Właściwie to nigdy nie chciałem być zegarmistrzem. Ojciec prowadził zakład przy Lipowej od siedemdziesiątego ósmego roku, jeszcze za Gierka dostał przydział na lokal, bo był jedynym fachowcem od radzieckich budzików w całym województwie. Ludzie przyjeżdżali do niego z Hajnówki, z Bielska, nawet z samej Warszawy, choć to głupio brzmi — cztery godziny pociągiem z zegarkiem w kieszeni. A ja chciałem być architektem. Rysowałem stadiony, wiadukty, osiedla z prawdziwą przestrzenią między blokami. Ojciec patrzył na te rysunki i mówił: „Dobrze, dobrze, tylko pamiętaj, że czas i tak wszystkich dogoni”. Miałem osiemnaście lat, nic z tego nie rozumiałem.
Teraz mam pięćdziesiąt cztery. Ojciec nie żyje od jedenastu lat. Zakład prowadzę sam, od ósmej do szesnastej, w środy krócej, bo serce już nie to i kardiolog kazał mi nie siedzieć tyle nad lupą. Klienci wchodzą, zostawiają zegarki, niektórzy płacą od ręki, inni mówią, że wpadną w piątek. W piątek połowa nie przychodzi. Przywykłem.
Ta historia zaczęła się we wtorek, w połowie listopada. Za oknem padał deszcz ze śniegiem, taka breja, co w Białymstoku potrafi wisieć nad miastem tygodniami. Na parapecie leżał katalog części zamiennych z zeszłego roku i kubek z herbatą, którą zaparzyłem o ósmej dziesięć, a która do dwunastej zdążyła wystygnąć na kamień. Siedziałem nad mechanizmem starego Poljota, klient prosił o wymianę sprężyny, ale okazało się, że cały mostek balansu do wymiany, a części do radzieckich kalibrów nikt już nie produkuje. Miałem zadzwonić do znajomego z Gdańska, który skupuje stare mechanizmy na złom i czasem trafia mu się coś dobrego.
Drzwi otworzyły się z tym charakterystycznym brzękiem, który ojciec zawiesił tam jeszcze w osiemdziesiątym którymś. Weszła kobieta. Nie znam jej nazwiska, ale twarz kojarzyłem — mijałem ją czasem na Rynku Kościuszki, gdy szła z siatką z warzywniaka. Siwe włosy ściągnięte w ciasny kok, płaszcz z wielbłądziej wełny, chociaż takie płaszcze nosiło się dwadzieścia lat temu. Wyjęła z torebki zegarek i położyła go na ladzie.
— Dzień dobry — powiedziała cicho. — To po mężu. Nie chodzi od sześciu lat.
Wziąłem zegarek do ręki. Wostok, radziecki, z tych, co je rozdawano oficerom za wysługę lat, ale ten miał grawer na deklu: „Marianowi — Regina, 1983”. Sprawdziłem naciąg, koło naciągowe chodziło pusto, jakby ktoś zerwał sprężynę albo ząb na przekładni puścił.
— Zrobimy — powiedziałem. — Niech pani zostawi, zadzwonię za tydzień.
Ona nie wyszła. Otwarła torebkę, wyjęła portfel, a z portfela zdjęcie. Położyła je na ladzie obok zegarka. Czarne, z pogrzebu.
— To mój syn — powiedziała. — Zmarł w lutym. Rak. Miał czterdzieści jeden lat.
Nie wiedziałem, co powiedzieć, więc powiedziałem to, co mówi się w takich razach, czyli nic. Czekałem. Deszcz dzwonił o blaszany parapet.
— Ten zegarek to jedyne, co mi po mężu zostało z tamtych czasów, kiedy on jeszcze prowadził swój warsztat na Kościelnej — mówiła dalej. — Zegarki, narzędzia, cały kram. Syn miał to przejąć. Był po technikum elektrycznym, ale nigdy nie chciał się tym bawić. Mówił, że to nie dla niego, że woli nowoczesne rzeczy. Wyjechał do Gdańska, pracował w serwisie telefonów. Matce wysyłał pieniądze co miesiąc, w kopercie, żeby ojciec nie widział. Pan myśli, że ja to mówię przypadkiem?
