# Pół bochenka i dziesięć deko mortadeli
Pracuję w piekarni na rogu Sienkiewicza i Mickiewicza w Zamościu od piętnastu lat. Codziennie o szóstej rano zdejmuję pierwszą blachę z chlebem staropolskim i wiem, kto po co przychodzi. Stali klienci to taka moja mała statystyka w głowie. Pan Kazik bierze zawsze dwa pumpernikle i maślankę. Pani Halinka ze szkoły muzycznej — trzy drożdżówki z serem, ale tylko te przypieczone. Młodzi z bloków biorą bagietki czosnkowe wieczorem.
A starsze osoby najczęściej stoją przy koszu z wczorajszym pieczywem, bo tam wszystko za pół ceny. Patrzę na to od lat i już się przyzwyczaiłam. Człowiek nie może płakać nad każdym bochenkiem.
W zeszły wtorek była taka pogoda, że szyba w witrynie zaparowała od deszczu. Wycierałam ladę, kiedy weszła dziewczynka, może ośmioletnia, w kaloszach w biedronki. Coś w niej było takiego, że od razu się za nią obejrzałam. Miała plecak z naszywką „Zosia" i trzymała ojca za rękaw kurtki; ojciec przy drzwiach składał parasol i otrzepywał go o podłogę, a ona już szła między regałami jak po swoje.
Dziewczynka zatrzymała się przy starszej kobiecie, która stała przy skrzynkach z chlebem i liczyła drobne. Kobieta wyglądała na kogoś ze wsi, może z Sitna albo Skaraszowa — chusta w kwiatki, palto zapięte pod szyję, a w ręku wiklinowy koszyk, w którym leżała tylko siatka na zakupy i parasolka składana. Miała takie spierzchnięte dłonie, jakby cały dzień coś sadziła albo wyrywała z ziemi.
Zosia podeszła i stanęła dokładnie naprzeciwko niej, blokując przejście.
— Dzień dobry. Co by pani chciała kupić?
Kobieta podniosła oczy, zamrugała. Zmięła w palcach pięć złotych.
— A co to, dziecko? Do szkoły coś zbieracie?
— Nie. Ja i tata pani kupimy.
— Co kupicie? — kobieta się roześmiała, ale tak cicho, żeby nie zrobić przykrości. — Skądże, kochanieńka. Ja tylko chleba.
— To kupimy chleb. Tato! — zawołała Zosia, nie odrywając od niej wzroku.
Ojciec podszedł. Złożył parasol i oparł go o kosz z bułkami. Miał taką zmęczoną twarz, jakby wracał z nocnej zmiany, ale uśmiechnął się do kobiety i zapytał, czy na pewno tylko chleb.
— Niczego mi nie trzeba, naprawdę. — Kobieta schowała dłoń z drobnymi do kieszeni. — Ja swoją emeryturę mam. Niedużą, prawda, ale starcza. I ogródek mam, i cztery kurki. Miastowym to gorzej, wszystko kupować musicie. Chleb to co innego, chleb się należy każdemu. Pójdę już, dziękuję wam.
— Nie. — Zosia pokręciła głową, aż warkoczyki podskoczyły. — Ja wiem, że pani jest ciężko. Widać po pani. My z tatą czasem tak robimy: przychodzimy i wybieramy kogoś, komu pomożemy. Dzisiaj wybraliśmy panią.
Kobieta aż się cofnęła o krok. Poprawiła chustę, spojrzała na mnie, jakby szukała pomocy, ale co ja mogłam? Stałam za ladą z tą swoją ścierką i udawałam, że przestawiam rogaliki.
— A co pani je do tego chleba? — dopytywała Zosia. — Coś do tego trzeba.
— No, czasem biorę dziesięć deko najtańszej — powiedziała kobieta i od razu zasłoniła usta dłonią, jakby powiedziała za dużo.
— Najtańszej czego?
— Mortadeli. Takiej zwykłej. Pół bochenka i dziesięć deko mortadeli. Siadam na ławce koło poczty i jem. Taki mój rytuał, dziecko. Zjeść przy ludziach, to i dzień jest jakby prawdziwszy.
Zosia złapała ojca za rękę.
— To gdzie jest ta mortadela? Pokażę pani.
Podeszli do mojej lady. Kobieta długo patrzyła na witrynę, ale nie na tę najtańszą, tylko na szynki i polędwice sopockie z cenami jak za pół emerytury. Pokazywała palcem na szybę, ale nie dotykała.
— Nie ma takiej dzisiaj. Ta, co zawsze biorę, kosztuje sto osiemdziesiąt za dziesięć deko. A to wszystko tyle kosztuje, że nie ma co patrzeć. Podziękuję, dziecko. Tato cię chwalić musi, żeś taka dobra. Do widzenia.
— Nie ma mowy — powiedział ojciec i podał Zosi koszyk. — Zosiu, wybieraj wszystko, co babcia może zjeść na kolację i na jutrzejsze śniadanie.
— Nie trzeba! — Kobieta aż podniosła obie ręce, jakby chciała odgonić coś od twarzy. — Ludzie patrzą!
