Nie chciałem kłócić się z bratem. Naprawdę nie chciałem. Ale jak się przez osiem miesięcy płaci czynsz za dwuosobowe mieszkanie samemu, to w końcu człowiek zaczyna liczyć nie tylko złotówki, tylko coś więcej.
Nazywam się Robert Wieczorek, mam czterdzieści dwa lata, prowadzę warsztat samochodowy przy Grochowskiej w Warszawie. Mój młodszy brat, Kamil, ma trzydzieści pięć. Warsztat odziedziczyliśmy po ojcu, każdy po połowie — tak stało w testamencie, czarno na białym. Ja się tym zawsze zajmowałem, Kamil wpadał raz na jakiś czas, podpisywał papiery, kiwał głową i wychodził na piwo z kolegami.
W styczniu, kiedy skończył mu się najem mieszkania na Pradze, zaproponowałem, żeby zamieszkał u mnie. Miałem wolny pokój po wyprowadzce córki na studia we Wrocławiu. Powiedziałem: "Pomieszkaj, ogarniesz się, poszukasz czegoś swojego". On się ucieszył, przywiózł dwie walizki i psa, kundelka imieniem Budyń, który od razu zajął cały fotel w salonie i nikt go stamtąd nie ruszył przez pół roku.
Pierwszy miesiąc było normalnie. Kamil kupował jedzenie, ja płaciłem czynsz i prąd, tak się umówiliśmy. Potem zaczęło się rozjeżdżać. Najpierw powiedział, że ma przestój w zleceniach — pracuje jako elektryk, dorywczo, na fakturach — więc niech ja zapłacę za luty, on odda w marcu. Odpuściłem, brat przecież. W marcu odezwał się o inną sprawę: trzeba było kupić części do renault klienta, sześćset złotych zabrakło mu na koncie warsztatowym, pożyczyłem z prywatnych oszczędności, bo nie chciałem, żeby robota stanęła.
Tak to się ciągnęło. Czynsz, prąd, gaz, zakupy — wszystko szło z mojej karty. Kamil mówił "oddam", "za tydzień się rozliczymy", "mam klienta, jak zapłaci to ci wrzucę". Nie wrzucał. A ja się wstydziłem pytać wprost, bo brat, bo krew, bo tata by się w grobie przewrócił, gdyby zobaczył, że się kłócimy o pieniądze.
W lipcu przyszła siostra, Ewa, na obiad. Zobaczyła paragony na lodówce, wszystkie przypięte magnesem, bo zacząłem je zbierać — sam nie wiedziałem po co, chyba dla porządku, żeby mieć czarno na białym. Ewa policzyła w głowie i powiedziała: "Robert, ty od pół roku utrzymujesz dwóch dorosłych facetów plus psa". Roześmiałem się wtedy, bo zabrzmiało śmiesznie. Ale w środku coś mnie ścisnęło, bo to była prawda.
We wrześniu przyszedł klient, pan Zieliński, z reklamacją na hamulce w swoim passacie. Kamil miał to zrobić w sierpniu, ale zapomniał, bo — jak powiedział — "miał ważniejsze sprawy". Musiałem oddać robotę za darmo plus przeprosić, plus stracić dwa dni na naprawianie tego, co on spieprzył. Tego wieczoru, kiedy zamykałem warsztat, w kieszeni kurtki roboczej wciąż miałem klucz od szafki, w której trzymaliśmy z ojcem stary termos — nikt go nie używał od lat, ale zawsze tam stał, na najniższej półce, i tego dnia jakoś specjalnie mnie to wkurzyło, że nawet ten termos jest bardziej na swoim miejscu niż mój brat w tym biznesie.
Wróciłem do domu, Budyń szczekał na klatce schodowej, bo Kamil znowu zapomniał go wypuścić na spacer. Wszedłem, a on siedział na kanapie w moim fotelu, ze słuchawkami, oglądał mecz, obok pusta paczka po chipsach paprykowych — kupionych, nawiasem mówiąc, za moje pieniądze, bo to ja robiłem ostatnie zakupy.
Usiadłem naprzeciwko, wyłączyłem telewizor pilotem. Kamil zdjął słuchawki, spojrzał zdziwiony.
— Co jest?
— Osiem miesięcy — powiedziałem. — Policzyłem. Dwadzieścia dwa tysiące trzysta złotych. Czynsz, media, jedzenie, twoja część na części do samochodów, plus sześćset, których do dziś nie oddałeś.
— Robert, no przecież wiesz jak jest, klienci nie płacą na czas, ja…
— Wiem jak jest u ciebie. U mnie warsztat płaci podatki co miesiąc, niezależnie od tego czy klient zapłacił.
Milczał chwilę, potem rzucił coś w stylu, że przecież to rodzina, że nie powinienem liczyć każdej złotówki jak lichwiarz, że tata by się zdziwił, jak go słyszy.
To mnie dobiło najbardziej — że użył taty. Bo to właśnie tata, umierając, powiedział mi kiedyś w szpitalu na Banacha, przy tym cholernym pikającym monitorze, że mam pilnować, żeby Kamil "nie utopił się w byle czym", bo zawsze był rozrzutny. Powiedział to półżartem, ale ja to zapamiętałem na całe życie.
Nie krzyczałem. Wstałem, poszedłem do szuflady w kredensie, wyjąłem teczkę z dokumentami warsztatu — tę samą, w której trzymamy testament ojca, umowę spółki, wszystko. Położyłem ją na stole.
— Mamy w umowie spółki paragraf o odkupie udziałów. Chcę odkupić twoją połowę.
Kamil zamrugał, jakby nie rozumiał, o czym mówię.
— Warsztat? Chcesz mnie wywalić z własnego biznesu?
— Nie wywalam cię z niczego. Płacę ci rynkową wartość twojej połowy, zgodnie z wyceną, którą już zrobiłem u rzeczoznawcy w czerwcu. Sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych, pomniejszone o dług, który masz wobec mnie prywatnie i wobec firmy. Reszta pieniędzy z domu, dach nad głową do końca miesiąca, żebyś miał czas się urządzić.
— A jak się nie zgodzę?
— To zgodnie z paragrafem trzecim umowy mogę wystąpić o wykup przymusowy, bo od dwunastu miesięcy nie uczestniczysz w prowadzeniu działalności zgodnie z zapisanymi obowiązkami. Mecenas Kowalczyk już to sprawdził.
Widziałem, jak mu twarz się zmienia — z tego rozbawionego niedowierzania w coś bardziej spanikowanego. Zapytał, czy to na serio, czy to jakaś próba nastraszenia go. Powiedziałem, że nie mam czasu na próby, mam warsztat do prowadzenia i córkę na studiach, którą trzeba wspierać.
Podpisaliśmy dokumenty dwa tygodnie później, u notariusza przy Puławskiej. Kamil dostał przelew, wyprowadził się do kolegi na Bemowo, zabrał Budynia. Fotel w salonie wreszcie wolny.
Trzy miesiące potem zadzwonił. Powiedział, że ma nowego klienta na wymianę silnika, że mógłby wynająć u mnie stanowisko na godziny, zapłaci normalnie, fakturą. Zgodziłem się — bo dlaczego nie, jak płaci na czas i nie mieszka pod moim dachem, to jest po prostu jeszcze jeden mechanik z ulicy, z którym mogę robić interesy.
Przyszedł w piątek po południu, w kombinezonie, z własną skrzynką narzędzi. Podał mi rękę, jak klientowi. Uścisnąłem.
