Wronki, blok przy ulicy Słowackiego. Trzecie piętro, okna na podwórze, gdzie od rana ktoś piłował deski. Maja odstawiła karton z książkami i spojrzała na przedpokój, po którym dopiero co przejechał buraczkowy materiał walizki. Ślad został — cienka rysa na panelach, które kładła z Darkiem dwa lata temu. Mąż sam wybierał odcień, kłócili się pół dnia w markecie budowlanym.
— Nie będę się rozbierać — oznajmiła Sylwia. Postawiła dwie torby pod wieszakiem, nie zdejmując kurtki. — Ja tu też mam swoje. Czwarta część po bracie.
Maja nic nie powiedziała. Pamiętała dzień, kiedy szwagierka weszła do spadku. Notariusz w Szamotułach, ciasny gabinet, zapach papierosów z ulicy. Dariusz zginął w styczniu, na trasie S5 pod Lesznem. Zostawił po sobie mieszkanie, kredyt i siostrę, która nagle przypomniała sobie, że ma rodzinną część.
— W dużym pokoju się położę — ciągnęła Sylwia, rozglądając się po korytarzu. — Ty zostań w sypialni. Swoi przecież jesteśmy.
Zdjęła buty dopiero przy drzwiach do kuchni. Przedtem przeszła przez cały przedpokój, zostawiając mokre ślady. Na dworze mżyło. Maja podniosła walizkę i przestawiła pod ścianę, żeby nie potknął się kot. Kot zresztą zniknął pod wanną, jak tylko usłyszał obcy głos.
— Gdzie masz czajnik? — Sylwia otwierała szafki, jedna po drugiej. Z hukiem zamykała drzwiczki. — Pić mi się chce. Od samego Wronek nic w ustach nie miałam.
— Stoi koło mikrofalówki. A jedzenie to weź coś z Biedronki, jest na rogu. Ja dzisiaj nie gotuję.
To była nieprawda. W lodówce stał garnek rosół, który Maja zrobiła wczoraj, i słoik sałatki jarzynowej. Ale znała apetyt szwagierki. Raz przyjechała na święta i zjadła pół blachy sernika, zanim ktokolwiek zdążył usiąść.
Sylwia wyjęła z torby paczkę kabanosów, oderwała dwa zębami. Mówiła z pełnymi ustami:
— Ja w ogóle to przyjechałam na poważnie. W Śremie roboty nie ma. Swoje mieszkanie wynajęłam studentom, płacą tysiąc osiemset co miesiąc. A tu się zaczepię. Moja czwarta część, mam prawo.
Maja otworzyła okno. Z podwórka pachniało mokrą korą i dymem z komina. Położyła dłonie na blacie i policzyła w myślach do dziesięciu.
— Dobrze. Tylko czynsz dzielimy według udziałów.
Sylwia przestała żuć.
— Jaki czynsz? Ja przecież nie płacę za swoje?
— Płacisz. Czynsz do wspólnoty, prąd, woda, gaz. Czwarta część to twoje. Przelew co miesiąc, dziesiątego. Daję ci numer konta.
— Jesteś nienormalna. Darek przez ciebie życie sobie skrócił. Teraz widzę, czemu.
Maja nie odpowiedziała. Wyjęła z lodówki jogurt, nabrała łyżeczkę. Patrzyła na swój kalendarz na ścianie — niedziela, dziewiętnasty listopada, u matki trzeba wymienić pasek w roletach. Kiedyś by się rozpłakała. Dziś tylko zapisała w telefonie: „Sylwia — czynsz, przelew, potwierdzenie".
Początek był spokojny. Sylwia uznała, że pierwszej nocy nie będzie się kłócić. Rozłożyła się w dużym pokoju, zdjęła narzutę z kanapy, położyła własny koc w kratę. Pachniało od niej papierosami i wilgocią.
Rano Maja wstała o siódmej. Sylwia krzątała się przy kuchence, Jajka skwierczały na patelni. Na blacie leżała rozsypana mąka, obok pusta butelka po oleju.
— Jajecznicy? — spytała Sylwia, nie odwracając się.
