Nazywam się Bogumiła Sroka, mam sześćdziesiąt trzy lata i przez dwadzieścia jeden lat byłam listonoszką na trasie obejmującej wieś Lipowiec i okoliczne przysiółki. Dziś jestem na emeryturze, ale rower zatrzymałam – nogi same pamiętają drogę, więc jeżdżę nim do sklepu, dwa kilometry w jedną stronę, mijając po drodze zagrodę, w której mieszka pani Zofia Byrska z wnukiem Kacprem.
To właśnie tam, przy tej zagrodzie, zobaczyłam coś, o czym myślę do dziś.
Był koniec sierpnia, chłodny już wieczór, taki, kiedy z komina u sąsiadów ciągnie dymem z pierwszego w sezonie palenia w piecu. Jechałam ze sklepu, w koszyku miałam bochenek chleba i pół kilo kiełbasy wiejskiej, bo akurat leciał w telewizji mecz i chciałam zdążyć na drugą połowę. Nie miałam zamiaru się zatrzymywać – ale przy furtce Byrskich zobaczyłam chłopca, może dziewięcioletniego, siedzącego na starej oponie od ciągnika, otoczonego przez ze cztery koty.
Znałam tego chłopca z widzenia. Kacper. Syn córki pani Zofii, tej, co wyjechała za pracą do Niemiec i zostawiła go u babki, bo w Bawarii, jak mówiła sąsiadom, nie ma z kim go zostawić na zmianach w fabryce. Chłopak przyjechał do Lipowca dwa lata temu, cichy, właściwie się nie odzywał, nawet do innych dzieci na podwórku szkolnym.
Zsiadłam z roweru, bo chciałam sprawdzić, czy nie stała się jakaś krzywda – kotom albo jemu. Podeszłam bliżej i zobaczyłam, że on każdemu kotu z osobna nalewa mleko do osobnej pokrywki po słoiku, licząc głośno, żeby żaden nie dostał więcej niż drugi. Miał przy sobie zeszyt w kratkę, taki od matematyki, i w nim odhaczał imiona: Łatek, Mruczek, Dachówka, Sadza. Dachówka miała łaciate futro w kolorze starej dachówki, stąd chyba imię. Zapytałam go, skąd te koty. Powiedział, że przybłąkały się latem znad rowu melioracyjnego za stodołą, że babcia najpierw nie chciała, bo „jeszcze się rozpanoszą", ale on je karmił po kryjomu resztkami z obiadu, aż babcia machnęła ręką.
Nie wyglądał na chłopca, który się bawi. Wyglądał na kogoś, kto ma robotę do wykonania i traktuje ją poważnie, jak dorosły traktuje zmianę w pracy.
Zapytałam, czy tęskni za mamą. Powiedział, że tak, ale że koty go nie pytają, kiedy mama wróci, więc z nimi jest lżej. Powiedział to bez patrzenia na mnie, tylko na Dachówkę, która wpychała mu łeb pod dłoń.
Postałam tam z pięć minut, może mniej, bo kiełbasa w koszyku i mecz czekały, i pojechałam dalej. Ale od tamtego dnia zaczęłam się zatrzymywać przy tej furtce częściej, niż wymagała droga do sklepu.
Widziałam, jak z tygodnia na tydzień przybywa kotów – w październiku doliczyłam się siedmiu, w tym dwa kocięta, które ktoś wyrzucił przy przystanku PKS. Widziałam, jak pani Zofia, kobieta niewysoka, zawsze w tym samym wełnianym swetrze w kolorze buraka, przynosi chłopcu miskę z resztkami zupy dla zwierzaków, nie mówiąc ani słowa, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie. Widziałam, jak sołtys, pan Edward Ptak, przystanął kiedyś przy tej samej furtce i pogroził żartem palcem, że jak będzie więcej kotów niż mieszkańców wsi, to zrobi z tego temat na zebranie wiejskie. Kacper się wtedy nie uśmiechnął. Tylko podniósł na niego wzrok i zapytał, czy sołtys wie, że koty łapią myszy w stodołach za darmo, więc to się bilansuje.
Zimą, akurat przed świętami, kiedy w Lipowcu ludzie już wieszali lampki na płotach, dowiedziałam się od sąsiadki, że matka Kacpra zadzwoniła i powiedziała, że nie przyjedzie na Wigilię – zmiana w fabryce, nie da się zamienić. Zofia miała podobno płakać w kuchni, myśląc, że wnuk śpi. A on nie spał. Zszedł na dół, usiadł koło niej przy stole i zaproponował, że pójdą razem nakarmić koty, bo one nie wiedzą, że jest Wigilia, i na pewno są głodne jak zwykle.
Powiedziała mi to sama pani Zofia, kiedy pewnego dnia zaprosiła mnie na herbatę, bo listonoszka bez pracy i tak jeździ tamtędy z pustymi rękami. Powiedziała to bez większych emocji w głosie, po prostu opowiadała, jak się rzeczy potoczyły, mieszając łyżeczką w szklance z cukrem, który się nie chciał rozpuścić.
Wiosną, gdy śnieg już zszedł i zrobiło się błoto po drodze, matka Kacpra przyjechała w końcu na dwa tygodnie urlopu. Nie wiem, co dokładnie zaszło między nimi w te dwa tygodnie – to już nie moja sprawa i nikt mi tego nie relacjonował ze szczegółami. Wiem tylko, że kiedy wyjeżdżała z powrotem, na stacji PKS w Lipowcu, Kacper nie płakał tak, jak podobno płakał rok wcześniej. Podała mu przez okno autobusu kopertę z pieniędzmy na karmę, a on odpowiedział, że lepiej niech odłoży na bilet, bo koty i tak zjedzą to, co jest w spiżarni.
Nie wiem, czy to była dziecięca duma, czy coś więcej. Wiem tylko, że kiedy przejeżdżam dziś rowerem koło zagrody Byrskich, licznik kotów na tej oponie od ciągnika stoi w miejscu, bo pani Zofia w końcu zawiozła kilka do weterynarza na kastrację, żeby faktycznie „nie było ich więcej niż mieszkańców". Ale Dachówka wciąż tam jest, łaciata jak zawsze, i wciąż wpycha łeb pod dłoń chłopca, który dziś ma już jedenaście lat i chodzi do piątej klasy w Zawadach.
Zatrzymuję się tam czasem bez powodu. Nie mam nic do dostarczenia, nie mam nic do powiedzenia. Po prostu patrzę przez chwilę, jak nalewa mleko do pokrywek, licząc głośno, żeby wszystkim starczyło po równo, i jadę dalej do domu, zanim ostygnie kolacja.
