Pracuję jako listonoszka na osiedlu Głogowa we Wrocławiu od jedenastu lat, więc znam tam każdego – kto komu winien pięćdziesiąt złotych, kto się kłóci przez ścianę, komu przyszła zła wiadomość, bo poznaję to po kopercie z sądu. Znałam też Izę z drugiego piętra, klatka B, i jej męża Marcina. Listy do nich nosiłam regularnie, więc miałam okazję patrzeć.
Iza wprowadziła się tam po babci – trzy pokoje, wysokie sufity, piec kaflowy w największym pokoju, którego nikt już nie palił, bo było centralne. Ładne mieszkanie, prawdę mówiąc, najładniejsze na klatce. Poznała Marcina na wczasach w Chorwacji, wzięli ślub rok później w kościele na Ołbinie, wesele w sali nad restauracją przy Legnickiej. Pamiętam, bo akurat tego dnia miałam wolne i widziałam z okna, jak wsiadali do białego auta pod balonami.
Matka Izy, pani Grażyna, mieszka dwie przecznice dalej, na Kamiennej. Ona też dostaje ode mnie pocztę, więc czasem wymieniałyśmy zdanie-dwa przy skrzynkach. Nigdy nie mówiła wprost, co jej nie pasuje w zięciu, ale kiedyś, jeszcze przed ślubem, powiedziała tylko: „Coś mi się w tym chłopaku nie zgadza, Marta. Nie umiem powiedzieć co." Pomyślałam wtedy, że matki zawsze coś czują, a córki zawsze się śmieją z tych przeczuć. Miałam rację co do jednego i co do drugiego.
Pierwsze dwa lata małżeństwa wyglądały dobrze, przynajmniej z zewnątrz. Marcin pracował w firmie transportowej, zarabiał nieźle, kupił Izie kożuch, potem pralkę z suszarką, raz nawet zabrał ją na tydzień do Egiptu. Iza chwaliła się tym mojej sąsiadce z klatki, pani Basi, która robi u nich sprzątanie raz w tygodniu. Ja tylko nosiłam listy i widziałam, jak w skrzynce leżą ulotki biura podróży, katalogi mebli, wszystko układało się w obrazek udanego domu.
Zmiana zaczęła się, kiedy Iza postanowiła wrócić do pracy. Skończyła kiedyś architekturę wnętrz, ale przez te lata siedziała w domu, bo Marcin powtarzał, że kobieta ma dbać o ognisko domowe, a mężczyzna przynosić pieniądze. Usłyszałam to zdanie z jego ust osobiście, kiedy odbierał paczkę na klatce i tłumaczył coś sąsiadowi z parteru, jakby to była jakaś zasada fizyki. Iza dostała propozycję pracy w studiu projektowym przy placu Grunwaldzkim i przyjęła ją bez pytania męża o zgodę. Wtedy zaczęły się awantury.
Pani Basia, ta co sprząta, opowiadała mi, że słyszała krzyki zza drzwi, kiedy przyszła w środę rano, a Iza otworzyła jej z zaczerwienionymi oczami i powiedziała tylko: „U nas dziś nie sprzątamy, przepraszam." Marcin przestał kupować jej prezenty, jakby to była kara. Iza się nie poddała. Rok później była już kierowniczką zespołu, kupiła sobie sama nowy samochód, mikrę, i zapłaciła matce za remont łazienki – widziałam fakturę leżącą na stole, kiedy przynosiłam awizo, bo drzwi były otwarte, a Iza akurat wynosiła śmieci.
Zauważyłam, że Marcin zmienił się wobec niej. Kiedyś wychodził jej na spotkanie przy furtce, teraz nie wychodził wcale. Raz zapytałam Izę, przekazując jej list polecony, czy wszystko u nich w porządku, bo tak wypadało spytać po tylu latach znajomości. Odpowiedziała: „Wszystko dobrze, Marta", ale nie patrzyła przy tym na mnie, tylko na kopertę, jakby liczyła znaczki. Nie moja sprawa, pomyślałam, i poszłam dalej roznosić listy.
Gdzieś we wrześniu, wracając od matki alejką koło stawu przy parku Grabiszyńskim – akurat kończyłam trasę i szłam na przystanek – zobaczyłam, jak coś biegnie w moją stronę. Nie leci, nie toczy się, tylko biegnie, jakby miało łapy. Okazało się, że to reklamówka, a w reklamówce siedział mały kotek, przemoczony, drżący, może trzy tygodnie życia. Nie widziałam wtedy Izy, dowiedziałam się później od pani Basi, że to właśnie ona go znalazła i zabrała do domu, nazwała Zulą.
