Dłonie Marcina drżały, gdy nalewał sobie trzecią tego ranka kawę. Za oknem panował typowy dla lutowego Bydgoszcza ziąb, a w małej kuchni na Wyżynach unosił się zapach porannego tostu i… klęski. Od trzech tygodni nie spał dłużej niż dwie godziny na raz. Zwolnienie z fabryki mebli przyszło nagle, bez żadnego ostrzeżenia. Dwadzieścia osiem lat przy jednym pracodawcy, a teraz w wieku pięćdziesięciu jeden lat stał się dla rynku pracy powietrzem.
— Znowu nie zmrużyłeś oka? — Magda, jego żona, weszła do kuchni, wciąż w płaszczu kąpielowym. Spojrzała na niego, po czym otworzyła szafkę nad zlewem, by sięgnąć po filiżankę, i znieruchomiała. Na półce stała butelka winiaku, jeszcze miesiąc temu zakurzona pamiątka z imienin szwagra, teraz opróżniona do połowy.
— Marcinek… — zaczęła cicho.
— Daj spokój, Magda. Nie chcę o tym gadać.
— Właśnie że chcesz — odparła, stawiając butelkę przed nim na blacie. — Tylko nie umiesz. Posłuchaj. Ty masz ręce, za które ludzie daliby się pokroić. Jak się popsuła krajzega u Sławka w tartaku, kto przyjechał o drugiej w nocy i naprawił? A automatyczny podajnik u Nowaków? Pół naszego sprzętu w domu działa tylko dlatego, że ty umiesz je wskrzesić. Od młynka do kawy po laptopa córki.
— No i co z tego? — mruknął Marcin.
— To, że na Jagiellońskiej stoi tablica ogłoszeń, a na fejsbukowym Bydgoszcz Pomaga trzy osoby dziennie szukają złotej rączki. Nie mówiąc już o stronie z ogłoszeniami. Po prostu spróbuj. Jeden dzień.
Późnym popołudniem Marcin, po całym dniu grzebania w skrzynce z narzędziami w piwnicy, opublikował w sieci krótkie ogłoszenie. Kilka zdań i numer telefonu. Nazwał się po prostu „Sąsiad z pomocą”. Dla żartu dorzucił zdjęcie psa sąsiadki i napisał, że ma cierpliwość do wszystkiego, co ma cztery łapy.
Telefon zadzwonił o siódmej trzydzieści rano następnego dnia. Numer był nieznany.
— Panie, ratunku! Pralka mi zalała łazienkę, woda leci na dół do sąsiada, a tu ani żywego ducha z administracji! Jest pan w stanie przyjechać?
To był pierwszy zleceniodawca. W bloku na Bartodziejach, przy ulicy Skorupki. Pani Basia, emerytowana księgowa o głosie jak dzwon okrętowy, stała na czworakach z mopem, gdy tylko otworzyła mu drzwi. Naprawa trwała piętnaście minut — pęknięty wężyk, proste jak drut. Pani Basia wcisnęła mu pięćdziesiąt złotych więcej, niż chciał, i dokładkę sernika na wynos.
Potem był telefon numer dwa. Głos kobiecy, ale jakby zza ściany, z lekkim ukraińskim akcentem:
— Dobryj majster?
— No, dobry — zażartował Marcin. — A co potrzebne?
— Mieszkam na Leśnym. Dworek, wie pan? Nie, to nie dworek, to stodoła w remoncie. Trzeba w końcu podłączyć żyrandole, bo mąż je przywiózł z Czech i leżą w kartonie od tygodnia.
Adres okazał się ulicą Cichą, gdzie za potężną bramą stała willa z lat trzydziestych, odnowiona tak, że bił po oczach błękit elewacji. Gospodyni, wysoka brunetka w jedwabnej chuście na głowie, wyglądała jakby przed chwilą wróciła z teatru, a nie czekała na fachowca.
— O, jest pan! To prosze. To, to i to — wskazała na trzy kartony rozrzucone w salonie. — Tu ma pan drabinę, a ja zmykam do sklepu. Mąż będzie za dwie godziny, proszę nie pytać, gdzie byłam, bo wracam przed nim.
— A mam tu zostać sam?
— No a co, ukradnie pan kanapę? — zaśmiała się, po czym w jej dłoni pojawił się klucz od drzwi balkonowych. — Niech pan nie wyjdzie na balkon, bo kot sąsiada potrafi skoczyć i się pan nie odczepi.
Marcin pokręcił głową, odwinął pierwszy żyrandol i gwizdnął z podziwu. Solidny mosiądz, szkło weneckie, starannie ręcznie szlifowane. Na wewnętrznej stronie klosza dostrzegł grawer: „Josef Bláha, Nový Bor, 1987”. Prawdziwy czeski kryształ, a nie żadna podróbka. Montaż wszystkich trzech zajął mu ponad dwie godziny, a gdy ostatni kielich odbijał światło z okna, do salonu wpadł barczysty mężczyzna o twarzy kapitana statku.
— Jezusie! — huknął, aż Marcin podskoczył na drabinie. — Pięknie! Żona mówiła, że fachowiec, ale żeby od razu taki artysta… Czekaj pan.
Zapłacił za usługę, po czym wręczył Marcinowi jeszcze dwa banknoty i butelkę cydru.
— Za szybkość. I niech pan bierze ten żyrandol z przedpokoju. Ja go nienawidzę, a żona każe wyrzucić. Mówi, że kicz. Może się komuś przyda.
Marcin wstawił stary, ale wciąż elegancki żyrandol do bagażnika swojego wysłużonego kombi i pojechał dalej.
Trzecie zlecenie przyszło esemesem. Krótkim, pisanym z błędami: „Naprawa szafki przesuwne drzwi spadaja w kuchni przyjdź jak najprędzej adres Rynkowska 3 meldunek babcia Halina”.
Kamienica przy Rynkowskiej pachniała wilgocią i starym drewnem. Na drugim piętrze, za drzwiami z trzema zamkami, czekało królestwo pani Haliny. Miała osiemdziesiąt trzy lata, bawełniany fartuszek w kratę i oczy tak błękitne, że Marcin na chwilę zaniemówił.
— Ach, jesteś, synku! Wchodź! Tylko patrz pod nogi, Tygrys gdzieś poluje.
— Tygrys?
— Kot. Mój drugi. Pierwszy to ten, co siedzi pod wanną od poniedziałku i nie chce wyjść. Zaraz, zaraz…
Sytuacja okazała się skomplikowana. Dwa koty w jednym mieszkaniu. Stary, rudy Mruczek, który był tu od zawsze, i nowy, młody Burasek, którego syn pani Haliny podrzucił z prośbą o opiekę. Burasek na widok Mruczka schował się w szparze za wanną i od czterech dni nie jadł i nie pił. Pani Halina, zdesperowana, próbowała przesunąć wannę, ale tylko wyrwała sobie ramię.
— Pani Haniu — Marcin przykucnął przy wannie, zajrzał w ciemność i cicho cmoknął. — A co pani robi? Ma pani dwa koty w domu, które się nienawidzą, bo obaj są samcami. Trzeba dać Buraskowi szansę.
— Jaką?
— Na przykład znaleźć mu dom, gdzie będzie jedynakiem. Albo… — Marcin przypomniał sobie poranek: pani Basia z bloku na Bartodziejach, która wspomniała, że od śmierci żony brakuje jej kota. Zadzwonił do niej.
— Pani Basiu, a gdyby tak misja ratunkowa? Ma pani kota? Nie? To może pani chcieć jednego?
W tle usłyszał głośne „O matko! Cud!”, po czym pani Basia oświadczyła, że jest na Jagiellońskiej i będzie za dziesięć minut.
Nim uporał się z drzwiami szafki, na klatce schodowej rozległo się stukanie laski. Pani Basia wtoczyła się do mieszkania z transporterkiem i słoikiem domowego smalcu.
— Na wymianę — oznajmiła bez tchu.
Wyciągnięcie Buraska spod wanny zajęło dwóm paniom i Marcinowi dobre pół godziny, ale gdy tylko rudy kłębek futra znalazł się w transporterze i zobaczył panią Basię, uspokoił się i zaczął mruczeć. Przynajmniej tyle z tego Marek wywnioskował, bo dźwięk był cichy, ale wyczuwalny.
Pani Halina podziękowała mu wręczając trzydzieści złotych i słoik ogórków kiszonych z jej piwnicy. Pani Basia wyszła razem z kotem i Marcinem, cały czas coś pod nosem do niego śpiewając.
Przedostatni przystanek był przy ulicy Gdańskiej. Mieszkanie na parterze, zaadaptowane na biuro, w którym pracował programista — z pojedynczym, ale za to potężnym monitorem. Chudy, brodaty mężczyzna o imieniu Wojtek od tygodnia próbował samodzielnie zainstalować karnisze sufitowe, ale skończyło się na pięciu dziurach w ścianie i jednym zwichniętym nadgarstku.
— Robota dla mnie na godzinę — stwierdził Marcin, oglądając pobojowisko.
— Ja już nie mam siły. Płacę i nie pytam o nic — odparł Wojtek, nie odrywając wzroku od ekranu.
Gdy Marcin montował ostatni odcinek karnisza, z pokoju obok wyjechał na wózku chłopiec. Mógł mieć jakieś dziewięć, dziesięć lat. Nogi miał nieruchome, ale ręce sprawne, a w oczach taką ciekawość, że Marcin od razu przestał wiercić.
— Cześć. Jestem Julek. To mój wujek. — Chłopiec wskazał głową na Wojtka. — On koduje, a ja rysuję. Mogę patrzeć?
Marcin skinął głową.
Julek przyglądał się pracy tak uważnie, że w końcu Marcin podał mu poziomicę.
— Trzymaj. Powiesz mi, czy jest równo.
Rozmowa zeszła na koty, psy i ogólnie na zwierzęta. Julek nagle posmutniał.
— Mama mówi, że nie możemy mieć psa, bo mieszkanie za małe i nie ma kto z nim biegać. A ja nie mogę biegać.
Marcin odłożył wkrętarkę, spojrzał na żyrandol w kartonowym pudle, który wciąż leżał w samochodzie, a potem na Julka.
— Wiesz co? Pies rzeczywiście to kłopot. Ale kot… Kot jest inny. Znam jednego kota, który stracił pana. Siedział pod wanną, aż go uratowałem. Teraz potrzebuje kogoś takiego jak ty. Kogoś, kto jest spokojny i umie rysować.
— I nie biega — dodał cicho Julek, ale kąciki ust drgnęły mu w uśmiechu.
Gdy przyszła mama Julka, zmęczona po dwunastu godzinach w szpitalu, Marcin zaproponował kotka i montaż żyrandola gratis. W ramach promocji na nowy start.
— Przecież żyrandol jest wart więcej niż wszystko, co pan dziś zarobił — zdziwiła się matka.
— Leżał w bagażniku i się kurzył. Jemu też potrzebny jest dom.
Mama Julka spojrzała na syna, na to, jak chłopiec wpatruje się w Marcina z nadzieją, i zgodziła się bez wahania.
Kociego Buraska przywiózł do nich Marcin dwa dni później, prosto od pani Basi (która go tymczasowo odkarmiła). Kot, widząc Julka na wózku, wskoczył mu na kolana i natychmiast zaczął ugniatać koc łapkami. Pierwszy raz od śmierci poprzedniego właściciela.
O osiemnastej Marcin podjechał pod szpital wojewódzki. Magda, ubrana w służbowy uniform, wsiadła do samochodu i pocałowała go w policzek.
— Jak było?
— Hm — Marcin wyciągnął z kieszeni zwitek banknotów, słoik ogórków i pusty transporter po kocie. — Zarobiłem, nakarmiłem, oddałem żyrandol i ocaliłem dwa koty. No i jeszcze poznałem programistę, który musi wyjść z domu, bo za długo koduje.
Magda zaśmiała się głośno.
— Zwariowałeś?
Z bagażnika nagle dobiegło ciche miauknięcie.
— Co to? — spytała.
Marcin otworzył klapę. W rogu, na starym kocu, zwinięty w kłębek spał maleńki, bury kociak, ledwo odstawiony od matki.
— To… spotkałem go pod klatką pani Haliny. Biegał między samochodami. Chciałem go oddać, ale…
— Ale co? — Magda wzięła kociaka na ręce. Małe zwierzątko natychmiast wtuliło się w jej rękaw.
— Pomyślałem, że my też możemy kogoś potrzebować — powiedział cicho Marcin. — Na nowy początek.
Magda przytuliła kota, potem oparła głowę o ramię męża. Silnik mruczał, kocur mruczał, a za oknem Bydgoszcz zapalała pierwsze latarnie. W schowku samochodowym leżała kartka od chłopca z Gdańskiej. Na żółtej karteczce, koślawymi literami, Julek napisał: „Dziękuję Panu za przyjaciela. I za poziomicę”.
