Krzysztof karmi gołębie na dachu kamienicy przy Sienkiewicza w Bydgoszczy o szóstej rano, zanim jeszcze zapali się neon apteki na rogu. Robi to od jedenastu lat. Zaczął, bo matka to robiła — a teraz robi to, bo przestać byłoby jak zgasić ostatnią lampkę w mieszkaniu, w którym już nikt nie mieszka.
Halina zmarła w marcu, dwa tygodnie po tym, jak przestała poznawać sąsiadkę z parteru. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do końca — lekarze mówili, że to i tak długo jak na tę chorobę. Krzysztof miał wtedy trzydzieści dwa lata i pracował jako technik w serwisie klimatyzacji. Wziął urlop bezpłatny na ostatni miesiąc. Karmił ją łyżeczką, zmieniał pościel, słuchał, jak w malignie woła swoją własną matkę, zmarłą jeszcze w latach dziewięćdziesiątych.
Po pogrzebie zostało mieszkanie — czterdzieści dwa metry, dwa pokoje, kuchnia z oknem na podwórko, gdzie zawsze suszyła się czyjaś pościel na sznurkach między blokami. Zostały też gołębie. Halina karmiła je od trzydziestu lat, odkąd owdowiała, i sąsiedzi z góry regularnie się skarżyli na odchody na balkonach. Krzysztof, gdy tylko wprowadził się z powrotem do mieszkania matki — bo swojej kawalerki w Fordonie nie potrafił już znieść — zaczął wynosić na dach resztki chleba i ziarno kupowane w sklepie zoologicznym przy Gdańskiej.
Nie robił tego z sentymentu. Robił to, bo w te dziesięć minut na dachu, z workiem ziarna w ręku, czuł, że matka jeszcze gdzieś tu jest — że nie zniknęła całkowicie, tylko przesunęła się o krok, poza zasięg wzroku.
Rok po jej śmierci przyjechała do niego siostra, Agata, starsza o pięć lat, mieszkająca w Poznaniu z mężem i dwójką dzieci. Przyjechała nie na grób — na sprawę mieszkania.
— Krzysiek, musimy to sprzedać — powiedziała, siedząc przy tym samym stole kuchennym, przy którym mama robiła naleśniki co niedzielę. — Nie stać mnie, żeby czekać, aż ty się przekonasz. Jest nas dwoje w spadku, po połowie.
— Nie sprzedaję.
— To nie jest twoja decyzja tylko twoja.
Notariusz w kancelarii przy placu Wolności potwierdził to jeszcze w czerwcu, kiedy załatwiali akt poświadczenia dziedziczenia: mieszkanie było wspólne, po połowie, wartość rzeczoznawca wycenił na czterysta dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Gdyby chciał zostać jedynym właścicielem, musiałby spłacić siostrę — prawie ćwierć miliona. Takich pieniędzy nie miał. Miał gołębie na dachu, szafę pełną ubrań matki, których nie potrafił jeszcze oddać do PCK, i uczucie, że jeśli sprzeda te ściany, to naprawdę zostanie sam.
Kłócili się przez rok. Agata dzwoniła co miesiąc, czasem spokojnie, czasem na podniesionym głosie, raz nawet się rozpłakała przez telefon, mówiąc, że dzieci potrzebują pieniędzy na korepetycje z angielskiego, że mąż stracił premię, że ona też ma prawo do spadku po matce, a nie tylko wspomnienia i klucz do drzwi. Krzysztof odpowiadał wymijająco, obiecywał, że "coś wymyśli", i odkładał słuchawkę z poczuciem, że zdradza siostrę i jednocześnie broni czegoś, czego nie umie nazwać.
Przełom przyszedł nie od Agaty, tylko od pani Danuty, sąsiadki z drugiego piętra, która pewnego wieczoru w kwietniu zapukała do drzwi z rondlem żurku i pretensją w głosie.
— Krzysztofie, ja rozumiem żałobę, naprawdę rozumiem, pochowałam męża trzy lata temu. Ale te gołębie zasrały mi cały balkon, dzieciak sąsiadów miał przez nie kontakt z jakimś ptasim roztoczem, lekarz mówił. Ja kocham twoją mamę, świeć jej Panie, ale ty nie możesz żyć jej życiem zamiast swojego.
Zamknął drzwi, postawił rondel na blacie i usiadł przy stole, i policzył wszystko na kartce: swoją pensję, oszczędności, to, ile realnie mógłby pożyczyć w banku pod zastaw mieszkania, gdyby chciał spłacić siostrę. Wyszło, że nie stać go na nic — ani na spłatę Agaty, ani na utrzymanie mieszkania w pojedynkę, ani na to, żeby dalej udawać, że czas stanął w miejscu.
Tej zimy na dachu zostało już tylko osiemnaście gołębi. Liczył je codziennie, siadając na betonowym occiepleniu przy kominie, bo z każdym tygodniem ubywało — jedne zdychały z zimna, inne przenosiły się gdzieś, gdzie ktoś jeszcze sypał ziarno regularnie. Osiemnaście sztuk, zawsze te same, rozpoznawał je po piórach, po tym, która kuleje, która pierwsza podlatuje do worka. Pomyślał wtedy, że to jakby ostatnia klasa w szkole, która się rozjeżdża rok po roku, aż zostaje garstka.
Zadzwonił do Agaty sam, pierwszy raz od miesięcy z własnej inicjatywy.
— Agata. Sprzedajemy.
Cisza w słuchawce trwała chwilę za długo.
— Serio?
— Serio. Ale ja się tym zajmę. Ogłoszenie, pokazywanie mieszkania, papiery u notariusza. Ty tylko podpiszesz, jak przyjdzie czas.
Zajęło to kolejne pięć miesięcy — remont kosmetyczny, trzy nieudane oferty, w końcu małżeństwo z Torunia, które kupiło mieszkanie dla syna studiującego na UKW. Cena: czterysta siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych, piętnaście tysięcy mniej niż wycena, bo trzeba było wymienić instalację elektryczną w kuchni.
W dniu podpisania aktu u notariusza przy placu Wolności Krzysztof przyszedł piętnaście minut wcześniej. W teczce miał wszystkie dokumenty: akt poświadczenia dziedziczenia, wypis z księgi wieczystej, zaświadczenie o niezaleganiu z opłatami za mieszkanie, dowód osobisty. Agata przyjechała pociągiem z Poznania, w płaszczu, którego Krzysztof nie znał — kupiła go pewnie na tę okazję, pomyślał, żeby wyglądać na kogoś, kto przyjechał załatwić sprawę, a nie pożegnać dom.
Podpisali w milczeniu. Notariusz, kobieta koło sześćdziesiątki z okularami na łańcuszku, czytała akt monotonnym głosem, jakby to była setna taka sprawa tego tygodnia — pewnie i była. Przy słowach "sprzedający oświadczają, że są jedynymi spadkobiercami" Agata sięgnęła po chusteczkę, ale się opanowała.
Po wyjściu z kancelarii, na chodniku przy placu, gdzie akurat przejeżdżał tramwaj numer trzy, Krzysztof wręczył siostrze kopertę z połową kwoty ze sprzedaży — dwieście trzydzieści siedem tysięcy pięćset złotych. Przelew miał pójść tego samego dnia, ale papierowe potwierdzenie transakcji wydrukował na wszelki wypadek.
— To za mamę? — spytała cicho, patrząc na kopertę.
— To za mieszkanie. Za mamę nic ci nie muszę dawać, bo tego się nie da rozdzielić.
Agata się uśmiechnęła, pierwszy raz od roku bez napięcia w kącikach ust.
Nowi właściciele wyrzucili budkę dla gołębi z dachu jeszcze przed remontem — dozorca powiedział o tym Krzysztofowi przypadkiem, mijając go na klatce, kiedy przyszedł odebrać ostatnie pudło ze strychu. Powiedział też, że ptaki, te osiemnaście, które przetrwały zimę, siedziały jeszcze przez tydzień na kominie sąsiedniego bloku, zanim się rozleciały — może na kościół Świętych Polskich Braci Męczenników, może gdzieś dalej.
Krzysztof kupił sobie kawalerkę na Wilczaku, bliżej pracy, z balkonem na wschód. W dniu wprowadzki wyniósł na ten balkon pustą miskę po jogurcie, taką samą, z jakiej matka zawsze sypała ziarno na dach przy Sienkiewicza. Postawił ją na parapecie, popatrzył na nią chwilę, po czym wrócił do mieszkania po kolejne pudło. Miska tak i została pusta — najpierw jeden dzień, potem tydzień, potem już nie zwracał na nią uwagi, aż w końcu zasypał ją ziemią i wsadził w nią gałązkę bazylii kupioną w Biedronce.
