W środę po południu otworzyłam drzwi i zobaczyłam Tomka z dwoma chłopcami. W każdej ręce trzymał wielką torbę podróżną, a chłopcy — Kajetan i Jerzyk, jego synowie z pierwszego małżeństwa — stali za nim i patrzyli na mnie spod zmarszczonych brwi. Takich samych, jakie Tomek robi, kiedy coś knuje.
— Kto to? — spytałam, choć wiedziałam.
— Ola, daj spokój, sytuacja się zmieniła. Magda wyjeżdża służbowo, nie ma ich z kim zostawić.
— Wyjeżdża? Z dwiema torbami i szczoteczkami do zębów na wierzchu?
— Na miesiąc, może dwa.
Stałam w progu swojego mieszkania na Wildzie i patrzyłam, jak mój mąż ustawia te torby na podłodze. W Poznaniu, środek października, za oknem mżyło. Kot Ludwik spał na kaloryferze i nawet nie drgnął. Jedyna istota w tym domu, która się nie stresowała.
— Umawialiśmy się, Tomek. Twoje dzieci z Magdą mieszkają u Magdy. Żadnych przeprowadzek, żadnych niespodzianek. Tak było zapisane czarno na białym, zanim wzięliśmy ślub.
— Przecież to chwilowe! Nie bądź sztywna.
Chłopcy stali przy windzie. Kajetan, starszy o całe trzy minuty, trzymał Jerzyka za rękaw.
— Chłopaki, w salonie na półce są klocki Lego — powiedziałam. — Idźcie zbudować zamek, dobrze?
Kiedy zniknęli za drzwiami, odwróciłam się do męża.
— Od kiedy Magda robi interesy za granicą? Od kiedy ma paszport? I od kiedy jej delegacje trwają całą jesień?
— Nie wtrącaj się. Sama mówiłaś, że Ikei nie ma w Kaliszu, więc musiała polecieć.
— Do Malmö. Na dwa miesiące. Zostawiając dzieci.
— No właśnie.
— Tomek, kłamiesz. Czuję to i w tej szklance herbaty, której nie zdążyłam wypić.
Wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer pani Zofii, jego matki. Mieszkała trzy przecznice dalej, przy Hetmańskiej, w starej kamienicy z balkonem.
— Co robisz? — Tomek zbladł.
— Dzwonię do twojej mamy. Ciekawe, czy babcia wie, że została opiekunką na pełen etat?
— Rozłącz się. Ola, ostrzegam cię.
— Przed czym? Że mama się dowie, jak syn rozporządza cudzym metrażem?
Słuchawka odezwała się po pięciu sygnałach. Głos pani Zofii, zdziwiony i ostrożny.
— Ola? Coś się stało?
— Pani Zofio, czy wiedziała pani, że Tomek wprowadził Kajetana i Jerzyka do naszego mieszkania? Na stałe? Z całym dobytkiem?
Cisza w słuchawce ciągnęła się długo — słyszałam tylko, jak pani Zofia przełyka ślinę.
— Przepraszam, Ola, ja nic nie wiem. Tomek nic nie mówił. Jak to na stałe?
— Dwie torby i tekst „miesiąc, może dwa, może trzy”. Pyta panią o zdanie? Czy to rodzinna narada, a ja jestem ostatnia w kolejce?
— Czekaj, skarbie. On w ogóle do mnie w weekendy nie zagląda. Mówi, że pomaga koledze przy warsztacie we Wrześni. A dzieci?
— Ja się nimi zajmuję. W każdą sobotę i niedzielę. Rysuję, gotuję rosołek, idę z nimi na spacer do Parku Wilsona. I myślę sobie: gdzie jest ich ojciec? Mówi, że u mamy. A mama nic nie wie.
Tomek stał przy ścianie i patrzył w podłogę.
— Pani Zofio, mam prośbę — mówiłam dalej. — Potrzebuję adresu Magdy. Chcę z nią porozmawiać. Tak, wiem, że to niezręczne. Tak, wiem, że to nie moja sprawa. Ale proszę mi zaufać.
— Znam ten adres, bo to ja pilnowałam papierów przy rozwodzie — powiedziała pani Zofia. — Szwecja to na pewno wymysł Tomka, Magda nigdzie się stąd nie ruszała. Ulica Dworcowa, Grudziądz. Zapisujesz numer?
Zapisałam. Rozłączyłam się.
