Kiedy przyjęłam Bazyla, miał już swoje lata i swój charakter — kot rudy jak jesienny liść, chudy jak szczapa, z uchem naderwanym w jakiejś bójce, o której nigdy się nie dowiem. Znalazłam go pod klatką schodową na Bronowicach w Krakowie, w listopadzie, kiedy z rynny kapało tak, że słychać było przez okno. Sąsiadka z parteru, pani Grażyna, mówiła, że kręci się tam od miesiąca, że karmiła go resztkami schabowego, ale do domu wziąć nie mogła — mąż uczulony.
Zabrałam go do siebie bez wielkiego planu. Weterynarz przy ulicy Kalwaryjskiej obejrzał go, powiedział, że ma z osiem lat, ślad po starym złamaniu łapy i że serce mu bije trochę nierówno, ale na razie nie ma powodu do paniki. Recepta, krople, sto dwadzieścia złotych za wizytę — zapłaciłam i nawet się nie zastanawiałam.
Pierwsze tygodnie Bazyli spędził pod łóżkiem. Wychodził w nocy, jadł, kiedy nikt nie patrzył, wracał do swojej kryjówki. Miałam wtedy pracę zmianową w markecie przy alei Pokoju, wracałam czasem po dwudziestej drugiej, i jedyne, co czekało na mnie w mieszkaniu, to cisza i ten kot, który się mnie bał bardziej niż ja jego.
Zmieniło się to w grudniu, kiedy zachorowałam — zwykła grypa, ale z gorączką pod czterdzieści, leżałam trzy dni prawie nieprzytomna. Któregoś ranka otworzyłam oczy i Bazyli leżał mi na piersi, ciężki, ciepły, mrucząc jak stary silnik dizla. Nie wiem, kiedy się tam położył. Ale wiem, że od tamtej pory już się nie chował.
Sąsiad z góry, pan Edward, emerytowany kolejarz, zaczął pukać do mnie co drugi dzień — najpierw pod pretekstem, że słyszał, jak coś upadło, potem już bez pretekstu, po prostu z pytaniem, czy kotu czegoś nie trzeba. Przynosił mu raz suszone rybki z targu na Stradomiu, za co dostał reprymendę od naszej weterynarz, bo Bazyli miał już wtedy kamienie w pęcherzu i dietę za sto osiemdziesiąt złotych miesięcznie, którą kupowałam w sklepie zoologicznym przy Długiej.
Historia mogłaby się na tym skończyć spokojnie — kot, kobieta, mieszkanie, lata mijające jedne za drugimi. Ale w marcu zeszłego roku do drzwi zapukał ktoś, kogo się nie spodziewałam: siostrzeniec pani Grażyny, tej sąsiadki od schabowego, młody chłopak w skórzanej kurtce, który przedstawił się jako Kamil i oznajmił, że Bazyli jest jego, bo to on go zgubił trzy lata temu, kiedy mieszkał u ciotki, i że teraz, kiedy ma własne mieszkanie na Prądniku, chce go odzyskać.
Stałam w progu z ręką na framudze i czułam, jak w gardle rośnie mi coś twardego. Zapytałam, czy ma jakiś dowód — zdjęcie, książeczkę zdrowia, cokolwiek. Nie miał. Powiedział tylko, że rudy kot z naderwanym uchem to nie jest byle jaka poszlaka, że to jego kot, że zniknął mu w listopadzie trzy lata temu spod tego samego bloku. Zaproponował, że da mi na "odszkodowanie" trzysta złotych, żebym się nie czepiała.
Nie wpuściłam go dalej niż na wycieraczkę. Powiedziałam, że kot ma dokumentację od siedmiu lat u jednego weterynarza, że jest zaczipowany — co zresztą zrobiłam już w pierwszym miesiącu, sto pięćdziesiąt złotych, numer w bazie na moje nazwisko — i że jeśli chce, może iść z tym do sądu, ale prędzej zobaczy śnieg w lipcu. Trzasnęłam drzwiami, ręce mi się trzęsły tak, że nie mogłam od razu zapalić gazu pod czajnikiem.
Wróciłam do pokoju, a Bazyli siedział na parapecie, patrząc na podwórko, jakby nic się nie stało. Usiadłam obok niego i przez chwilę patrzyłam na to samo co on — suszące się pranie sąsiadów, gołębie na balustradzie, dzieciaki wracające ze szkoły z plecakami cięższymi niż one same.
Kamil wrócił jeszcze dwa razy. Raz zadzwonił domofonem i krzyczał coś przez interkom, że pójdzie na policję, że to kradzież. Drugi raz zostawił kartkę za wycieraczką z numerem telefonu i jednym zdaniem: "Jeszcze się zastanów". Nie zastanowiłam się. Zaniosłam tę kartkę do administracji budynku, bo pan Edward doradził, żeby zostawić ślad na wypadek, gdyby sprawa faktycznie trafiła gdzieś dalej — a sam zaproponował, że jeśli będzie trzeba, zezna, że Bazyli mieszka u mnie od lat, bo widział go codziennie na klatce.
Sprawa nigdy nie trafiła do żadnego sądu. Kamil zniknął równie nagle, jak się pojawił — może zorientował się, że numer chipa i siedem lat kart z wizyt to nie jest coś, co obali zdjęcie z telefonu i trzysta złotych w kopercie. Ale ja i tak, tydzień później, poszłam do notariusza przy placu Wolnica i za sto złotych spisałam oświadczenie, że Bazyli jest moją własnością od dnia adopcji, z numerem chipa i podpisem weterynarza jako świadka na kopii karty zdrowia. Nie dlatego, że się bałam, że ktoś przyjdzie znowu. Dlatego, że chciałam mieć na papierze to, co i tak było prawdą od dawna.
Bazyli ma teraz jedenaście lat. Śpi na parapecie w słońcu, budzi mnie w nocy, kiedy chce jeść wcześniej niż powinien, a pan Edward wciąż przychodzi co drugi dzień, tyle że teraz już nie pyta, czy kotu czegoś trzeba — po prostu siada w kuchni, piję z nim herbatę, a Bazyli wskakuje mu na kolana, jakby od zawsze były jego.