Marcin nie chciał kota w mieszkaniu. Pani Basia powtarzała mi potem całe zdania, bo akurat była u nich, kiedy wybuchła kolejna kłótnia – że podrapie meble, że on nie chce zwierząt, że mieszkanie nie jest schroniskiem. Iza się postawiła. „Zula zostaje" – powiedziała podobno tak spokojnie, że Marcin nie wiedział, co odpowiedzieć, i trzasnął tylko drzwiami od łazienki tak mocno, że framuga pękła. Tę framugę zresztą później sama widziałam, bo przynosiłam awizo za awizem – Marcin zaczął zamawiać jakieś części do samochodu, chyba w ramach terapii przez internet.
Nie wiedziałam wtedy, że za tym wszystkim stoi coś większego niż kot i praca. Dowiedziałam się dopiero w listopadzie, kiedy pani Grażyna zatrzymała mnie przy skrzynkach i powiedziała rzeczy, których się nie spodziewałam. Otóż mieszkanie po babci, w którym mieszkali, od początku było zapisane na Izę – akt notarialny, cała sprawa uregulowana jeszcze przed ślubem. Marcin, jak się okazało, od dwóch lat namawiał żonę, żeby dopisała go do własności, „żeby było uczciwie, bo przecież razem tu mieszkamy, razem płacimy". Iza się wahała, ale nie robiła nic konkretnego. Aż do dnia, kiedy przyniosłam jej pewien list.
Był to piątek, pamiętam, bo miałam tego dnia najwięcej przesyłek poleconych na całej trasie. List przyszedł z kancelarii notarialnej przy Piłsudskiego – gruba koperta, wymagająca podpisu przy odbiorze. Iza otworzyła mi drzwi w fartuchu, z rękami w mące, bo akurat robiła coś na sobotni obiad, podpisała się w moim terminarzu i wzięła kopertę. Zamknęła drzwi. Nie wiem, co było w środku, bo oczywiście nie czytam cudzej korespondencji, ale trzy dni później pani Basia powiedziała mi, że widziała na stole w kuchni projekt aktu notarialnego z dopiskiem odręcznym, czerwonym długopisem: „PODPISAĆ DO PIĄTKU". Podpis miał być na przekazanie połowy udziałów w mieszkaniu na rzecz Marcina.
Iza nie podpisała. Zamiast tego umówiła się na spotkanie z notariuszem sama, bez męża, i zrobiła coś odwrotnego – ustanowiła rozdzielność majątkową i przepisała mieszkanie w całości na jedynego dziedzica, jakiego chciała: na swoją matkę, z dożywotnią służebnością dla siebie. Innymi słowy: mieszkanie zostało formalnie poza zasięgiem Marcina raz na zawsze, cała procedura, jak mi później tłumaczyła pani Grażyna, kosztowała ich niecałe osiemset złotych taksy notarialnej. Osiemset złotych za jedenaście lat spokoju, tak to ujęła pani Grażyna, kiedy siedziałyśmy przy jej kuchennym stole, bo akurat miałam dla niej list z ZUS-u i zaprosiła mnie na herbatę.
Tego dnia, kiedy Marcin wrócił z pracy i zobaczył na stole kopię aktu notarialnego, awantura, jak mówiła pani Basia, była słyszalna aż na klatce schodowej. Ja akurat kończyłam trasę na sąsiedniej ulicy i nie byłam świadkiem, ale sąsiad z parteru, pan Tadek, który akurat wyprowadzał psa, powiedział mi później, że Marcin stał na balkonie i krzyczał do telefonu do kogoś, że „to jest jego dom też, że tyle lat tu mieszka". Zula, kotka, uciekła wtedy pod łóżko i nie wyszła, jak twierdziła Iza, przez dwa dni.
Marcin wyprowadził się w grudniu, tuż przed świętami, zabrał swoje rzeczy w dwóch kartonach po telewizorze, które zresztą sam kiedyś przyniósł do domu. Widziałam go, jak wynosił je do samochodu, białego auta, tego samego, którym jechali na wesele. Nie odezwał się do mnie, chociaż zawsze się kłanialiśmy przy klatce. Zula siedziała w oknie na trzecim piętrze i patrzyła, jak odjeżdża.
Iza mieszka tam do dziś, sama, chociaż teraz już nie do końca sama, bo ma kota i, jak słyszałam od pani Basi, kogoś nowego, kto czasem zostaje na noc, jakiegoś kolegę z pracy przy Grunwaldzkim. Nie wiem, jak się nazywa, nie moja sprawa. Wiem tylko tyle, że co miesiąc noszę tam listy – rachunki, ulotki, czasem coś z pracy – i za każdym razem, kiedy otwiera mi drzwi, jest tam ten sam zapach: kawa, mokra sierść kota i farba do ścian, bo remontuje powoli mieszkanie po swojemu, pokój po pokoju.
