Wojtek z Bałut: 28 lat kredytu i akt darowizny z Koniecpola

Milion babci Teresy

Dwa tygodnie. Tyle miał Tymek, gdy moja matka stanęła w drzwiach naszego mieszkania na czwartym piętrze w bloku przy ulicy Wojska Polskiego. Nawet nie zadzwoniła z dworca. Po prostu usłyszałem dzwonek, otworzyłem i zobaczyłem ją — mokrą od potu, z przekrwionymi oczami i tym charakterystycznym, głębokim kaszlem, który znałem z dzieciństwa.

Za nią na klatce schodowej śmierdziało papierośnicą od sąsiada spod siódemki, a u nas w kuchni stała nieumyta butelka po mleku modyfikowanym. Kasia nie spała od dwóch nocy, bo Tymek miał kolki i darł się tak, że słychać go było pewnie u dozorcy. A teraz to.

— Mama, czemu nie dałaś znać? — zapytałem, próbując zasłonić sobą wejście do pokoju, gdzie Kasia właśnie przewijała małego.

— A co, pozwolenia muszę prosić, żeby wnuka zobaczyć? — wychrypiała, wpychając się do przedpokoju. Jej skórzana torba, pamiętająca jeszcze wycieczki do NRD, zahaczyła o wieszak.

Kasia wyszła z pokoju z Tymkiem owiniętym w kocyk w szare misie. Zamarła na widok mojej matki. Ja też zobaczyłem to, czego obie nie widziały: jak matka oddycha — z trudem, z gwizdem, jakby w płucach miała mokry piach.

— Niech pani nie podchodzi — powiedziała Kasia, przyciskając dziecko mocniej. — Ma pani gorączkę, widać to po twarzy.

Matka machnęła ręką jak na muchę.

— Przeziębienie z drogi. W autobusie klimatyzacja nawalała. Dajcie mi go potrzymać, po to jechałam cztery godziny z Kielc z przesiadką w Piotrkowie.

Zauważyłem, że na szybie w przedpokoju skropliła się para od jej oddechu. Gorączka musiała być spora. Pamiętam, jak w dzieciństwie, gdy leżałem z anginą, matka przykładała mi rękę do czoła i mówiła: „Zimna jestem, a ty się palisz". Teraz to ona wyglądała jak rozpalony piec kaflowy.

— Mama, umyj ręce i weź maseczkę — powiedziałem, starając się mówić normalnie, choć czułem, jak mi się napinają mięśnie karku. — Tymek ma czternaście dni. Bez żadnych szczepień. To nie są żarty.

Matka zatrzymała się w pół kroku. Spojrzała na mnie, a jej twarz wykrzywiła się w grymas, który znałem od dziecka. Ten sam, który poprzedzał awantury o zjedzoną zupę czy nieodrobione lekcje.

— Ty, Wojtuś, rodzinnej matce będziesz maseczkę dawał? — prychnęła. — Ja cię na rękach nosiłam, gdy miałeś zapalenie płuc. Nocami przy tobie siedziałam w szpitalu w Częstochowie. Pamiętasz, jak gardło ci puchło i lekarze mówili, że może być duszność? Ja wtedy żadnej maseczki nie potrzebowałam!

Czułem się, jakby mi ktoś włożył kamień do gardła. To była prawda. Matka naprawdę mnie wyciągała z niejednej choroby. Ale Tymek miał dwa tygodnie. Dwa.

Spojrzałem na Kasię. Stała wyprostowana jak struna, przyciskając małego do piersi. Znałem ten wyraz twarzy. Oznaczał, że wybór, który zaraz zrobię, zostanie ze mną na bardzo długo.

Matka podeszła do kanapy i sięgnęła do torby. Wyjęła niebieską teczkę z dokumentami. Położyła ją na stole i zaczęła mówić — spokojnie, jakby recytowała z pamięci.

— Widzisz, Wojtek, ja tu nie przyjechałam na kawę. Działka i dom dziadka w Koniecpolu. Wiesz, ile teraz dają deweloperzy? Dwa miliony siedemset tysięcy. Miałam iść z tobą w poniedziałek do notariusza na Piotrkowskiej i zrobić darowiznę. Ale skoro twoja żona robi ze mnie trędowatą, to daruję to Sławkowi. Twój cioteczny brat przynajmniej się ode mnie nie odsuwa.

Kasia stała nieruchomo. Ja patrzyłem na teczkę. Dwa miliony siedemset tysięcy. Pomyślałem o naszym kredycie. Kawalerka na Bałutach, trzydzieści dwa metry, łazienka tak mała, że przy wannie nie da się schylić. Rata trzy tysiące dwieście miesięcznie. Jeszcze dwadzieścia osiem lat.

W tym momencie matka zaniosła się kaszlem. Długim, mokrym. Pochyliła się, plując w chusteczkę. Tymek zapłakał.

— Dobrze, albo zaraz wyjedziesz, albo dzwonię po pogotowie — usłyszałem swój głos, zanim jeszcze zdążyłem pomyśleć.

Matka wyprostowała się i popatrzyła na mnie. Nie złością, nie pretensją. Zdziwieniem. Jakby pierwszy raz od trzydziestu czterech lat widziała, że coś się we mnie zmieniło.

— Ty… naprawdę mnie wyrzucasz? — zapytała cicho.

Kasia podeszła bliżej, stanęła za moim ramieniem.

— Wojtek — powiedziała. — Decyduj.

Nie odwróciłem się od matki. Wyciągnąłem rękę, wziąłem teczkę ze stołu, otworzyłem torbę i włożyłem ją z powrotem. Zasuwka zabiła cicho.

