Magda oddała kluczyki bez słowa. Marcin złapał je tak szybko, jakby się bał, że zaraz cofnie rękę. Wepchnął je do kieszeni dżinsów i wypuścił powietrze z ulgą, jak ktoś, kto wreszcie pozbył się ciężaru.

— Bez urazy, Magda — rzucił, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem.

Poprawiła zegarek na przegubie i tylko kiwnęła głową. Przez dwanaście lat zdążyła się przyzwyczaić. Kiwała, gdy Marcin decydował, gdzie jadą na urlop. Kiwała, gdy kupował sobie kolejny rower, a jej obiecywał: „Potem”. Kiwała, gdy pałaszował jej obiady i bez pytania brał jej samochód — małą japońską terenówkę, którą kupiła za pieniądze ze sprzedaży kawalerki odziedziczonej po ciotce Helenie.

Auto było zarejestrowane na Magdę. I tylko ona wiedziała, który mechanik w Krakowie rzeczywiście zna się na rzeczy, a który tylko rozkłada ręce. Marcin nawet nie pamiętał, gdzie jest serwis. Po prostu wsiadał i jechał.

Tak samo jak żył.

— Tylko zrozum — mówił, układając swetry w torbę. — Ty jesteś super. Tylko mi z tobą jakoś…

Zawahał się. Magda dokończyła za niego:

— Nudno?

Marcin zacisnął usta.

— No… Tobie chyba też. Siedzisz całymi dniami w pracowni, ja na siłowni. To nie jest małżeństwo.

Magda milczała. Stała oparta o framugę, splótłszy ramiona. Na bluzie został ślad kredki — przez całe popołudnie kończyła projekt dla klienta. Marcin nigdy nie zapytał, nad czym pracuje.

— Kluczyki oddasz? — spytał rzeczowo.

Sięgnęła do torebki i podała mu brelok. Nawet na nią nie spojrzał.

— Olej trzeba będzie niedługo wymienić — powiedziała cicho. — Cały czas zapominasz, jaki.

Marcin tylko prychnął. Zarzucił torbę na ramię i wyszedł.

Podeszła do okna. Wrzucił rzeczy do bagażnika. Odpalił silnik. Wyjechał z parkingu, nawet nie zwalniając na progu.

Nalała sobie wody i usiadła przy stole. Czekała, aż coś poczuje. Złość, ból, cokolwiek. Ale przyszło tylko zmęczenie.

Następnego dnia w pracowni pojawiła się Alicja. Bez pukania. Usiadła na parapecie i od razu zaczęła:

— Ty naprawdę oddałaś mu to auto?

Magda podniosła wzrok znad rysunku.

— Oddałam.

— To twoje auto! Kupione za twoje pieniądze! On nie włożył w nie ani złotówki!

Magda odłożyła ołówek.

— Wiem, Ala. Ale nie chciałam się kłócić.

Alicja aż sapnęła. Zaczęła opowiadać o swojej kuzynce, która też wszystko zostawiła byłemu, a potem została bez mieszkania. Magda słuchała jednym uchem. Pod przyjaciółką skrzypiał parapet, za oknem mżył deszcz, a w duszy panował dziwny spokój.

Wieczorem zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu „Pani Krystyna”.

— Magdusiu, musimy porozmawiać — usłyszała słodki głos teściowej. — Wpadnę w sobotę, dobrze?

— Dobrze.

Pani Krystyna zjawiła się tuż po dziesiątej. Wysoka, w za dużej tunice, od razu skierowała się do kuchni. Zaczęła pocierać dłonie — Magda znała ten gest od lat. Zawsze zwiastował coś niemiłego.

— Jesteś mądrą kobietą, Magda. Nikogo nie winię. Ale Marcinek to mężczyzna. Potrzebuje czegoś… świeższego.

Magda postawiła przed nią filiżankę.

— Auto mu zostawiłaś, bardzo ładnie. A co z pracownią?

— Z pracownią? — uniosła brew.

— No z tą twoją pracownią na Kazimierzu. Poddasze, okna na Wiśłę… Marcinowi by się przydało. Mógłby sobie urządzić gabinet. Albo siłownię prywatną.

Magda omal się nie roześmiała. Marcin przez dwanaście lat był w tej pracowni może dwa razy. Mówił, że śmierdzi tam farbą i jest za cicho. Poddasze należało do ciotki Heleny. To ona je urządziła. To Magda co roku odnawiała tam podłogi i przeszkliła dach. A on nigdy nawet nie zapytał, ile kosztuje ogrzewanie.

— To poddasze jest moje, pani Krystyno. I nie będziemy o tym rozmawiać.

Teściowa znów zaczęła pocierać dłonie.

— Formalnie tak. Ale byliście rodziną…

— To nie jest przedmiot wspólny. Dlaczego w ogóle pani o to pyta? Gdzie jest Marcin?

Pani Krystyna zacisnęła usta. Dokładnie tak samo jak jej syn. Wstała, nie dopiła herbaty i wyszła, trzaskając drzwiami.

Tydzień później Alicja zadzwoniła podekscytowana.

— Widziałam Marcina na stacji benzynowej! Stał przy aucie i kłócił się z jakimś mechanikiem. Krzyczał, że coś stuka, a przy każdej dziurze telepie.