— Nie, dziękuję. Wzięłaś moje jajka. Cztery sztuki. W Biedronce po ile teraz? Pięć złotych dziesięć za dziesięć. To wychodzi dwa cztery.
Sylwia odwróciła się z łopatką w dłoni.
— Ty chyba żartujesz.
— Nie żartuję.
— Za cztery jajka ci zapłacę? Masz tu, trzymaj. — Rzuciła na stół piątkę. — Reszty nie trzeba. Niech ci będzie.
Maja wzięła monetę, schowała do pudełka po herbacie, które trzymała w szufladzie. Obok leżał długopis i notes w kratkę.
— Zapisałam. Jesteśmy umówione: budżety osobne, wspólne tylko rachunki. Ty masz przychód z wynajmu, ja z piekarni. Każda za swoje.
Sylwia wyszła, trzaskając drzwiami. Maja nalała sobie kawy i usiadła na parapecie. Na podwórku sąsiad piłował dalej. Kot wyszedł spod wanny i otarł się o nogę.
Zaczęło się. Sylwia szukała pracy, ale z marnym skutkiem. Po dwóch tygodniach zrezygnowała. Mówiła, że „wszędzie chcą młodych". Dni spędzała na kanapie w dużym pokoju. Wieczorami znikała, wracała około północy. Któregoś razu Maja usłyszała, jak Sylwia rozmawia przez telefon z koleżanką:
— Wynajem idzie, tysiąc osiemset czystego. A tu żyję za darmo. No, prawie. Ta wariatka każe mi płacić ćwierć czynszu.
— Nie za darmo — powiedziała Maja. Stała w progu kuchni, w dłoni trzymała paragon. — Czynsz za ten miesiąc: czterysta osiemdziesiąt dwa złote. Twoja część to sto dwadzieścia pięć pięćdziesiąt. Do końca tygodnia.
Sylwia schowała telefon.
— Nie mam. W tym miesiącu nie mam. Studentka się spóźniła.
— To pożycz. Albo wpłać do końca miesiąca. Odsetki ustawowe.
— Jakie odsetki, co ty gadasz?
— Zwykłe. Za zwłokę.
Sylwia wstała z kanapy. Była wyższa od Mai, mocniejsza w ramionach. Zbliżyła się o krok. Zapach kabanosów i papierosów.
— A wiesz, co zrobię? Powiem ci, co zrobię. Sprzedam swoją ćwiartkę. Znajdę kupca. Mieszkanie pójdzie na licytację, kupi je jakiś UkraIńiec z gotówką. Wtedy zobaczymy, czy będziesz taka mądra. Razem się poniewieracie.
Maja nie cofnęła się.
— Sprzedaj. To nie jest takie proste, jak myślisz. Wspólnota ma prawo pierwokupu. I nikt ci nie da ceny rynkowej za ułamek.
— Adwokata mi się zachciało? — Sylwia roześmiała się. — Jak chcesz, to cię wywłaszczę. Zobaczysz.
— Nie ma takiej opcji. Idź, zapytaj w sądzie. Poczekam.
Sylwia wyszła, znowu trzasnęły drzwi. Maja stała przy oknie. Na podwórku zapaliła się latarnia. Sąsiad wreszcie przestał piłować, za to teraz ktoś włączył radio. Lech Janerka, „Konstytucje". Maja podkręciła dźwięk w telefonie, żeby nie myśleć.
Klamka zapadła. Sylwia zorientowała się, że Maja nie ustąpi. Zaczęły się drobne złośliwości. Ginęło mleko, cebula, płyn do naczyń. Sylwia kąpała się godzinę. Łazienkę zostawiała zalaną, ręcznik Mai rzucony na podłogę. W nocy głośno przesuwała meble. „Przemeblowanie" — mówiła rano. „Mam prawo, to też mój kąt".
Maja zamykała się w sypialni, wkładała słuchawki. Wieczorami dzwoniła do matki, mówiła, że wszystko w porządku. Matka pytała, czy nie samotnie jej. Maja odpowiadała, że po czterdziestce to się przyzwyczaja. Nie mówiła o Sylwii. Matka i tak by się denerwowała, a u niej serce.
Osiemnastego grudnia Maja położyła na kuchennym stole kartkę. Był na niej kwitek z banku. Sylwia przeczytała, odsunęła.
— Co to?
— Potwierdzenie. To ty mi wisisz za prąd. Od listopada do teraz. Trzysta dwadzieścia siedem.
— Ja nie mam.
— To spłacisz. Tak jak ustalałyśmy.
— Ustalałyśmy! — Sylwia trzasnęła dłonią w stół. — Ty mi całe życie zmarnowałaś! Przez ciebie mój brat nie wrócił do domu, wolał te cholerne trasy! A teraz jeszcze mi każesz płacić za prąd, jak jakiejś lokatorce?
Maja wzięła kwitek, złożyła wpół, schowała do kieszeni.
— Darek nie wracał, bo taką miał pracę. A ty mi nie zmarnowałaś życia, bo ci na to nie pozwoliłam. Wpłata do piątku.
W piątek pieniędzy nie było. W sobotę też nie. W niedzielę rano Maja wstała, nalała wody do czajnika i zadzwoniła do firmy, która zajmowała się odczytami. Umówiła wizytę na środę, przy okazji zapytała o możliwość blokady mediów. Okazało się, że wspólnota może zablokować dopływ tylko wtedy, gdy zaległość przekroczy trzy miesiące. Maja podziękowała i rozłączyła się.
Nie poddała się. Zrobiła to, co obiecała sobie tamtego wieczoru, po cmentarzu. Znalazła w dokumentach Darka zapiski o pożyczce. Siostra winna mu była jedenaście tysięcy z tytułu starego remontu w Śremie. Darek nie zdążył tego odzyskać. Spadek przejął, ale dług został.
W styczniu Maja zaniosła pismo do kancelarii w Szamotułach. Adwokat spojrzał na dokumenty, zdjął okulary.
— Da się to policzyć. Pani mąż nie jest wierzycielem, bo nie żyje. Ale pani jako spadkobierca może wystąpić o zwrot. Podstawa jest.
W lutym Sylwia dostała list polecony. Otworzyła przy kuchence. Przeczytała raz, drugi. Zaczęła krzyczeć:
— Jedenaście tysięcy?! Za ten remont?! To Darek sam chciał dopłacić! To był prezent dla siostry!
— Była pożyczka. Przelew z konta Darka na konto wykonawcy. Data, kwota, tytułem: „remont Srem ul. Kilińskiego". Masz umowę, którą podpisałaś. Leży w sądzie.
Sylwia zmięła pismo, rzuciła pod nogi. Maja podniosła, wygładziła na blacie.
— Możemy pójść do sądu. Albo podpiszesz ugodę. Spłaty po trzysta złotych miesięcznie, do końca roku. Czynsz i media naliczane normalnie.
Sylwia stała z otwartymi ustami. Potem nagle usiadła. Przesunęła dłonią po twarzy.
— Nie mam z czego.
— Zwolnij studentów, wróć do siebie. Przestań wynajmować. Albo sprzedaj. To twoja decyzja. Swoje zobowiązania musisz regulować.
— A jak nie?
— To wejdę na pensję. Zajęcie komornicze. I tak dwa razy w miesiącu zdejmie ci z konta. A jak się okaże, że masz ukrywane dochody, to będzie gorzej. Mnie to nie ruszy. Ja swoje i tak odzyskam.
Sylwia zacisnęła pięść. Nie uderzyła. Wstała, podeszła do okna, otworzyła je. Zimny wiatr wleciał do kuchni. Zapach z podwórka się zmienił — teraz ktoś palił mokrymi liśćmi. Dym wchodził do środka.
— Wiesz co? — powiedziała Sylwia. — Ty nic nie rozumiesz. Darek mi to przyrzekł. Na łóżku w szpitalu. „Sylwia, jak coś, to nie zostaniesz bez dachu". To była moja obietnica. A ty mi ją teraz odbierasz.