— Nie chcę tych pieniędzy — powiedziałem. — Chcę, żebyś wyszła i pojechała do lekarza. A nie do Sławka. Do lekarza. Bo z twoim kaszlem coś jest bardzo nie tak.

Matka milczała. Potem powoli zabrała torbę i ruszyła do wyjścia. Na klatce odwróciła się ostatni raz.

— Zobaczysz. Pożałujesz. Jak cię eksmitować będą z tej klitki, to wspomnisz sobie dzisiaj.

Zeszła po schodach. Piętro niżej zatrzymała się i znowu zakasłała. Nie usłyszałem, żeby wyjęła telefon.

Zamknąłem drzwi. Przyłożyłem czoło do zimnej framugi i po prostu oddychałem. Kasia objęła mnie od tyłu, przyciskając policzek do moich łopatek. Tymek wreszcie zasnął.

Cztery dni później dostałem SMS. Od Sławka.

„Wojtek, matka u mnie w Kielcach. Przyjechała taksówką z samego rana, cała rozpalona, ledwo po schodach weszła. Nie dała sobie maseczki założyć. W nocy zabrało ją pogotowie. Obustronne zapalenie płuc, COVID, stan ciężki. Mnie na kwarantannę zamknęli, test wychodzi dodatni. Ja pierniczę, Wojtek. Ja mam zawał serca, a nie odporność. Coś ty najlepszego zrobił?"

Wpatrywałem się w telefon może z minutę. Nie odpisałem. Wyszedłem na balkon, zapaliłem papierosa — pierwszego od trzech lat. Poniżej, przy śmietniku, sąsiad spod dziewiątki spacerował z psem, małym mieszańcem, który szarpał smycz. W oknie naprzeciwko jakaś kobieta podlewała pelargonie. Wszystko toczyło się dalej.

Wszedłem do domu, umyłem ręce przy zlewie, wsadziłem telefon do ładowania. Kasia siedziała w fotelu z Tymkiem przy piersi. Półmrok w pokoju pachniał mlekiem i proszkiem dla niemowląt.

Usiadłem obok, oparłem brodę na dłoniach. Powiedziałem jej o wiadomości. Nie płakała. Tylko przytuliła małego mocniej, a mi — nic. Bo tak właśnie jest, gdy wybierasz. Coś zostawiasz i to nie wraca.

Następnego dnia poszedłem do pracy. Na stacji benzynowej przy alei Politechniki robiłem kanapki dla kierowców tirów. Ręce mi drżały przy kasie. A wiadomości od Sławka milczały. I od matki — też.

Tydzień później odebrałem list polecony. Z sądu rejonowego w Kielcach. Matka złożyła wniosek o uchylenie darowizny na rzecz Sławka i wydanie dokumentów nieruchomości. Napisała odręcznie na marginesie: „Skontaktuję się, jak wyjdę ze szpitala. Musisz mi pomóc z tym prawnie, bo Sławek mnie wykorzystał."

Nie zadzwoniłem. Włożyłem pismo do szuflady w kuchni, pod stare rachunki za prąd. Nie wyjąłem go przez dziewięć dni.

Dziesiątego dnia przyszła wiadomość z nieznanego numeru. „Wojtek, tu Barbara, koleżanka Twojej mamy z pracy. Teresa nie żyje. Zmarła dziś w nocy na OIOM-ie w Kielcach. Była pod respiratorem. Szukała Cię przed intubacją."

Odłożyłem telefon na parapet. Ekran świecił jeszcze chwilę, potem zgasł.

Otworzyłem szafkę i wyjąłem teczkę z aktem notarialnym, który przysłała matka. Usiadłem przy stole, rozłożyłem papiery. Działka w Koniecpolu, dom po dziadku. Dwa miliony siedemset tysięcy, jak powiedziała.

Wziąłem telefon i zadzwoniłem do Sławka. Odebrał po trzech sygnałach, głos ochrypły.

— Matka powiedziała, że chciała to tobie przepisać — powiedział. — Zanim wszystko spieprzyłeś.

— Tak — odparłem. — Ale nie przyjęłem.

— To może teraz przyjmiesz? — zapytał. Po chwili dodał: — Jesteś jej synem. Ja jestem kuzynem. Nie chcę z tym nic mieć wspólnego.

— Dobrze — powiedziałem. — Przyjadę do notariusza w Kielcach. Ale mam warunek.

— Jaki?

— Sam zawiadom prokuraturę, że matka przyjechała do ciebie już chora. Bo ja nie chcę, żebyś ty ponosił odpowiedzialność. To moje.

Sławek milczał długo. W tle słyszałem cykanie kuchennego zegara.

— Dobra — powiedział w końcu. — Zrobię to.

Odłożyłem słuchawkę. Kasia weszła do kuchni z Tymkiem na rękach, pytała, z kim rozmawiałem. Powiedziałem jej wszystko. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja widziałem, że pierwszy raz od porodu nie wygląda na zmęczoną.

— To znaczy, że… — zaczęła.

— Że nasz syn będzie miał dom — dokończyłem. — I długo nie musimy się martwić o kredyt.

Wziąłem od niej Tymka, usiadłem z nim w fotelu przy oknie. Spał, oddychał równo, cicho. Taki mały, że mieścił mi się na przedramieniu. Za szybą, nisko nad rynkiem Bałuckim, zapalały się pierwsze latarnie.

Rano pojechałem na dworzec Łódź Kaliska i kupiłem bilet do Kielc. W przedziale usiadłem przy oknie, teczkę położyłem na kolanach i przez całą drogę nie otworzyłem jej ani razu.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: