Mam sześćdziesiąt trzy lata i mieszkam pod Grudziądzem, w gospodarstwie, które kupiliśmy z mężem trzydzieści jeden lat temu za pieniądze z jego renty inwalidzkiej i mojej pensji ze szkoły. Nazywam się Barbara Wichrowska. Mąż zmarł osiem lat temu. Od tamtej pory gospodarstwo prowadzę sama — dwa hektary, kilka kóz, kury i papuga żako imieniem Zeus, którego mąż przywiózł kiedyś z targu w Toruniu, bo ktoś się go pozbywał po rozwodzie.
Zeus gada. Niewiele, ale trafnie. Umie powiedzieć „Barbara, zamknij bramę" i „nie ma pieniędzy", bo to dwa zdania, które słyszał najczęściej przez ostatnie lata. I to właśnie Zeus, mimo woli, zaczął całą sprawę z moim zięciem.
Córka, Agnieszka, wyszła za mąż pięć lat temu za Dawida — sympatycznego z pozoru chłopaka z Chełmna, który prowadzi warsztat mechaniczny. Zamieszkali w moim domu, bo młodzi nie mieli na własne mieszkanie, a ja i tak miałam dwa wolne pokoje na piętrze. Umówiliśmy się ustnie: mieszkają za darmo, pomagają przy gospodarstwie, a ja pomagam im finansowo, kiedy trzeba. Pomogłam sporo — dwadzieścia dwa tysiące złotych na wyposażenie warsztatu, jeszcze przed ślubem, bo Dawid mówił, że bez tego nie ruszy z biznesem.
Z początku było dobrze. Potem Dawid zaczął traktować mój dom jak swój. Ustawiał buty na środku korytarza, jakby to on tu gospodarował, wieszał kurtkę na krześle, na którym zawsze siadał mój mąż. Nie odzywał się do mnie przy śniadaniu, tylko do telefonu albo do Agnieszki, i to półgębkiem. Kiedy prosiłam, żeby pomógł przy sianie, mówił, że „nie ma czasu, bo klient czeka", a potem widziałam go, jak pół dnia gra w coś na telefonie, siedząc na ganku.
We wrześniu, w niedzielę, przyjechali do nas jego rodzice z Chełmna na obiad. Podałam rosół i schabowe, a przy kawie usłyszałam, jak Dawid mówi ojcu: „Tato, ja tu i tak wszystkim rządzę, teściowa jest już stara, prędzej czy później ziemia i dom będą moje, bo Agnieszka to jedyne dziecko". Powiedział to cicho, ale nie dość cicho — Zeus siedział na oparciu fotela tuż obok i powtórzył to zdanie jeszcze trzy razy w ciągu następnego tygodnia, akurat wtedy, gdy w kuchni była sąsiadka, listonosz i ksiądz, który przyszedł po kolędzie mimo że to nie pora.
Zapytałam Agnieszkę wprost, czy wie, co mówi jej mąż. Spuściła wzrok i powiedziała, że to tylko gadanie, że Dawid czasem przesadza przy ojcu, bo chce zaimponować. Nie broniła mnie, ale nie broniła też jego — po prostu chciała, żebym dała spokój.
Dałam sobie tydzień na spokojne przemyślenie sprawy, bez krzyku i bez awantury przy stole. W poniedziałek pojechałam do notariusza w Grudziądzu, do pana Zdzisława Karpińskiego, który prowadził jeszcze sprawy spadkowe po moim mężu. Zabrałam księgę wieczystą, dowód osobisty i dwadzieścia dwa tysiące złotych w gotówce — te same pieniądze, które kiedyś pożyczyłam Dawidowi na warsztat, tylko że teraz przyszły z powrotem, bo poprosiłam go, żeby oddał, zanim spisze się umowę darowizny na wnuki.
Sporządziliśmy darowiznę: dwa hektary ziemi i dom idą na Agnieszkę, ale z dożywotnią służebnością mieszkania dla mnie i z zapisem, że w razie rozwodu córki cała nieruchomość zostaje przy niej, bez żadnego prawa Dawida do połowy. Notariusz dopisał też klauzulę, że warsztat, wyposażony za moje pieniądze, formalnie wraca jako pożyczka do spłaty, udokumentowana zwykłym pokwitowaniem, które Dawid podpisał przy ślubie, nie czytając dokładnie.
Wieczorem, gdy wróciłam z miasta, zebrałam wszystkich w kuchni — Agnieszkę, Dawida i Zeusa na grzędzie przy oknie. Położyłam na stole trzy dokumenty: akt notarialny darowizny, pokwitowanie pożyczki na warsztat i wezwanie do zapłaty przygotowane przez kancelarię, z terminem sześćdziesięciu dni.
Dawid pobladł, zaczął tłumaczyć, że to była tylko rozmowa z ojcem, nic więcej. Powiedziałam mu spokojnie, że dom i ziemia są teraz zapisane na Agnieszkę na twardo, z klauzulą rozwodową, więc nawet gdyby coś się między nimi popsuło, on stąd wyjdzie z torbą i tyle. A dwadzieścia dwa tysiące na warsztat ma spłacić w ciągu dwóch lat, bo to była pożyczka, a nie prezent, i mam na to jego podpis.
Zeus w tym momencie odezwał się ze swojej grzędy, jakby na zawołanie: „nie ma pieniędzy". Dawid spojrzał na papugę, potem na mnie, i wyszedł na podwórko bez słowa.
Mieszkają u mnie do dziś, bo Agnieszka jest w ciąży i nie chcę robić z tego dramatu większego, niż trzeba. Ale Dawid od tamtej niedzieli sam nosi drewno do pieca, pyta, zanim usiądzie na krześle mojego męża, i spłaca ratę co miesiąc, przelewem, z tytułem „warsztat — rata". Ostatnią wpłatę zrobił trzeciego września, tysiąc osiemset złotych. Zostało jeszcze jedenaście rat.
