Zeszyt w kratkę z warsztatu przy Grunwaldzkiej

Pracuję jako księgowa w warsztacie samochodowym na Grunwaldzkiej w Bydgoszczy od dziewięciu lat, więc znam tam prawie każdego klienta z widzenia. Ale pana Ryszarda pamiętam inaczej niż resztę — bo to on, nie ja, prowadził te księgi przez trzydzieści lat, zanim oddał warsztat synowi.

Przychodził w każdy wtorek, punktualnie o dziesiątej, i siadał na tym samym krześle przy oknie, mimo że od pół roku nie miał tam już nic do roboty. Pił kawę z automatu — zawsze za trzy złote pięćdziesiąt, zawsze bez cukru — i patrzył, jak jego syn Marek pochyla się nad silnikiem jakiegoś volkswagena. Nie wtrącał się. Czasem tylko podnosił rękę, kiedy Marek sięgał nie po ten klucz co trzeba, ale nic nie mówił. Syn i tak wiedział, o co chodzi.

Ostatni raz widziałam pana Ryszarda w piątek, dwudziestego dziewiątego sierpnia. Miał na sobie tę samą wyblakłą kurtkę w kratę co zawsze i przyniósł Markowi termos z rosołem, bo — jak powiedział — "syn znowu zapomniał zjeść śniadanie". Postawił termos na biurku, obok segregatora z fakturami, i wyszedł, nie mówiąc nic więcej. Nie wiedziałam wtedy, że to było pożegnanie.

Zmarł we śnie w nocy z soboty na niedzielę. Miał siedemdziesiąt jeden lat. Serce, jak powiedział lekarz z pogotowia, które wezwała sąsiadka, gdy nie odebrał telefonu przez dwa dni.

Pogrzeb był w środę, na cmentarzu przy Wiślanej. Padał drobny, uporczywy deszcz — taki, co nie robi kałuż, tylko wsiąka we wszystko po cichu. Przyszło może czterdzieści osób, głównie starzy klienci i dwóch mechaników, którzy pracowali u niego jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Marek stał przy trumnie w tej samej kurtce roboczej, w której zwykle pracował, bo — jak mi później powiedział — "tata by się wkurzył, gdybym przyszedł w garniturze, którego nie mam".

To, co zapamiętam z tego dnia, to nie mowa księdza ani kwiaty. To była chwila, kiedy trumnę już opuszczano, a jakiś pies — bezpański, szary, kręcił się koło cmentarza od rana — usiadł kawałek dalej i po prostu patrzył, nie szczekając. Marek zauważył go i przez sekundę wyglądał, jakby miał się uśmiechnąć. Nie uśmiechnął się. Ale coś w jego twarzy puściło.

Do warsztatu wróciłam w poniedziałek po pogrzebie, bo trzeba było zamknąć miesiąc w księgach. Marek już tam był — przyszedł wcześniej niż zwykle, jeszcze przed siódmą. Zastałam go przy biurku ojca, tym z lat dziewięćdziesiątych, z wypaloną plamą po papierosie na blacie. Trzymał w rękach zeszyt w kratkę, gruby, oprawiony w ceratę, taki, jakich już się nie produkuje.

Zapytałam, czy to jakieś rachunki. Powiedział, że nie. Że to notatnik ojca — pan Ryszard od lat zapisywał tam nie zamówienia części, tylko krótkie zdania o synu. Data, dwa-trzy słania. "Marek dziś sam naprawił skrzynię biegów w passacie. Nie musiałem mu mówić." "Marek pokłócił się z klientem, ale przeprosił pierwszy." "Marek zostawił mi termos, sam nie zjadł."

Ostatni wpis był z piątku, tego dnia, kiedy przyniósł rosół. Napisał tylko: "Syn jest dobrym człowiekiem. Warsztat może być jego od dziś, na papierze też."

Marek nie wiedział, że ojciec już wtedy poszedł do notariusza przy placu Wolności i przepisał na niego cały warsztat — budynek, sprzęt, umowę najmu ziemi. Dokument leżał w segregatorze obok faktur, tam gdzie zawsze stawiał ten termos. Marek znalazł go dopiero, kiedy szukał polisy ubezpieczeniowej.

Nie płakał przy mnie. Zamknął zeszyt, odłożył go do szuflady biurka — tej samej, w której ojciec trzymał zawsze zapasowe okulary — i wstał, żeby otworzyć warsztat na dziesiątą, tak jak zawsze robił jego ojciec. Powiedział tylko jedno zdanie, zanim podniósł roletę: że w każdy wtorek będzie parzył dwie kawy z automatu. Jedną dla siebie. Jedną tak, za trzy złote pięćdziesiąt, bez cukru, którą postawi na tym krześle przy oknie.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: