Danuta Kaczmarek miała pięćdziesiąt trzy lata i warsztat samochodowy przy ulicy Kolejowej w Radomiu, który prowadziła razem z mężem przez dwadzieścia sześć lat. Wojciech zmarł w marcu, nagle, na parkingu przed Biedronką. Zawał. Ona wtedy stała w kolejce do kasy z koszykiem pełnym mrożonek, a telefon dzwonił i dzwonił, i ona go nie odbierała, bo myślała, że to znowu ktoś z reklamą kredytu.
Syn, Marcin, miał trzydzieści jeden lat i od pogrzebu mieszkał znowu z matką – jego małżeństwo rozpadło się rok wcześniej, a mieszkanie zostało przy byłej żonie. Wprowadził się z jedną walizką i psem, który szczekał na listonosza, i Danuta wtedy myślała, że to dobrze, że będzie miała kogoś w domu.
Warsztat prowadził teraz on. Ojciec zdążył go wszystkiego nauczyć – i skrzynie biegów, i elektrykę, i jak rozmawiać z klientem, który się kłóci o cenę. Marcin przychodził codziennie o siódmej, otwierał bramę, a Danuta przynosiła mu termos z kawą, bo tak robiła dla Wojciecha przez ćwierć wieku i nie umiała przestać.
We wrześniu, w dniu Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, Danuta upiekła sernik – taki, jaki lubił Wojciech, z rodzynkami – i poszła do warsztatu, żeby zanieść kawałek synowi. Drzwi biura były uchylone. Usłyszała głos Marcina i drugi głos, kobiecy, twardy, jakby z akcentem spod Kielc. To była Renata, jego nowa dziewczyna, którą Danuta widziała może trzy razy.
– Trzeba to wszystko przepisać na ciebie – mówiła Renata. – Bo jak coś się stanie, to warsztat przejdzie po połowie na twoją siostrę, a ona nawet klucza w ręku nie trzymała.
– Mama nie zgodzi się tak od razu – odpowiedział Marcin cicho.
– To ją przekonasz. Powiedz, że to dla jej dobra, że nie musi się martwić papierami. Ja już rozmawiałam z notariuszem, może przyjść nawet w piątek.
Danuta stała z tacą sernika w rękach i patrzyła na własne odbicie w szybie drzwi. Kawałek ciasta z rodzynkami, talerzyk w kwiatki, który dostała od Wojciecha na dwudziestą rocznicę ślubu. Postawiła tacę na krześle na korytarzu i wyszła, nie mówiąc nic.
W piątek rzeczywiście przyjechał notariusz – starszy pan w szarym garniturze, z teczką, którego Danuta znała z widzenia, bo mieszkał trzy ulice dalej. Marcin zaprosił matkę do biura, mówiąc, że trzeba "uporządkować sprawy po tacie", że tak będzie prościej, że siostra i tak mieszka w Niemczech i warsztatem się nie interesuje.
Danuta usiadła, wzięła długopis do ręki i zapytała spokojnym głosem:
– A ile jest wart ten warsztat, panie Zdzisławie? Tak orientacyjnie, z wyposażeniem, z gruntem.
Notariusz zerknął w papiery.
– Rzeczoznawca wycenił na sto dwadzieścia tysięcy złotych, proszę pani.
– Sto dwadzieścia tysięcy – powtórzyła Danuta i odłożyła długopis. – I ja mam to przepisać na syna, żeby jego dziewczyna, którą znam trzy miesiące, mogła spać spokojnie, że córka mojego męża nie dostanie ani grosza?
Renata, która siedziała pod ścianą, poruszyła się na krześle, ale nic nie powiedziała.
– Mamo, to nie tak – zaczął Marcin.
– Dokładnie tak słyszałam we wtorek przez uchylone drzwi biura, z sernikiem w rękach, który przyniosłam ci na twoje urodziny, bo zapomniałeś, że są za tydzień.
Cisza w pokoju trwała chwilę. Notariusz odłożył wieczne pióro na blat.
Danuta wstała, wyszła do warsztatu, gdzie na haczyku przy drzwiach wisiały zapasowe klucze do bramy i do biura – te same, które od dwudziestu sześciu lat nosiła w torebce razem z różańcem. Zdjęła je, wróciła i położyła na stole przed synem.
– Warsztat zostaje mój, tak jak jest zapisany od śmierci taty – powiedziała. – Nic nie przepisuję. A od jutra wynajmuję kogoś do prowadzenia księgowości i rozliczeń, bo chcę wiedzieć co miesiąc, ile wpływa i ile wychodzi. Ty możesz tu dalej pracować jako mechanik, jak każdy inny pracownik, na umowę i na pensję. A twojej siostrze przelej dzisiaj chociaż połowę tego, co warsztat zarobił od marca – to będzie ze dwadzieścia tysięcy – bo ona też jest córką swojego ojca, nawet jak mieszka w Hamburgu.
Marcin otworzył usta, ale nie znalazł słów. Renata wstała gwałtownie, powiedziała coś o tym, że "nie musi tego słuchać" i wyszła, trzaskając drzwiami tak, że dzwoneczek nad wejściem długo jeszcze brzęczał.
Notariusz spakował teczkę i powiedział tylko, przechodząc obok Danuty:
– Dobrze pani zrobiła.
Wieczorem Danuta zadzwoniła do córki, Kasi, do Hamburga. Powiedziała jej o przelewie, o warsztacie, o kluczach, które teraz znowu leżały w jej torebce obok różańca. Kasia płakała po drugiej stronie, ale to był inny płacz niż zwykle – z ulgą, nie z żalem.
Sernik z tego dnia tak i został na tacy w korytarzu, nietknięty. Danuta zabrała go do domu, postawiła w lodówce i zjadła kawałek dopiero następnego ranka, sama, z kawą, siedząc przy stole, przy którym Wojciech siadał codziennie przez dwadzieścia sześć lat.