Tomek wyglądał, jakby ktoś spuścił z niego powietrze.
— Po co ci ten adres? Co planujesz?
— A czemu się boisz? Jeśli wszystko jest czyste i Magda rzeczywiście jest w Szwecji, to czego się obawiasz?
— Nie wtrącaj się, Ola.
— Ja się nie wtrącam, Tomek. Ja już jestem w środku. Twoje dzieci mieszkają w moim mieszkaniu. To mieszkanie po babci. Wiesz, co mi babcia powiedziała przed śmiercią? „Zrób z tym, co chcesz, ale nie pozwól, żeby ktoś robił z tobą, co chce”. I wiesz co? Chyba właśnie nadszedł ten moment.
Następnego dnia rano ubrałam chłopców, zaniosłam do pani Zofii i wsiadłam w pociąg do Grudziądza. Dwie godziny, miejsce przy oknie, w słuchawkach Stare Dobre Małżeństwo. Myślałam o tym, co usłyszałam rok temu od swojej przyjaciółki Wioli. „Uważaj, bo znam taką historię. Facet niby rozwiedziony, a pierwsza żona pierwszej okazji czeka, żeby mu dzieci podrzucić. I zgadnij, na kogo spadnie opieka?” Wtedy wzruszyłam ramionami. Wiola zawsze przesadza.
Teraz jechałam do Grudziądza i jej słowa dźwięczały mi w głowie jak piosenka, której nie mogę wyłączyć.
Dworcowa czternaście. Stara kamienica. Wejście od podwórka. Czuć było wilgoć i kocie siki. Trzecie piętro, mieszkanie siedem. Zapukałam.
Otworzył mi Tomek.
Jego twarz. Nigdy nie zapomnę tej twarzy. Szczęka opadła, oczy zrobiły się okrągłe. W tle widziałam korytarz — na wieszaku damska kurtka, czerwona, taka z futerkiem przy kapturze. Na podłodze klapki z daszkiem. Zapach świeżej kawy.
Za jego plecami pojawiła się Magda. W szlafroku.
Stałam i patrzyłam. Oni stali i patrzyli na mnie.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Nawet nie powiedziałam „wiedziałam”. Tylko to dziwne uczucie w żołądku — takie, jakby ktoś przekręcił klucz i zamek wskoczył na swoje miejsce.
Odwróciłam się i zeszłam po schodach.
— Ola! Zaczekaj! Ja tylko pomogłem jej… Ona miała awarię… Przyszedłem na chwilę! — Tomek biegł za mną, potknął się o wycieraczkę.
Nie odwróciłam się.
Na podwórku wyjęłam telefon. Wybrałam numer.
— Pani Zofio? Proszę przyjechać do mnie. I, jeśli można, proszę zabrać chłopców. Dziś wieczorem musimy porozmawiać.
Kiedy wróciłam do Poznania, było już ciemno. Usiadłam w kuchni i nalałam sobie herbaty — czwartą szklankę tego dnia. Kot Ludwik wskoczył mi na kolana. Zamówiłam przez internet zamek do drzwi. Nowy. Z atestem. Kurier miał być jutro rano.
Wieczorem przyszła pani Zofia. Z chłopcami. Z ciastem drożdżowym. Z miną kogoś, kto już domyśla się wszystkiego.
— Ola, co się stało?
Nalałam jej herbaty. Piąta szklanka. Coraz lepiej mi szło.
— Pani Zofio, znalazłam Tomka w mieszkaniu Magdy. W szlafroku. Oboje w szlafrokach. I wie pani co? To nie była awaria ani pomoc przy zlewie.
Pani Zofia zakryła usta dłonią.
— To drań. Przepraszam cię.
— Nie ma pani za co. Ja nie przekreślam chłopców. Niech weekendy zostaną. Ale ja już dłużej nie będę mieszkać z człowiekiem, który kłamie tak gęsto, że sam już nie wie, gdzie prawda, a gdzie delegacja do Szwecji.
Następnego dnia wymieniłam zamki. Nowy klucz wetknęłam do torebki i pojechałam do notariusza. Spisałam pozew. Mieszkanie jest moje. Przed ślubem i po ślubie. Żadnego dzielenia. Żadnego „poczekaj”.
Kiedy Tomek wrócił po swoje torby, drzwi już nie pasowały do jego klucza.
Dzwonił domofonem. Piętnaście razy. Potem pisał SMS-y. „Otwórz, pogadamy”, „Nie bądź dzieckiem”, „To było tylko raz”.
Nie otworzyłam. Zeszłam na dół dopiero wieczorem, kiedy na klatce zrobiło się cicho. Na wycieraczce leżała kartka: „Ola, nie rób tego. Przecież jesteśmy rodziną”.
Odwróciłam kartkę i napisałam na odwrocie: „Rodziną to ja jestem dla siebie. I dla tych, którzy nie kłamią w środy po południu”.
Kartkę przykleiłam do drzwi. Żeby przeczytał, jak znowu przyjdzie. Jeśli w ogóle odważy się przyjść.
Minęły dwa tygodnie. W piątek zadzwoniłam do pani Zofii.
— W sobotę przywiozę chłopcom nowe klocki. Niech pani powie Tomkowi, że weekendy zostają. Ale klucze mu nie pasują.
— Ola, dziecko, a co z tobą?
— A ja sprzedaję mieszkanie.
— Co?!
— Tak. Wystawiłam ogłoszenie na jednym portalu. Czterdzieści metrów, Wilda, cena: dwieście osiemdziesiąt tysięcy. Na wiosnę wyprowadzam się nad morze, do Kołobrzegu. Zawsze chciałam mieszkać blisko plaży.
W słuchawce usłyszałam, jak pani Zofia wciąga powietrze. Potem cichy śmiech. Taki, w którym miesza się podziw z niedowierzaniem.
— Ola, ty jesteś z żelaza.
— Nie, pani Zofio. Ja tylko przestałam czekać, aż ktoś inny zdecyduje za mnie.
Trzy dni później zadzwoniła pani Agnieszka, pośredniczka. Młode małżeństwo z dzieckiem obejrzało mieszkanie w środę, zakochali się w widoku na park i chcą kupić za pełną cenę, dwieście osiemdziesiąt tysięcy. Kot Ludwik siedział wtedy na parapecie i mruczał, a oni głaskali go i mówili: „Jaki piękny”. Nie powiedziałam im, że kot nie jest częścią umowy.
Przyjęłam ofertę. Umowę przedwstępną podpisałam w kancelarii notarialnej na Głogowskiej — klucze miałam oddać dopiero w marcu, przy podpisaniu aktu, i dopiero wtedy pieniądze miały wpłynąć na konto.
Kiedy Tomek się dowiedział, stał pod blokiem z butelką wina i głupim uśmiechem.
— Ola, porozmawiajmy. Przecież mogę się wyprowadzić od Magdy. Wrócę. Będzie jak dawniej.
— Tomek, zobacz — wyjęłam z torebki wydruk umowy przedwstępnej. — Widzisz tę cenę? Dwieście osiemdziesiąt tysięcy. Podpisane u notariusza. Klucze oddaję w marcu, kiedy podpiszemy akt. A ty? Ty możesz wrócić do Grudziądza, do swojego szlafroka. Albo do matki. Mnie to już nie dotyczy.
Odwróciłam się i weszłam do klatki. Nowy zamek kliknął głośniej niż zwykle.
W marcu, po podpisaniu aktu u notariusza, spakowałam swoje rzeczy. Obrazki z ramkami, książki, kota Ludwika. I małe pudełko po herbacie, w którym trzymałam wszystkie bilety z pociągu Poznań–Grudziądz. Jeden w jedną stronę. Jeden. Bo w drugą stronę kupiłam już bilet nad morze.
Pani Zofia przyszła się pożegnać.
— Przyjedziesz do nas jeszcze?
— Do pani przyjadę. I do chłopców. Ale już nie do tego mieszkania.
— Rozumiem. Żal mi tylko, że tak wyszło.
Uściskałyśmy się na klatce schodowej. Kot Ludwik spał już w transporterze, oparty łbem o kratkę.
Pociąg do Kołobrzegu odjeżdżał o czternastej trzydzieści. Miałam miejsce przy oknie. Tym razem żadnej muzyki w słuchawkach — tylko szum torów i pola za szybą, coraz bardziej płaskie, coraz bliżej morza.
Na pierwszej stacji po Poznaniu kupiłam w wagonie bistro kubek herbaty. Postawiłam go na stoliku, poczekałam, aż przestanie parować za mocno, i wypiłam do samego dna, zanim zdążył wystygnąć. Ludwik otworzył oko, spojrzał na mnie z transportera i znowu zasnął.