Maja podeszła do stołu, wzięła swój telefon, odblokowała. Na ekranie było zdjęcie Darka, zrobione na promie w Świnoujściu. Mąż miał na głowie czapeczkę z daszkiem, śmiał się.
— Darek nie obiecywał ci mojego mieszkania. Obiecał ci, że nie zostaniesz sama. A nie zostaniesz, bo masz swoje czterdzieści metrów w Śremie. Tylko nie chcesz w nich mieszkać, bo tam trzeba sprzątać i płacić.
Sylwia wyszła. Po raz pierwszy od przyjazdu zamykała drzwi cicho.
Trzy dni potem Maja wróciła z piekarni. W dużym pokoju było pusto. Na podłodze leżał tylko stary koc w kratę i pusta butelka po kefirze. Na stole w kuchni znalazła kartkę: „Jestem w swoim. Sama."
Maja odetchnęła. Otworzyła okno, wietrzyła mieszkanie całą godzinę. Potem wzięła wilgotną szmatę i przetarła blaty, listwy, klamki. Zapaliła świecę z lasu, którą trzymała na czarną godzinę. Usiadła z kubkiem herbaty, kot wskoczył jej na kolana.
Ale na tym się nie skończyło.
W październiku zadzwonił telefon. Numer nieznany, kierunkowy 61. Maja odebrała.
— Pani Maju? Tu Krystyna, sąsiadka Sylwii ze Śremu. Ona tu pije. Od tygodnia nie wstaje. Mieszkanie zaniedbane. Rachunek za prąd ma dwa razy przekroczony, gaz jej odcięli. My z bloku się boimy.
— Czego się boicie?
— Ze spali całą klatkę. Albo że zacznie sprowadzać obcych.
— Niech pani dzwoni na straż miejską. Ja nie jestem opiekunką.
— Ale to rodzina…
— Nie. To rodzina mojego zmarłego męża. Ja mam swoje życie.
Rozłączyła się. Serce waliło jej w szyję, ale odłożyła telefon na stół i poszła umyć okno. Myła długo, z octem, jak nauczyła ją mama. Potem poszła do sypialni i wyjęła z szafki szkatułkę. W środku leżały: obrączka Darka, jego karta wędkarska, paragon z kwiaciarni, zdjęcie z promu i notes. W notesie, który pokazała jej Sylwia, nie było żadnej obietnicy. Były zapiski Darka o długich trasach, ceny paliwa, lista rzeczy do kupienia. Na jednej stronie, małym pismem: „Sylwia — 11 tys. — do zwrotu". I niżej: „Nie pieniądze. Zasada".
Maja zamknęła szkatułkę. Wiedziała, że nie zmieni Sylwii. Mogła tylko pilnować, żeby ta nie zniszczyła jej. I tego, co zostawił Darek.
Trzy tygodnie później, w listopadzie, znalazła w skrzynce list z sądu w Śremie. Sylwia wniosła sprawę o dział spadku. Chciała znieść współwłasność. Maja zatrudniła tego samego adwokata ze Szamotuł.
Sędzina była spokojna, rzeczowa. Przesłuchała obie. Kazała wycenić mieszkanie. Cena rynkowa: trzysta dwadzieścia tysięcy. Udział Sylwii: ćwierć, czyli osiemdziesiąt tysięcy. Maja mogła spłacić siostrę męża i przejąć całość. Tylko że nie miała takich pieniędzy. Adwokat podpowiedział:
— Wnosi pani o zarządzenie sprzedaży. Albo przejmuje pani udział w zamian za rozliczenie długu. Jedenaście tysięcy może być wkładem. Plus to, co pani zapłaciła za Darka. Ma pani potwierdzenia.
Maja miała. Zbierała wszystko od trzech lat. Czynsz za mieszkanie, raty kredytu, które Darek nie spłacił przed śmiercią, koszty pogrzebu, rachunki za pośrednika, opłaty cmentarne. Doliczyła do tego czynsz i media, których Sylwia nie zapłaciła przez cztery miesiące.