Magda słuchała spokojnie. Wiedziała o tym już w kwietniu. Mechanik uprzedzał: łączniki stabilizatora do wymiany, najdalej do wakacji. Zapisała się nawet na serwis. Ale po odejściu Marcina odwołała wizytę. Nie ze złośliwości. Po prostu przestało być trzeba.

— A ta jego nowa — ciągnęła Alicja — podobno już narzeka. Że klima nie działa, że skrzynia szarpie. A pamiętasz, że tam trzeba włączać na specjalny przycisk?

— Pamiętam — mruknęła Magda.

Odłożyła słuchawkę i spojrzała na parapet. Stały tam sadzonki pomidorów. Własnoręcznie pikowane, każdy krzaczek w osobnej doniczce. Marcin nigdy ich nie zauważał. Ani słoików z przetworami, które co roku zanosiła do spiżarni na poddaszu.

„Sam tego nie ogarnie” — pomyślała.

W sobotę Magda pojechała do pracowni. Chciała dokończyć projekt i przesadzić kwiaty. Było cicho, tylko deszcz bębnił o szyby. Nagle usłyszała warkot silnika. Znajomy.

Jej terenówka stała na podjeździe. Brudna. Na tylnym błotniku widniało wgniecenie, którego wcześniej nie było.

Z auta wysiadł Marcin. Obok niego — dziewczyna w obcisłej sukience.

— Cześć, Magda — rzucił, wchodząc na schody. — Byliśmy w okolicy.

Magda nie skomentowała. Od jej pracowni do żadnej „okolicy” nie było blisko. Marcin mijał po drodze trzy inne dzielnice.

Dziewczyna rozglądała się z ciekawością. Przeszła przez cały salon, zajrzała do łazienki, dotknęła listwy przy oknie.

— Przestrzeń ma potencjał — oceniła. — Można przerobić na coś fajnego.

Magda milczała. Marcin tymczasem wszedł do środka. Usłyszała, jak otwiera lodówkę. Potem trzasnęły drzwi spiżarni.

— O, zobacz! Dżemy! — zaśmiała się dziewczyna. — Truskawkowe! Weźmiemy parę?

Magda stała na środku pracowni. W rękach trzymała sadzonkę bazylii. Każdą truskawkę do tych dżemów zbierała sama na działce rodziców pod Myślenicami. Potem stała przy garach w upale, mieszała, pasteryzowała. Marcin tylko je zjadał.

Weszła do środka. Otworzyła schowek i wyjęła jego sztangę. Zaniosła pod drzwi. Potem hantle. Potem jego ulubiony leżak, którego nigdy nie rozłożył. Buty treningowe, które od trzech lat stały w kącie. I skórzaną torbę, którą dostał od matki.

Marcin wyszedł na korytarz.

— Co ty wyprawiasz?

Magda wyprostowała się. Spojrzała nie na niego — na dziewczynę.

— Wiesz, co dostałam od niego przez dwanaście lat? Nic. Ani jednego kwiatka. Nawet nie pamiętał, kiedy mam urodziny. Auto kupiłam za swoje pieniądze. Pracownia też jest moja. Cały ten remont — ja. On nawet nie wie, gdzie jest skrzynka z bezpiecznikami. Za miesiąc to auto całkiem padnie i zgadnij, kto będzie musiał szukać mechanika.

Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę. Spojrzała na Marcina. On stał czerwony, z zaciśniętymi szczękami.

— Magda, skończ — syknął.

— To twoje rzeczy. — Wskazała stertę. — Zabieraj wszystko. I kluczyki też zostaw. Auto jest moje.

Marcin zrobił krok w jej stronę. Zatrzymał się. Nie miał argumentów. Oboje o tym wiedzieli. Stał tak przez chwilę, potem odwrócił się i ruszył do samochodu. Dziewczyna poszła za nim, nawet się nie oglądając.

Magda odprowadziła ich wzrokiem. Potem podniosła torbę i wstawiła z powrotem do schowka. Leżak zostawiła na deszczu.

Miesiąc później Marcin napisał. Najpierw dzwonił — nie odbierała. Potem przyszła wiadomość: „Przywiozę auto. Zawieszenie padło na amen”.

Zeszła przed kamienicę. Terenówka stała przy krawężniku. Z wgniecionym błotnikiem, brudna, przechylona na lewą stronę. Marcin stał obok. Ręce w kieszeniach. Podał jej kluczyki.

— Magda…

Odwróciła się i weszła do środka. Przez szybę widziała, jak stoi jeszcze chwilę, potem ociężale rusza w stronę przystanku.

Naprawiła zawieszenie, umyła auto i w ten sam weekend pojechała do rodziców po maliny. Wieczorami siedziała na tarasie z kubkiem herbaty, patrzyła na dachy Kazimierza i słuchała, jak woda szumi w rynnach.

Marcin napisał długą wiadomość. Przeczytała. Nie odpisała.

Pani Krystyna też się więcej nie odzywała.

W spiżarni stały równo ustawione słoiki z dżemami, a w pracowni unosił się zapach bazylii i świeżo zaparzonej mięty. I wreszcie — po raz pierwszy od lat — było naprawdę cicho.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: