Zobaczyłem, jak wyciąga żmiję z chrustu. Myślałem, że zwariowała

Pracuję jako leśniczy w Puszczy Noteckiej od prawie dwudziestu lat. Myślałem, że widziałem już wszystko — kłusowników o trzeciej nad ranem, turystów, którzy rozpalali ogniska w największą suszę, i dziki, które nauczyły się otwierać śmietniki przy leśniczówce. Ale to, co zobaczyłem tamtego październikowego popołudnia, sprawiło, że po prostu stanąłem jak wryty i zapomniałem o niedopitej kawie w termosie.

Tego dnia miałem obchód w północnym sektorze, gdzie po zeszłorocznej wichurze zostało jeszcze sporo nieuprzątniętych gałęzi. Sterty chrustu ciągnęły się wzdłuż starej linii oddziałowej. Szedłem ścieżką, kiedy usłyszałem suchy trzask. Nie mechaniczny, nie ludzki — tak trzeszczą tylko patyki, gdy coś przez nie pełznie. Zatrzymałem się i wtedy ją zobaczyłem.

Kobieta, może czterdzieści lat, w znoszonej kurteczce z polaru, klęczała przy stosie powalonych gałęzi. Plecami do mnie. W pierwszej chwili pomyślałem, że zbiera grzyby — koło Miałów czasem trafiają się podgrzybki. Ale jej ręce były zanurzone głęboko w chruście, a ruchy miała powolne, skupione, jakby rozplątywała węzeł. Nie szukała grzybów.

— Proszę pani! — zawołałem. — Tam mogą być żmije!

Nie odwróciła się nawet. Tylko rzuciła przez ramię:

— Wiem. Jedną właśnie uwalniam.

Zamarłem. W tej części puszczy zygzakowate są wyjątkowo aktywne jesienią, bo szukają miejsc do zimowania. Każdy miejscowy o tym wie. Mieliśmy w zeszłym sezonie dwa pogryzienia, w tym jedno poważne — facet z Wronek trafił na oddział toksykologii w Poznaniu.

Podszedłem bliżej, ostrożnie, żeby nie płoszyć ani kobiety, ani gada. I wtedy go zobaczyłem: duży, jasny — prawie piaskowy — wąż, długości może siedemdziesięciu centymetrów. Jego ciało było ciasno zaklinowane między dwoma sękatymi gałęziami. Za każdym razem, gdy próbował się wyszarpnąć, kawałek kory odpadał, a splot zaciskał się mocniej. Gad był wyczerpany, jego ruchy stawały się coraz słabsze.

Kobieta pracowała metodycznie. Lewą ręką przytrzymywała grubszą gałąź, prawą delikatnie przesuwała cieńsze patyki. Ani razu nie szarpnęła, nie wykonała gwałtownego ruchu. Żmija raz uniosła łeb i wtedy dostrzegłem charakterystyczny zygzak na grzbiecie. Serce mi podskoczyło.

— Ma pani pojęcie, co robi? To nie zaskroniec. To żmija zygzakowata. Jedno ukąszenie i…

— I co? — przerwała, wciąż nie odrywając oczu od splotu. — Zostawić ją na śmierć? Przewraca się panu codziennie pod kołami roweru, to niech pan patrzy.

Szczerze? Poczułem się jak idiota. Stałem tam, leśniczy z dwudziestoletnim stażem, i gapiłem się, jak obca baba robi coś, czego sam bym nie zrobił. Bo ja bym nie podszedł. Każdy z nas, leśników, zna zasadę: dzikie zwierzęta, szczególnie jadowite, są nieprzewidywalne.

Trwało to może z dziesięć minut. W końcu ostatni patyk puścił. Żmija wyślizgnęła się na ziemię — zmęczona, spłaszczona, z białą kreską w miejscu, gdzie kora przytarła jej łuski. Leżała nieruchomo przez kilka sekund.

Kobieta wstała, rozcierając zdrętwiałe kolano. Uśmiechnęła się szeroko, aż zmarszczki wokół oczu ułożyły się w promienie:

— No widzi pan. I po strachu.

I wtedy żmija eksplodowała ruchem. Błyskawicznym, jak sprężyna, której nagle puszczono. Rzuciła się do przodu — nawet nie w stronę kobiety, ale w przestrzeń tuż przed nią. Kobieta instynktownie odskoczyła, potknęła się o wystający korzeń i usiadła ciężko na mchu. Gad prześlizgnął się obok jej buta, dosłownie o centymetry, i zniknął w gęstej kępie paproci. W powietrzu został tylko zapach suchej ziemi i adrenaliny.

— Nic się pani nie stało?! — podbiegłem, łapiąc ją za ramię.

A ona zaczęła się śmiać. Nie histerycznie, nie nerwowo — normalnie, jakby przed chwilą ktoś opowiedział jej dobry dowcip.

— Widział pan to?! Myślałam, że już po mnie, a ona po prostu dała dyla. Nawet nie próbowała gryźć.

Pomogłem jej wstać. Kurteczka była uwalana mchem i igliwiem, na dłoni miała płytkie zadrapanie od gałęzi.

— Jest pani strasznie nierozważna — powiedziałem, ale bez przekonania. — Mogło się to skończyć zupełnie inaczej.

— Ale się nie skończyło. — Otarła ręce o spodnie. — Ona się po prostu bała.

Chwilę milczałem. Szum sosen nad nami, gdzieś daleko samochód jechał leśnym duktem. Popatrzyłem na stos chrustu, potem na paprocie, gdzie zniknęła żmija.

— Wie pani co? — powiedziałem w końcu. — Pracuję tu dwadzieścia lat. Widziałem wilki, rysie, nawet raz żubra zabłąkanego. Ale żeby ktoś własnymi rękami uwalniał żmiję z gałęzi… tego jeszcze nie było.

— A widzi pan. Zawsze jest ten pierwszy raz. — Podniosła mały plecak, który leżał pod drzewem. — Do widzenia panu. I proszę nie mówić w nadleśnictwie, że złamałam wszystkie przepisy BHP.

Odwróciła się i poszła ścieżką w stronę Miałów. Lekko utykała po upadku.

Stałem tak jeszcze z minutę, zanim ruszyłem w swoją stronę. Dopiero wieczorem, kiedy wróciłem do leśniczówki i otworzyłem służbowy tablet, żeby wpisać raport z obchodu, przyszło mi coś do głowy. W rubryce „Uwagi" zamiast standardowego „bez zdarzeń nadzwyczajnych" wpisałem: „Spotkanie z turystką. Żmija zygzakowata uwolniona z pułapki naturalnej. Osobnik w dobrej kondycji, oddalił się w kierunku oddziału 234. Zalecam monitoring wiosną."

Dodałem współrzędne GPS i wysłałem raport.

Nie wiem, jak się nazywała ta kobieta. Nie spytałem. Ale w naszej bazie zostanie teraz jedyny w swoim rodzaju wpis, z datą i numerem oddziału, pod którym żaden inny leśniczy z naszego nadleśnictwa nigdy nic podobnego nie zanotował.

Wiosną, jak tylko śnieg stopniał, celowo poszedłem w ten sam sektor. Żadnego gada nie znalazłem. Ale w miejscu, gdzie był ten stos chrustu — rozebrany już, sprzątnięty przez pomocników — wypuściły pierwsze pędy zawilca. Białe, drobne, akurat na wilgotnej ziemi. Cała polana była nimi usłana.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: