawet jej nie przekazała, że kotka umiera, że myślała, że ma jeszcze tydzień, może dwa. Że matka jej powiedziała tylko: „kotka choruje, ale to nic pilnego”.
Nie wiem, co dokładnie zaszło między nimi tego wieczoru. Wiem tylko, że dwa dni później Zofia przyjechała pociągiem, sama, bez pytania matki o pozwolenie — bo w końcu miała już dziewiętnaście lat i własne stypendium. Usiadła przy grobie w moim ogródku, w tej samej za dużej kurtce, tyle że teraz pasowała na nią idealnie.
Zapytałam, czy zostanie na noc. Powiedziała, że musi wracać rano, egzamin. Ale zanim wyjechała, poszła do mnie do biura i poprosiła o wszystkie papiery Squishy — kartę szczepień, wyniki badań, nawet stary rachunek za operację ucha z jej pierwszego roku u mnie.
— Chcę mieć to u siebie. Nie u mamy — powiedziała. — Ja się nią opiekowałam, nie ona.
Dała mi też kopertę. W środku było czterysta złotych, które zbierała z korepetycji, jak mówiła, żeby pokryć chociaż część kosztów ostatniego leczenia, bo wiedziała, że kroplówki i wizyta u lekarza kosztowały więcej niż to, co jej matka kiedykolwiek dołożyła do utrzymania kotki przez te wszystkie lata.
Nie chciałam brać tych pieniędzy. Wzięłam, bo zobaczyłam, że dla niej to ważne — że to jest jej sposób, żeby powiedzieć, że kotka była jej odpowiedzialnością, nie tylko moim dobrym sercem przez jedenaście lat pracy w piwnicy przy Fabrycznej.
Zofia wyjechała rano tym samym pociągiem, którym przyjechała. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś rozmawiała z matką o tamtym telefonie do mnie. Wiem tylko, że tabliczka z imieniem Squishy stoi u mnie w ogródku do dziś, a obok niej, od tamtej wizyty, leży mały kamień, który Zofia przyniosła z peronu, bo powiedziała, że musi coś tam zostawić, skoro nie zdążyła zostawić się sama na czas.
