Kasia wpatrywała się w migające za szybą topole, a Miłosz, owinięty w stary wełniany szalik po babci, cicho miauczał na tylnym siedzeniu przy każdym wyboju. Szalik pachniał lawendą i kurzem z szafy, w której przeleżał ostatnie kilka lat, aż do dziś.
— Może chociaż tę miskę ceramiczną mu zostawimy, tę z pęknięciem? On z innych nie chce pić — rzuciła cicho.
— To tylko kot, nie niemowlę — odparł Tomasz, nie odrywając wzroku od drogi.
Domek letniskowy pod Ojcowem przywitał ich wilgocią po całonocnej ulewie i zapachem mokrego drewna. Na werandzie nadal leżały zeszłoroczne liście bukowe, naniesione przez wiatr aż pod samą huśtawkę, której łańcuchy zardzewiały przez zimę na pomarańczowo. Tomasz od razu poszedł sprawdzać piwniczkę, choć zawsze powtarzał, że o tej porze roku nic tam nie ma do roboty. Kasia rozłożyła szalik na starym fotelu z rattanu, nalała wody do glinianej miseczki i przez chwilę patrzyła, jak Miłosz obwąchuje próg, zbyt długo zatrzymując się przy furtce sąsiedniej działki.
— Oswoi się — mruknął Tomasz, wracając z piwnicy z pustymi rękami. — Zostaw mu jedzenie pod schodami i jedziemy.
Obiad zjedli w milczeniu. Kasia zauważyła, że mąż trzy razy zerkał na zegarek i raz wyszedł przed bramę, niby po telefon, który przecież miał w kieszeni bluzy. Nie zapytała. Przez dziewięć lat małżeństwa nauczyła się zbierać szczegóły jak suszone kwiaty do zielnika — każdy osobno, aż uzbiera się cały bukiet.
O zmierzchu Tomasz oznajmił, że wracają wcześniej, bo rano ma telekonferencję. Kasia zdziwiła się, bo zwykle konferencje miał w środy, ale skinęła głową i poszła zawołać Miłosza. Kot nie przychodził. Wołała długo, obeszła całą działkę, zaglądnęła pod werandę, pod krzaki porzeczek, nawet za kompostownik. Nigdzie go nie było.
— Nie ma go — powiedziała, wracając do samochodu.
— To zostanie. Przyjedziemy w sobotę, nic mu nie będzie.
— Tomasz, on nigdy nie zostawał tu sam na dłużej niż jeden dzień.
— Poradzi sobie.
Wcisnął sprzęgło. Kasia stała jeszcze chwilę przy otwartych drzwiach, czując, jak coś zaciska jej się w gardle — nie tyle żal za kotem, ile pewność, że działka numer osiem, ta z niebieskimi okiennicami, nie była tu tylko przypadkowym punktem na mapie. Odkąd rozwiodła się lokatorka, na podjeździe co weekend stał srebrny SUV, identyczny jak ten, którym Tomasz jeździł służbowo, a którego podobno nigdy nie używał prywatnie.
Wracali w ciszy. Gdzieś za Skałą Kasia wyjęła telefon, żeby sprawdzić wiadomości, ale tak naprawdę po to, żeby nie patrzeć na męża. W lusterku bocznym dostrzegła jego wzrok rzucony do tyłu, tam gdzie został kot. Nie było w nim smutku. Była ulga.
— Nie myślisz, że będzie mu tam źle? — spróbowała jeszcze raz.
— Sąsiedzi dokarmią. Zresztą koty na wsiach zawsze tak żyją.
Kasia odwróciła głowę do okna. W kieszeni kurtki, tej samej, którą Tomasz miał na sobie rano, wymacała paragon z kawiarni na stacji benzynowej — dwie latte sojowe i dwa rogaliki z migdałami. Mówił jej kiedyś, że za rogalikami nie przepada.
W domu poszedł spać od razu, mówiąc, że jest zmęczony. Kasia usiadła w kuchni, wyjęła paragon, wygładziła go palcami i długo wpatrywała się w datę. Zeszłej soboty, godzina ósma dwadzieścia trzy. Wtedy właśnie dzwonił, że utknął w korku pod Krakowem i będzie dopiero na obiad.
Dwa dni później Tomasz znów wspomniał o domku. Pojedzie sam, przy okazji spotkania służbowego w Zabierzowie, zabierze kota. Kasia zaproponowała, że może pojechać razem z nim — odpowiedział, że nie ma sensu, szkoda jej czasu. Zgodziła się od razu, zbyt łatwo, i przez jego twarz przemknął cień zdziwienia pomieszanego z podejrzliwością.
Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Kasia zdjęła z antresoli w przedpokoju segregator z dokumentami. Domek był zapisany na nią, kupiony jeszcze z pieniędzy po dziadkach, zanim poznała Tomasza. Obok aktu notarialnego leżała stara polisa ubezpieczeniowa z listą sąsiadów i numerami telefonów na wypadek pożaru. Działka numer osiem — Zuzanna Kowalik, lat trzydzieści dwa, fryzjerka z centrum. Obok męskim pismem Tomasza dopisany numer komórki, przekreślony i poprawiony, jakby zapisywał go w pośpiechu.
Kasia odłożyła dokumenty i zadzwoniła do pani Haliny z działki numer trzy, emerytowanej nauczycielki, która znała wszystkich i wszystko.