W sumie wyszło czterdzieści siedem tysięcy. Adwokat pokazał to sędzinie. Ta spojrzała na Sylwię i zapytała:
— Uznaje pani te wydatki?
— Nie. To była rodzina. Powinna płacić jako rodzina.
— Ale domaga się pani działu. Nie może pani jednocześnie uważać, że to pani mieszkanie, i nie ponosić kosztów. Ile pani zapłaciła przez ostatnie dwa lata?
Sylwia milczała. Potem powiedziała cicho:
— Mieszkałam u niej. Miałam dach.
— Więc proszę policzyć wartość tego dachu. Pani Maja przedstawiła wyliczenie. Czynsz, media, zużycie. To wszystko są koszty utrzymania nieruchomości.
Sprawa ciągnęła się do lutego. Sędzina zdecydowała. Postanowienie było krótkie: przyznać Mai prawo do spłaty. Wartość udziału pomniejszono o długi Sylwii wobec majątku. Zostało trzydzieści trzy tysiące. Maja miała je wpłacić w ciągu roku. Jeżeli nie wpłaci, sąd zarządzi sprzedaż mieszkania w całości.
Sylwia wyszła z sali blada jak ściana.
— I tak mi zapłacisz. Trzydzieści trzy tysiące to nie jedenastka. Nie dasz rady w rok.
— Dam.
— Skąd? Sprzedasz nerkę?
— Nie. Podwyższę limit na karcie. Wezmę pożyczkę. Swoje. A ty? Ty z czego będziesz żyć, jak już nie będziesz mogła straszyć? Z wynajmu? Z tego, co przepijesz?
— Nie twoja sprawa.
— Nie moja. Ale od dziś nie masz prawa wchodzić do mojego mieszkania. Klucz zostaw u adwokata.
Sylwia oddała klucz tydzień później. Maja wymieniła zamek tego samego dnia. Nowe wkładki kosztowały dwieście czterdzieści złotych plus robocizna. Wzięła firmę z Poznania, taką, co miała certyfikat i paragon. Dla spokoju.
A w czerwcu Maja zrobiła coś, co długo odkładała. Pojechała do Śremu, na ulicę Kilińskiego. Nie po to, żeby patrzeć. Po to, żeby zostawić paczkę. W środku: zdjęcie Darka, jedna z jego kart wędkarskich i butelka nalewki, którą Darek zrobił na święta. Do tego kartka: „To twoja część. Reszta jest moja."
Nie pisała więcej. Właściwie chciała, ale po co. Sędzina nie przyznała jej spłaty za samotność, a tego żaden sąd już nie rozliczy.
Za to, gdy wracała, zatrzymała się w Głogówku na kawę. Słońce odbijało się od baru, na parkingu ktoś uczył dziecko jeździć na rowerze. Maja kupiła sobie rogalika z budki, usiadła na ławce. Przejechał pociąg towarowy, długi, po torach przy stacji. Liczyła wagony. Naliczyła dwadzieścia osiem.
Potem wsiadła do auta, przekręciła kluczyk. Na siedzeniu obok leżała torba z dokumentami: wycena, postanowienie, potwierdzenie wpłaty. Trzydzieści trzy tysiące przelane. Na całość.
Wyjeżdżała z Głogówka, kiedy zadzwoniła komórka. Numer ze Śremu. Znała go. Nie odebrała. Czekała, aż telefon przestanie wibrować, położyła go na desce. Zatrzymała się na stacji benzynowej, kupiła paczkę gumy miętowej za cztery dziewięćdziesiąt. Spojrzała na wyświetlacz: trzy nieodebrane.
Wrzuciła gumę do schowka, obok kluczyka od mieszkania. Od starego zamka, tego, który musiała wymienić. Trzymała go na dnie torby. Nie wiedziała po co. Może dlatego, że klucz to jeszcze jakaś pamięć, a zamek to już cała prawda.
W każdym razie wracała do Wronek. Telefon znowu drżał na desce rozdzielczej. Mijała znak z nazwą miasta, gdy pomyślała, że właściwie nigdy nie przepadała za kabanosami.