I rzeczywiście — pod chlebem stała emerytka z Kalinowic i mrużyła oczy, przestępując z nogi na nogę. Jakaś młoda matka przy kasie obróciła się z dzieckiem na biodrze.
— To co, pomożesz mi wybrać? — ojciec mówił do córki, a nie do kobiety. — Bierz chleb krojony, ten po sąsiedzku, wiesz który. Masło raz. I coś na kanapki.
— Pani lubi jajka? — zapytała Zosia, a kobieta tylko kiwała głową, już bez protestu.
Wzięli jej wędlinę, ale nie mortadelę, tylko polędwicę, bo Zosia powiedziała, że „tamta wygląda smutno". Dorzucili twaróg, ćwiartkę chleba pszenno-żytniego, masło i cztery bułki na drogę. Kobieta stała przez cały czas obok wózka, który ojciec zostawił jej z jednym kołem obracającym się w kółko, i patrzyła na podłogę, jakby nie chciała widzieć, ile to kosztuje.
Przy kasie ojciec zapłacił kartą, a ja nabijałam produkty i myślałam o tym, że za piętnaście minut kończę zmianę, że muszę odebrać Zuzię od teściowej, bo przychodzi opiekunka tylko do czternastej. Ale jak już wszystko zważyłam, to odruchowo wrzuciłam do ich siatki pączka z różą, takiego, co został z porannej dostawy. Za darmo. Sama nie wiem po co.
Wyszli. Ojciec najpierw, z parasolem i siatką, za nim Zosia, która oglądała się na kobietę i machała jej na pożegnanie, jakby odprowadzała kogoś na pociąg.
Stałam za ladą i wycierałam tę samą plamę po kawie od siódmej rano. Ludzi już nie było. Tylko ta kobieta — nie odeszła z nimi, tylko została na chodniku przed witryną. Widziałam ją przez zaparowaną szybę, niewyraźnie, jak za mleczną folią.
Położyła siatkę na ziemi i wyciągnęła z niej chleb. Odwinęła folię, odłamała kawałek, ale nie jadła. Potem polędwicę, nie tę najtańszą mortadelę, tylko tę drogą, paczkę tak zgrabnie ułożoną, jakby ktoś jej podarował coś ze sklepu jubilerskiego.
I rozpłakała się. Nie tak, jak się płacze nad cebulą. Tylko stanęła przy słupie ogłoszeniowym, z bułką w jednej ręce, z polędwicą w drugiej, i płakała na środku chodnika, a parasol jej się zsunął i zawisł na rękawie. Deszcz przestał padać, ale woda kapała z pobliskiego balkonu, prosto na jej chustę, a ona tego nie zauważyła. Ludzie ją mijali, ktoś przyspieszył, ktoś się obejrzał, jeden pan z psem obrócił głowę, ale nikt nie podszedł.
Ja też nie podeszłam. Stałam za swoją ladą i głupio wycierałam tę plamę, już suchą, szurając ścierką po drewnie, aż pod palcami zaczęło skrzypieć.
Bo wie pani, nie chodziło o tę polędwicę. Mnie się zdaje, że chodziło o Zosię. O to, że ktoś ją pierwszy raz od dawna zobaczył. Tak po prostu, w sklepie, we wtorek, jak wybierała tanią mortadelę. I że ona nie wiedziała, co z tym zrobić. To się mieściło w dziesięciu dekagramach i nie mieściło w całym sklepie.
Zosia z ojcem wrócili po paru minutach, bo zapomnieli parasola, który ojciec oparł o kosz z bułkami. Dziewczynka podbiegła do lady i położyła na niej rysunek — taki na kartce z zeszytu, wyjętej w pośpiechu, z poszarpanym brzegiem. Były na nim trzy postacie: jedna mała z warkoczykami, jedna z parasolem i jedna z chustą w kwiaty. Wszystkie trzy trzymały się za ręce.
— To dla pani z chlebem — powiedziała Zosia. — Jakby tu jeszcze kiedyś przyszła.
Nie przyszła. Minęło sześć tygodni. Rysunek leży pod ladą, przywiązany gumką do pudełka z paragonami, i czasem do niego zaglądam, jak jest pusto. Nie wiem, jak ta kobieta miała na imię. Nie wiem, z jakiej wsi przyjechała autobusem o szóstej dziesięć. Wiem tylko, że tamtego dnia wróciła do domu z chlebem innym niż zwykle, z polędwicą, której jej wstyd było zjeść, i z tym płaczem, którego nikt nie widział oprócz mnie.
Aha, i że dziś rano ktoś przy kasie zapytał o tę dziewczynkę, co to „wybiera kogoś do pomocy". Pytała młoda kobieta w kurtce przeciwdeszczowej, z dwójką dzieci i siatką, w której na wierzchu leżał chleb staropolski. Powiedziała, że chciałaby dołączyć, że wie, jak to jest mieć tylko na pół bochenka. I zapłaciła kartą, zostawiła dwadzieścia groszy reszty i wyszła.
Ja nie wiem, jak to działa. Ale może w tej piekarni na rogu Sienkiewicza i Mickiewicza naprawdę nie chodzi o chleb.