Spojrzałem na nią, potem na zdjęcie, potem na zegarek Wostok. Ojciec zawsze powtarzał, że zegarmistrz to nie zawód, to choroba. Patrzysz na mechanizm i widzisz całe życie tego, kto go nosił. Ślady potu na kopercie od codziennego nakręcania. Rysa po upadku na cmentarną alejkę. Zegarek jej męża miał startą koronkę od tysięcy porannych nakręceń.
— Pani mąż nie chciał, żeby syn to prowadził? — zapytałem.
— Mąż chciał. Mąż bardzo chciał. Tylko wie pan, jak to jest. Ojciec i syn. Obaj dumni, obaj uparci. Mąż mówił: „Niech idzie, zobaczy, jak smakuje prawdziwy zarobek, to wróci”. A syn mówił: „Nigdy nie wrócę do tego składzika, gdzie pachnie starością i naftą”. No i nie wrócił. Ani do warsztatu, ani na pogrzeb. Pogrzeb męża był w grudniu dwa tysiące piętnastego. Syn przysłał kwiaty. Wie pan, co to znaczy przysłać kwiaty na własny pogrzeb ojca?
Nie znam się na tym. Nie mam dzieci. Ojciec mi zawsze mówił, że zegarmistrzostwo to praca dla samotnych.
Zapisywałem zlecenie, a ona dalej stała i patrzyła na parapet, na mój katalog, na ten zimny kubek. W końcu powiedziała:
— Ja nie przyszłam z zegarkiem. To znaczy, przyszłam, ale nie tylko. Mam prośbę.
Odłożyłem długopis.
— Syn przed śmiercią zostawił dług. Duży dług. Czterdzieści tysięcy złotych. Wziął na remont mieszkania w Gdańsku, a potem remont nie wyszedł, bo zachorował. Tamto mieszkanie trzeba było sprzedać, poszło na spłatę, ale czterdzieści tysięcy zostało. Ja nie mam skąd wziąć takich pieniędzy. Emerytura po mężu to tysiąc osiemset, moja tysiąc dwieście. Jak oddam te czterdzieści, to zostanie mi na chleb i światło. Ale to nie o to chodzi, że ja się skarżę.
Zamilkła i zaczęła skubać zamek torebki. Zacisk, puszcza, zacisk, puszcza.
— Warsztat po mężu — powiedziała w końcu — na Kościelnej, jest zapisany na mnie i na syna. Pół na pół. Syn nie żyje, więc po synu dziedziczy jego żona. Moja synowa. Ona dzwoni do mnie co tydzień i mówi, że trzeba sprzedać, bo ona nie ma z czego żyć. A ja wiem, że ona nie ma z czego żyć, bo syn wszystko włożył w to mieszkanie, a ona teraz została z dwójką małych dzieci. Tylko że ten warsztat to nie jest budynek. To jest całe moje życie. Ja tam przychodziłam przez czterdzieści siedem lat. Najpierw do męża, potem czekałam, że syn wróci. Tam jest jego stół, jego lampa, jego lupa z mosiężną rączką. Pan to chyba rozumie.
Nie rozumiałem. To znaczy, rozumiałem, ale nic nie powiedziałem, bo do zakładu weszła młoda para z prośbą o wymianę baterii w zegarku. Kobieta schowała zdjęcie do portfela, portfel do torebki i wyszła, mówiąc, że wpadnie jutro po Wostoka.
Następnego dnia przyszła o trzynastej. O tej porze zwykle mam najwięcej pracy, ale tego dnia akurat nikogo nie było. Padało znowu, tylko gęstszy deszcz, a na szybie od ulicy wisiały krople, przez które światło z wystawy robiło się żółte i stare. Wostok był gotowy, sprężyna wymieniona, chodził równo, z takim porządnym, ciężkim tikaniem, jakiego nie mają dzisiejsze mechanizmy.
— Ile się należy? — zapytała.
— Sto osiemdziesiąt — powiedziałem.
Wyjęła z portfela dwa banknoty, jeden stuzłotowy, jeden dwustuzłotowy. Wydałem sto dwadzieścia reszty i patrzyłem, jak chowa zegarek do torebki, ale nie odchodzi. Wtedy powiedziała to, z czym naprawdę przyszła poprzedniego dnia:
— Panie Zygmuncie. Pan zna się na wycenach warsztatów, bo swój prowadzi tyle lat. Ludzie pana szanują. Niech pan poświadczy coś o naszym.
— Co mam poświadczyć?
