W moim mieszkaniu na krakowskim Podgórzu już od pół godziny dzwonił domofon. Ktoś nie dawał za wygraną — trzy krótkie, przerwa, znowu trzy krótkie. Spojrzałam na zegarek: wpół do dwunastej w nocy.
Zeszłam boso po zimnych schodach kamienicy. Na klatce pachniało wczorajszym bigosem od sąsiadki spod siódemki i mokrym tynkiem — od tygodnia lało, a rynna nad trzecim piętrem przeciekała od zimy.
Otworzyłam.
Za drzwiami stała Kaśka. Mokra, w za lekkiej kurteczce jeansowej, która wyraźnie pamiętała lepsze czasy. W ręku trzymała torbę foliową z Biedronki — jedną jedyną.
— Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę — wyrzuciła z siebie, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. — Trzy godziny szukałam tego adresu. Wysiadłam na Bieżanowie i szłam pieszo.
Stała w progu, a za nią lał deszcz, taki majowy, ciepły, ale uparty. Miała te same piegi na nosie co dziesięć lat temu. I ten sam sposób mrużenia oczu, kiedy czekała na reakcję.
— Wejdź — powiedziałam.
—
Z Kaśką przyjaźniłyśmy się od podstawówki. Najpierw ławka pod oknem w szkole na Kurdwanowie, potem wspólne wagary na Zakrzówku, pierwsze papierosy za garażami i pierwsze wyjazdy nad morze, na które składałyśmy całym rokiem, odkładając po dziesięć złotych tygodniowo.
Jej matka prowadziła pensjonat w Międzyzdrojach — osiem pokoi, śniadania w cenie, do plaży trzy minuty schodkami. Przez cały rok spały w bloku przy rondzie Mogilskim w Krakowie, ale od czerwca do września przenosiły się nad Bałtyk i wynajmowały pokoje turystom z Niemiec. Żyły z tego. W dodatku żyły całkiem nieźle — lepiej niż moja mama, która harowała na kierowniczym stanowisku od poniedziałku do poniedziałku.
Ja byłam tą praktyczną. Zbierałam na przyszłość. Kaśka — marzycielką. Ciągle opowiadała, że kiedyś rzuci wszystko, wyjedzie do Londynu albo jeszcze dalej, znajdzie bogatego Niemca i już nigdy nie będzie musiała sprzątać po gościach.
— Zobaczysz — mówiła, mieszając cukier w herbacie, aż dzwoniło. — Mnie nie będzie stać na życie tutaj.
Mnie wystarczało to, co mam.
—
W 2015 roku Kaśka poznała faceta.
Przyjechał z żoną i dwójką dzieci do pensjonatu jej matki. Wynajęli apartament z widokiem na morze na dwa tygodnie. On — Thomas, lat czterdzieści parę, menedżer średniego szczebla w fabryce pod Monachium. Żona — cicha, nijaka, dzieci — rozbiegane.
Trzeciego dnia Thomas poprosił Kaśkę, żeby pokazała mu okolicę. Piątego — pocałował ją przy ścieżce na Kawczą Górę. Dziesiątego — obiecał, że się rozwiedzie.
Kaśka zadzwoniła do mnie pijana w trupa.
— Wiedziałam, że tak będzie! Mówiłam ci! — krzyczała do słuchawki.
W tle słyszałam szum fal i jakieś niemieckie radio.
— On ma dom pod Monachium — ciągnęła. — Ogródek, dwa samochody. I rozwodzi się, rozumiesz? Mówił, że ze mną to coś zupełnie innego.
— Kaśka, on ma żonę i dzieciaki.
— To nie ma znaczenia.
— Ma.
— Nie rozumiesz. To jest moja szansa.
Rok później wzięli ślub. Cywilny, w urzędzie na placu Wszystkich Świętych. Thomas przyjechał sam, bez rodziny, bez przyjaciół, z obrączką w kieszeni marynarki. Kaśka płakała ze szczęścia, a ja stałam obok i czułam zimny węzeł w żołądku.
Po ślubie spakowała dwie walizki i poleciała do Monachium.
— Nie znikaj — powiedziałam na lotnisku w Balicach.
— Nigdy w życiu — odparła. — Będę dzwonić co tydzień.
Nie zadzwoniła ani razu.
—
Przez następny rok cisza. Żadnego maila, żadnej wiadomości, żadnego zdjęcia. Numer, który miała, przestał odpowiadać. Próbowałam przez jej matkę — pani Irena powiedziała, że Kaśka jest bardzo zajęta, że urządza dom, że nie ma czasu.
Potem okazało się, że matka sprzedała pensjonat.
— Gości nie było — rzuciła mi przez telefon, kiedy spotkałyśmy się przypadkiem w galerii Bonarka. — Odkąd Kaśka wyjechała, nie miał kto prowadzić. Sprzedałam tanio. Teraz mieszkam w wynajętym pokoju na Azorach.
Jej twarz zrobiła się szara i zapadnięta. Nie pytałam więcej.
—
Dwa lata później dostałam wiadomość na Facebooku. Od Kaśki.
„Potrzebuję pomocy”.
Krótko. Bez emotikonek, bez wykrzykników. Adres — gdzieś pod Monachium, w przemysłowej dzielnicy, nie ten ogródek, o którym opowiadała.
Odpisałam.
