Pracuję w schronisku przy Nowym Świecie już dziewiąty rok i myślałam, że nic mnie już nie zdziwi. A jednak w ten wtorek, kiedy prowadziłam na spacer trzy kundle po przejściu dla zwierząt gospodarczych, cała ulica zamieniła się w coś z bajki.
Nie miałam czasu na kino od miesięcy — zmiany, karmienie, papiery dla urzędu gminy. Ale tego dnia sama ulica Floriańska w Krakowie wyglądała jak plan filmowy, bo… właśnie nim była. Reflektory na wysokich statywach, kable pod nogami, jakiś chłopak z klapą w ręku krzyczał "cisza na planie", a przechodnie kłębili się za taśmą jak na jarmarku bożonarodzeniowym, tylko że bez straganów z oscypkiem.
Trzymałam na smyczy Bercika, starego kundla po amputacji łapy, którego nikt nie chciał adoptować już trzeci rok. Bercik nie znosi tłumu, więc próbowałam przejść boczną uliczką, ale strażnik w żółtej kamizelce zatrzymał mnie ręką: "Proszę pani, za pięć minut, kręcimy scenę".
I wtedy zobaczyłam ją. Aktorkę w kwiecistej sukience, różowej i białej, z jasną apaszką na ramionach — rozpoznałam ją, bo moja córka oglądała jej stary film ze studentką z Kalifornii z taśmy VHS jeszcze u babci. Obok niej stał mężczyzna w beżowej koszuli, wysoki, o twarzy, którą się pamięta — to on grał tego hiszpańskiego barmana w filmie o miłości na wyspie, którego puszczali w telewizji publicznej w każde Święta Bożego Narodzenia.
Całowali się na środku przejścia dla pieszych, dokładnie tam, gdzie zwykle ludzie czekają na zielone światło z torbami z Biedronki. Za nimi taksówki, prawdziwe, krakowskie, z korporacji, stały w kolejce jak na jakimś dziwnym weselu. Reżyser krzyknął "stop", oni odskoczyli od siebie, ona poprawiła apaszkę, on coś powiedział po angielsku do asystentki z notatnikiem, i wszyscy się roześmiali.
Bercik w tym momencie postanowił, że ma dość czekania i zaszczekał tak głośno, że cała ekipa się odwróciła. Aktorka — teraz już wiem, że nazywa się Diane Werner w tej wersji, którą mi opowiedziano na planie, choć w napisach będzie inaczej — pochyliła się w naszą stronę i zapytała po angielsku, czy może pogłaskać psa. Tłumaczka, młoda dziewczyna z akcentem warszawskim, przekazała mi to, a ja tylko wzruszyłam ramionami: mówię, niech pogłaska, on i tak nikogo nie ugryzł od czasu, gdy trafił do nas z rodziny, która wyjechała do Niemiec i go zostawiła na parkingu przy Auchan.
Uklękła w tej swojej pięknej sukience na bruku, nie zważając na to, że jest mokry po nocnym deszczu, i przez chwilę głaskała Bercika po łbie tak, jakby nie było wokół ani kamer, ani asystentów, ani reflektorów za tysiące złotych. Zapytała, ile lat ma pies i czy ktoś go szuka. Powiedziałam, że nikt, że czeka od dwóch lat, że ludzie wolą szczeniaki bez blizn.
Ona wstała, otrzepała sukienkę, spojrzała na swojego partnera z planu, powiedziała mu coś krótko po angielsku. On podszedł, wyjął portfel, i podał mi kilka banknotów — pięćset złotych, jak się później okazało, kiedy policzyłam je w biurze schroniska — mówiąc przez tłumaczkę, że to na karmę dla psów, które "nie mają szczęścia być piękne".
Reżyser już wołał, że mają dziesięć minut do zachodu światła, ekipa się poruszyła, taksówki zatrąbiły, jakiś statysta w garniturze przebiegł z parasolem, żeby osłonić kamerę od słońca, choć słońce akurat świeciło jak na złość bez żadnej chmury. Cała ta scena z pocałunkiem, którą pokażą pewnie na jedną minutę w kinie, zajęła im ponad czterdzieści minut ustawiania.
Ja wróciłam z Bercikiem tą samą boczną uliczką, którą chciałam pójść od początku, minęłam kiosk, gdzie pani Zosia sprzedaje "Gazetę Krakowską" i pytała mnie, co się dzieje, że tyle ludzi. Powiedziałam jej, że Hollywood przyjechało na Floriańską całować się na zebrze.
Pięćset złotych wystarczyło na dwa tygodnie karmy dla całego schroniska. Bercika, tego z jedną łapą, adoptowała trzy miesiące później starsza pani z Podgórza, która zobaczyła jego zdjęcie w internecie — akurat to, na którym aktorka go głaska, bo ktoś z ekipy zdążył je zrobić telefonem i wrzucić na nasz profil. Nikt z nas nie wiedział wtedy, że ten jeden telefon w rękach anonimowego oświetleniowca zrobi dla psa więcej niż dwa lata stania w klatce.