— Że warsztat po mężu to nie jest majątek. Że to jest lokal podupadający, że ruch mały był, klienci od lat nieliczni. Pan wie, jak to teraz z takimi miejscami — nikt zegarków nie nosi. Niech pan powie synowej, ile to może być warte. Ja się na tym nie znam, całe życie tylko przynosiłam mężowi obiady, a nie liczyłam metrów i cen za nie.
Zapadło między nami długie milczenie. Deszcz dzwonił o parapet. Mechanizm Wostoka tykał w torebce, jakby jej serce przeniosło się do środka.
— Pani Regino — powiedziałem. — Ja mogę zobaczyć ten lokal i powiedzieć, co widzę. Ale nie zgadnę wartości z sufitu, żeby komuś zrobić przysługę. Ojciec zawsze mówił, że najgorsze, co może zrobić zegarmistrz, to skłamać przy wycenie. Raz skłamiesz, nikt nigdy nie weźmie od ciebie zegarka.
Ona nic nie powiedziała. Postała chwilę, poprawiła kołnierz, wyszła. Patrzyłem za nią przez szybę, jak idzie w stronę Kościelnej, pod wiatr, z parasolem, który wyginał się jej w dłoniach. Lubię tę ulicę. Ma stary bruk, który przed wojną kładli żydowscy brukarze, i wszyscy mówią, że do dziś się nie ruszył. Może to prawda.
Kilka dni później przyszła synowa. Nie od razu zrozumiałem, że to ona, bo była młoda, może trzydzieści dwa lata, i wyglądała, jakby weszła tu przez pomyłkę. Dżinsy, sportowa kurtka, torba przewieszona przez ramię. Na rękach ślady po dzieciach — pomalowane paznokcie na różowo, ale lakier zdarty, i rękawy kurtki mokre od deszczu.
— Pan Zygmunt? — zapytała, chociaż na szybie jest napisane. — Chciałam porozmawiać o wycenie warsztatu na Kościelnej.
Odłożyłem pincetę.
— Pani jest synową Reginy Nowak?
— Aneta. — Podała mi rękę. — Teściowa mówiła, że pan zna się na tych sprawach i że jej mąż pana cenił.
— Znaliśmy się z Marianem od lat, jeszcze jak oboje prowadziliśmy warsztaty w tej samej dzielnicy — powiedziałem. — Ale wycenę zakładu na Kościelnej niech zrobi rzeczoznawca. Ja się na nieruchomościach nie znam, tylko na mechanizmach.
Aneta usiadła na krześle dla klientów, spojrzała na moje gabloty, na ścianę z narzędziami ojca.
— Ja nie chcę być niemiła — powiedziała. — Ale proszę mnie zrozumieć. Zostałam z dwójką dzieci. Mąż nie zostawił nic, bo wszystko, co mieliśmy, poszło na leczenie. Mieszkam u matki w Łapach, bo własnego kąta nie mam. A teściowa mówi, że warsztat po teściu jest nic niewart, i nie chce sprzedawać.
— Pani Aneto — powiedziałem — ja nie widziałem tego lokalu, nie wiem, ile jest wart. Ale znam Lipową i znam Kościelną, i wiem, że centrum miasta z roku na rok drożeje. Zanim pani cokolwiek postanowi, niech pani zamówi rzeczoznawcę. To kosztuje grosze przy tym, o co się toczy spór.
— A moje życie to co? — Aneta podniosła głos, ale nie krzyczała. — Dzieci pytają o ojca. Młodsze nie pamięta twarzy, bo miał cztery latka, jak Krzysztof odszedł. Ja im pokazuję zdjęcia. Wie pan, co to znaczy pokazywać zdjęcia własnych dzieci, na których ich ojciec jeszcze nie jest chory?
Nie wiedziałem. Czekałem.
— Ja nie chcę kłócić się z teściową — powiedziała w końcu. — Ja chcę, żeby dzieci miały własny pokój. Żeby nie musiały słuchać, jak moja matka mówi, że robią hałas. Żeby mogły się uczyć przy swoim biurku.
Zapadła cisza. Tylko tykanie, bo w zakładzie zawsze coś tyka, tu jeden zegar, tam drugi, i to jest taki dźwięk, do którego przywyka się jak do oddechu.