Okazało się, że Thomas nie rozwiódł się z żoną. Nigdy nawet nie złożył papierów. Jego „dom” — to mieszkanie na kredyt, obciążone hipoteką. Jego „dwa samochody” — służbowy passat i stary ford, który ledwo odpalał.
Kaśka dowiedziała się o tym stopniowo. Najpierw znalazła w skrzynce list z banku — kredyt na trzydzieści lat, podpisany przez nich oboje. Potem odkryła, że Thomas nie pracuje w fabryce od roku, że został zwolniony, że od miesięcy szuka pracy i pije. Żona z dziećmi mieszkała dwa bloki dalej — Thomas kursował między dwoma mieszkaniami, kłamiąc obu kobietom.
— Czemu mi nie powiedziałaś wcześniej? — zapytałam przez telefon.
— Bo się wstydziłam — głos jej pękł. — Tak bardzo się wstydziłam.
—
A ja przez ten czas zdążyłam skończyć studia, znaleźć pracę w IT, wziąć kredyt na kawalerkę, zwiedzić kilkanaście krajów. Zawsze byłam tą drugą — tą, co zostawała w Krakowie i nic wielkiego się nie działo. Aż przestałam być.
Moje życie było nudne i stateczne. I właśnie to zaprowadziło mnie dalej, niż Kaśkę jej wielkie marzenia.
—
Deszcz nie przestawał bębnić o parapet.
Kaśka siedziała u mnie na kanapie, owinięta w koc w kratę. Herbata z prądem parowała na stoliku. Nie ruszyła jej.
— Wróciłam — powiedziała cicho. — Przyleciałam wczoraj. Do matki nie mogłam. Nie ma gdzie.
— Słyszałam. Sprzedała pensjonat.
— Wiem.
Zapadła cisza. Długa. Taka, w której słychać tylko tykanie zegara i to, jak woda spływa rynną za oknem.
— Możesz przenocować — powiedziałam wreszcie. — Jeden dzień.
— A potem?
Wstałam, podeszłam do okna. Mokre dachy Podgórza błyszczały w świetle latarni. Na moście Piłsudskiego sunął tramwaj — ten sam numer osiem, którym jeździłam z nią do szkoły.
— A potem — odparłam, nie odwracając się — musisz zacząć wszystko od nowa. Sama.
— Nie dasz mi pieniędzy? — jej głos stał się nagle ostry, zupełnie jak wtedy, gdy kłóciłyśmy się o chłopaka w liceum. — Masz. Przecież stać cię. Pracujesz w korporacji, masz mieszkanie, jeździsz na wakacje. A ja nie mam nic. Nic.
Odwróciłam się.
— Sama wybrałaś.
— Co?!
— Wybrałaś — powtórzyłam spokojnie, chociaż serce waliło mi w piersiach. — Wszystko. Faceta. Wyjazd. Milczenie przez tyle lat. Nie dzwoniłaś, nie pisałaś, nie odezwałaś się słowem. A teraz stoisz w moim progu i żądasz pieniędzy, jakbym była twoim bankiem.
Kaśka poderwała się z kanapy. Koc zsunął się na podłogę.
— Nie masz pojęcia, co to znaczy siedzieć w obcym kraju, bez rodziny, bez znajomych, ze starym pijakiem, który notorycznie łamie obietnice…
— Siedziałam tu — przerwałam. — W Krakowie. Gdzie zawsze byłam. Mogłaś zadzwonić w każdej chwili.
— Bałam się.
— Czego? Że powiem „a nie mówiłam”?
Nie odpowiedziała. Opadła z powrotem na kanapę i zakryła twarz rękami. Nie płakała — po prostu siedziała tak, zgarbiona, w za dużej bluzie, którą ode mnie pożyczyła.
Podeszłam i podniosłam koc.
— Jedną noc — powtórzyłam. — Rano zjemy śniadanie, a potem pojedziesz do matki. Albo gdziekolwiek. Ale nie dam ci pieniędzy. Nawet nie próbuj.
— Dlaczego? — głos jej się załamał. — Przecież jesteś moją przyjaciółką.
Klucze od jej dawnego życia pobrzękiwały mi w głowie jak monetami, które wrzucałyśmy do wspólnej skarbonki przed każdą wakacyjną eskapadą.
— Bo przyjaźń to nie weksel — powiedziałam i zgasiłam światło w przedpokoju. — Nie spłacisz mi tego. Nie masz czym.
—
Rano obudziłam ją przed siódmą. Zjadłyśmy jajecznicę — tę samą, którą robiłyśmy na obozach harcerskich. Milczałyśmy. Kaśka spakowała torbę i stanęła w progu.
Miała na sobie tę samą jeansową kurtkę, ale deszcz przestał padać. Od Wisły ciągnęło chłodem i świeżością mokrych liści.
— Dasz znać, jak się urządzisz? — zapytałam.
Pokiwała głową. Nie patrzyła na mnie.
— Dasz?
— Dam.
Nie wiem, czy skłamałam. Nie wiem, czy ona skłamała.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie czołem. Przez szparę w oknie słyszałam, jak jej kroki cichną na chodniku, w stronę przystanku. Potem przyszedł tramwaj — ósemka — i zabrał ją gdzieś w głąb miasta, w obcy Kraków, w którym już nie miała nikogo.
Na stole stały dwa kubki po herbacie. Ten z jej strony — prawie pełny.