— Dzień dobry, mówi Katarzyna, z czwórki. Przepraszam, że zawracam głowę, ale zostawiliśmy u państwa grabie w zeszłym sezonie, takie z niebieską rączką, i chciałam zapytać…
— Dziecko, co ty mi z grabiami — przerwała pani Halina swoim zwyczajem. — Ty lepiej powiedz, wiesz, co się u ósemki dzieje?
— A co się dzieje?
— Jakaś młoda tam pomieszkuje, ładna taka, chuda. I przyjeżdża do niej mężczyzna, co weekend prawie. Srebrnym autem. I wiesz co? On kota waszego dokarmia. Miłosz, tak się wabi? Łazi do nich co rano, ona mu łososia daje, widziałam przez płot.
Kasia podziękowała i odłożyła słuchawkę. Przez chwilę siedziała bez ruchu, czując, jak wściekłość miesza się w niej z czymś na kształt ulgi — jakby od dawna czekała na ten właśnie telefon, na to jedno zdanie, które rozwiewa wszystkie wątpliwości.
Wieczorem Tomasz wrócił z pustym transporterem. Powiedział, że kota nie ma, pewnie poszedł do lasu, zdziczał, trudno, taki los. Kasia mieszała zupę w garnku, powoli, rytmicznie, nie odwracając się do niego.
— To niby dokąd poszedł? — zapytała cicho.
— Nie wiem, nie szukałem przecież po całej okolicy.
— A mógłbyś poszukać na przykład u Zuzanny? Z ósemki?
Łyżka stuknęła o brzeg talerza. Tomasz znieruchomiał, a potem zaczął mówić — szybko, za szybko, że to nieporozumienie, że ona jest tylko znajomą, że pomogła mu raz z podlewaniem ogródka, że to przypadek. Głos mu się łamał, słowa plątały, jakby powtarzał wyuczoną kwestię, ale zapomniał kolejności zdań.
Kasia nie podniosła głosu. Zjadła zupę, umyła talerz, schowała sztućce do szuflady. I dopiero wtedy powiedziała, że jutro sama jedzie po kota.
Ruszyła o świcie, bez uprzedzenia. Pani Halina czekała już przy furtce i w milczeniu wskazała brodą na niebieskie okiennice ósemki. Na werandzie, na białym rattanowym fotelu, zwinięty w kłębek leżał Miłosz, a obok niego kobieta z kubkiem kawy, bosa, w za dużym swetrze. Kasia wysiadła, podeszła do płotu i zawołała po imieniu. Kot momentalnie otworzył oczy, zeskoczył z fotela i podszedł, ocierając się o jej nogi, jakby tylko czekał, aż po niego wróci.
Kobieta poderwała się z miejsca. Przez chwilę mierzyły się wzrokiem.
— Pan Tomasz zostawił go tu celowo — powiedziała Kasia spokojnie. — Żeby pani miała towarzystwo.
Tamta otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Kasia podniosła Miłosza, owinęła w babciny szalik i poszła do samochodu, nie oglądając się za siebie. Kot mruczał głośno, głośniej niż kiedykolwiek wcześniej, jakby chciał zagłuszyć wszystko, co się właśnie wydarzyło.
W drodze powrotnej zatrzymała się pod kancelarią notarialną na Kazimierzu, gdzie miała umówioną wizytę od zeszłego tygodnia. Wniosła transporter z kotem do poczekalni, postawiła na krześle obok i przez następną godzinę podpisywała dokumenty: wniosek o separację, wypowiedzenie wspólnego konta, upoważnienie dla adwokata. Notariuszka, siwa kobieta w okularach na łańcuszku, ani razu nie spytała o powód — tylko sumy, daty, paragrafy.
W domu zastała Tomasza pakującego rzeczy do torby sportowej. Na jej widok znieruchomiał z bluzą w ręku.
— Zostawiłeś go celowo — powiedziała, stawiając transporter na podłodze.
— Ja go nie zostawiłem, on sam…
Urwał, widząc, jak Kasia kładzie na stole segregator z dokumentami. Ten sam, który trzy dni temu zdjęła z antresoli.
— Domek jest mój — dodała cicho. — Kot jest mój. Reszta twoja.
Minęło lato. Miłosz spał na starym babcinym szaliku w nowym mieszkaniu na Salwatorze, z oknem wychodzącym na klasztorny ogród. Tomasz dzwonił przez pierwsze dwa tygodnie, nagrywał wiadomości na pocztę, w których tłumaczył, że domek, kobieta, kot — wszystko to zbieg okoliczności, nie żadna zdrada. Kasia odsłuchiwała pierwsze trzy sekundy i kasowała, zanim zdążyły wybrzmieć do końca.
Pewnego wieczoru, już pod koniec września, telefon znów rozjarzył się jego imieniem. Spojrzała na ekran, potem na kota śpiącego u jej stóp, i położyła telefon wyświetlaczem do dołu na parapecie. Za oknem zapadał zmierzch, na klatce schodowej ktoś zbiegał po schodach, a z klasztoru dobiegał cichy dźwięk dzwonka na apel. Miłosz przeciągnął się leniwie, zeskoczył z parapetu i wtulił się w szalik, jakby ten dom wreszcie przestał być miejscem, z którego się ucieka, a stał się miejscem, do którego chce się wracać.