Po wyjściu Anety długo myślałem o tym, co powiedziała. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłem do rzeczoznawcy z Białegostoku, którego znałem od lat, bo wyceniał kiedyś mój własny lokal na Lipowej. Powiedziałem mu tylko, że chodzi o warsztat na Kościelnej i że rodzina się spiera. Poprosił o adres i klucze, powiedziałem, że musi je dostać od Reginy albo Anety, ale że mogę zadzwonić do obu i przekazać kontakt.
Zadzwoniłem najpierw do Reginy. Odebrała po trzech sygnałach.
— Pani Regino, wie pani, że rzeczoznawca musi wejść do lokalu, żeby wycenić rzetelnie. Beze mnie tu nic się nie rozwiąże, ale musi to zrobić fachowiec, nie ja.
Milczała chwilę.
— Niech przychodzi — powiedziała w końcu. — Ale ja wiem, ile to jest warte. Sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt tysięcy. Tyle mówił mi mąż jeszcze przed śmiercią, że warsztat z wyposażeniem tyle kosztuje.
— To było dziesięć lat temu, pani Regino. Ceny lokali w centrum od tamtej pory poszły bardzo w górę.
— Niech pan tak nie mówi — odparła cicho. — Ja nie chcę, żeby to było więcej. Bo jak będzie więcej, to Aneta zażąda połowy w gotówce, a ja nie mam skąd tego wziąć, będę musiała sprzedawać. A ja tam jeszcze chcę przychodzić.
Zrozumiałem wtedy, że nie chodziło o niewiedzę. Chodziło o strach, że prawda o wartości lokalu odbierze jej ostatnie miejsce, do którego ma jeszcze powód wracać.
Rzeczoznawca przyszedł w piątek rano, wpuszczony przez Reginę. Po południu zadzwonił do mnie, bo miał mój numer od Anety.
— Zegarmistrz to już nie czasy, panie Zygmuncie, klientów jak na lekarstwo. Ale lokal to strzał w dziesiątkę. Kościelna, ścisłe centrum. Sam grunt z budynkiem wyceniłem na dwieście osiemdziesiąt tysięcy. Plus wyposażenie warsztatu, dwadzieścia cztery tysiące. Ktoś tam siedzi na złocie i nie wie o tym.
Zapisałem te liczby na kartce i patrzyłem na nie długo. Trzysta cztery tysiące razem. Sto pięćdziesiąt dwa na głowę. To trzeba było powiedzieć obu. Ale ojciec uczył mnie też cierpliwości. Mówił: „Nie spiesz się. Czas i tak wszystkich dogoni”.
Przyszła niedziela. Deszcz w końcu ustał, a miasto leżało w tej mokrej, blaszanej szarości, która nad Białymstokiem wisi od listopada do marca. Poszedłem do kościoła farnego na mszę o dwunastej, bo pomyślałem, że tam się dowiem, co robić. Nie dowiedziałem się. Ksiądz mówił o nadziei, a ja patrzyłem na zegar na ścianie i myślałem, że ten kościelny zegar chodzi, odkąd pamiętam, a i tak nikt nie słucha tego, co mówi.
W poniedziałek rano, zanim otworzyłem zakład, napisałem oświadczenie. Długopisem, na kartce z zeszytu w kratkę, bo tylko taki miałem pod ręką. Napisałem tak: „Zgodnie z operatem szacunkowym sporządzonym w dniu piętnastego listopada, wartość lokalu przy ulicy Kościelnej, należącego do spadku po Marianie Nowaku, wynosi dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych. Wartość wyposażenia warsztatu, to jest narzędzi zegarmistrzowskich, lamp, półek, części zamiennych oraz zgromadzonych mechanizmów, oszacowana została na dwadzieścia cztery tysiące złotych. Razem: trzysta cztery tysiące złotych”.
Podpisałem się jako świadek, dopisałem numer telefonu rzeczoznawcy. Zapakowałem kartkę do koperty, a kopertę schowałem do szuflady pod ladą, tam, gdzie ojciec trzymał rachunki za prąd i gdzie do dziś stoi jego stara popielniczka z Białegostoku, chociaż palić rzuciłem dziesięć lat temu. Zadzwoniłem do obu kobiet i poprosiłem, żeby przyszły w poniedziałek, każda o swojej porze.
O jedenastej przyszła Regina z Wostokiem na przegubie. Mówiła, że chodzi świetnie, i że dziękuje, i że wpadnie jeszcze z zegarem po swojej matce, starym ściennym, z napisem po niemiecku. Usiadła na krześle przy oknie, tym samym, na którym siadał mój ojciec, i patrzyła na ulicę, na ludzi, na szare kałuże.
O dwunastej przyszła Aneta z młodszym dzieckiem. Chłopiec miał może cztery lata, trzymał się kurtki matki i rozglądał się po zakładzie, jakby trafił do jaskini. Aneta weszła, zobaczyła Reginę, stanęła. Regina zobaczyła Anetę, podniosła się z krzesła. Między nimi, na środku zakładu, w starym świetle z wystawy, zapadła taka przestrzeń, którą trudno nazwać ciszą, bo zegary tykały jak oszalałe, ale nikt nie mówił.
— Pani Regino — odezwała się w końcu Aneta. — Chciałam porozmawiać o sprzedaży.
— To porozmawiajmy — powiedziała Regina, i wtedy zobaczyłem, że drga jej lewa powieka, a dłonie zaciska na torebce, tej samej, w której nosiła Wostoka męża.
— Panie mają prawo to zobaczyć — powiedziałem, wyjmując z szuflady kopertę.
Położyłem oświadczenie na ladzie, między nimi. Obie spojrzały na kartkę, ale żadna nie wzięła jej do ręki. Zegary w zakładzie tykały dalej, każdy w swoim rytmie.
— Trzysta cztery tysiące razem — powiedziałem. — Nie sześćdziesiąt, nie siedemdziesiąt. Sto pięćdziesiąt dwa na osobę, jeśli lokal pójdzie na sprzedaż w całości.
Regina wyglądała, jakby ktoś nagle uchylił okno na mroźny wiatr.
— Skąd pan to wie? — spytała cicho.
— Rzeczoznawca wyceniał w piątek. Pani go wpuściła, pani Regino. Wiedziała pani.
Milczała. Aneta wzięła kartkę, przejechała po niej palcem, oddała. Chłopiec pociągnął matkę za kurtkę i zapytał, czy może pójść do domu, na co nie dostał odpowiedzi.
— Bałam się, że jak powiem prawdę, to stracę to miejsce od razu — powiedziała w końcu Regina. — Wolałam, żeby ktoś inny to powiedział za mnie. Może wtedy będzie mi łatwiej to znieść.
— Pani Regino — powiedziałem. — Nikt nie każe pani niczego oddawać za darmo. Ale nie da się zbudować niczego trwałego na liczbie, w którą pani sama nie wierzy.
W zakładzie zaległa cisza tak głęboka, że nawet zegary jakby przycichły. Regina wzięła kopertę, obróciła ją w dłoniach. Aneta stała nieruchomo, tylko kącik ust jej drżał.
— Ja to sprzedam — powiedziała Aneta. — Ale nie całkiem.
Regina podniosła na nią wzrok.
— Sprzedam swoją połowę. A pani może zatrzymać drugą. Tylko trzeba będzie jakoś to podzielić. Lokal jest mały, ale można go przepierzyć.
Regina nie odpowiedziała od razu. Stała z tą kopertą w rękach, a za oknem znowu zaczął padać deszcz, tym razem zwykły, czysty, bez śniegu.
— Sto pięćdziesiąt dwa tysiące — powiedziała w końcu. — Za tyle mogę wziąć kredyt pod zastaw mieszkania i spłacić panią, żeby lokal został cały. Bank w Łapach da mi tyle, mam tam konto od trzydziestu lat.
Aneta zastanowiła się chwilę, potem przytaknęła.
— Jeden warunek — dodała Regina. — Wostok, ten, co go pan naprawił, zostanie na zapleczu. Mój mąż tam go trzymał. Chcę, żeby tam wisiał dalej.
Otworzyłem szufladę, włożyłem tam oświadczenie i zamknąłem ją powoli, tak jak zamyka się coś, co już spełniło swoje zadanie. Chłopiec wdrapał się na obrotowe krzesło i kręcił się w kółko, coraz wolniej, aż w końcu zatrzymał się przodem do zegara z kukułką, który akurat miał wybić pierwszą.
— Mamo, patrz — powiedział. — Ptaszek zaraz wyjdzie.
Ptaszek wyszedł, zakukał raz, drugi, i schował się z powrotem za drzwiczki. Aneta wzięła syna za rękę, Regina schowała kopertę do torebki obok Wostoka, a ja zapisałem w zeszycie zleceń kolejną pozycję: naprawa zegara ściennego, niemiecki napis, właścicielka Regina Nowak, termin — środa.
