Za oknem ktoś wyprowadzał psa. Co noc to samo — szczekanie, potem przerwa, potem znów krótki, urwany jazgot. Mariusz stał pośrodku kuchni, ale tak naprawdę kuchni tam nie było — aneks wciśnięty między lodówkę a ścianę, gdzie jeden człowiek mieścił się bokiem. Na blacie stał mikser. Czerwony, z pęknięciem na obudowie.
— Dwa tygodnie — powiedziała Kasia. — Potrzebuję dwóch tygodni. Znaleźć coś, spakować resztę. Rozwód i tak będzie ciągnął się miesiącami.
Trzymała filiżankę z herbatą tak mocno, że zbielały jej kłykcie na palcach. Mariusz wpatrywał się w pęknięcie na obudowie miksera, jakby dało się je jeszcze skleić.
— Przecież się rozwodzimy. To nie jest już twoje mieszkanie. Wynocha.
Nowa Huta. Osiedle Na Skarpie, szóstka w bloku, jeden pokój z wnęką na kuchnię, za oknem wał przeciwpowodziowy i ciągły szum samochodów z alei Solidarności. Do tego sąsiad z piętra niżej, który puszcza disco polo o pierwszej w nocy. Mariusz kochał to miejsce. Albo raczej kochał to, że było jego. Dwadzieścia cztery metry kwadratowe własności, dar od matki po tym, jak ojciec poszedł w tango.
Kasia odstawiła filiżankę.
— Złożyłam pozew nie dlatego, że nie szanuję twojej własności. Złożyłam, bo zmęczyło mnie życie z własnością, która nie szanuje mnie.
Za ścianą znowu pies. Ktoś krzyknął „Lolek, do nogi!". Mariusz zacisnął palce na krawędzi blatu.
— Pięknie powiedziane. A teraz bierz torbę.
Kasia westchnęła, odłożyła filiżankę do zlewu i poszła do przedpokoju. Mariusz stał w drzwiach kuchennych, patrzył, jak wyciąga z szafy sportową torbę, starą jeszcze ze studiów. Wrzuciła do niej sweter, kosmetyczkę, laptop. Potem zdjęła z półki żółtą miskę — psią, z nadgryzionym rantem.
— To nie twoje — Mariusz wskazał palcem.
— Znalezione przy śmietniku pół roku temu. Twój pies? Nie masz psa.
— Bo ty nigdy się na niego nie zgodziłeś — dodała ciszej, już od progu kuchni. — Sam to sobie przypomnij, zanim znowu powiesz „moje".
Zasunęła zamek torby i wróciła do kuchni. Złapała za kabel miksera.
— Zostaw. To mój.
— Mój. Przywiozłam go z akademika. Mam jeszcze rachunek w skrzynce mailowej, jeśli chcesz.
Mariusz zastąpił jej drogę. Pachniał potem i czymś kwaśnym. Przez chwilę stali tak blisko, że Kasia widziała jego rozszerzone nozdrza.
— Pierwsze słyszę, żeby ktoś pamiętał, skąd ma mikser.
— Bo ty tylko pamiętasz, co jest zapisane w księgach wieczystych.
Wyszła. Drzwi zamknęły się cicho, a na klatce schodowej, na półpiętrze, leżał psi bobek — nikt go nie sprzątnął od rana. Kasia przeszła nad nim i zeszła po schodach. Na dole czekał na nią sąsiad z jamnikiem. Pies podszedł, polizał ją po kostce. Roześmiała się krótko, a Mariusz, który wyjrzał przez judasza, zobaczył, jak opadają jej ramiona — po raz pierwszy od miesięcy wyglądała, jakby zdjęła z pleców coś ciężkiego.
Minął tydzień. Mariusz stracił pracę osiem tygodni wcześniej i od tamtej pory liczył każdą złotówkę — bilet ulgowy, najtańszy chleb, żadnego piwa po robocie, bo roboty nie było. Wychodził z Biedronki z siatką, w której leżały same przeceny, kiedy wpadł na Agatę, koleżankę Kasi, którą widywał może trzy razy. Stała przy przejściu dla pieszych, trzymała na smyczy dużego kundla. Pies miał sierść w rudych łatach i nosił czerwoną chustkę na szyi.
— Agata, hej. Kasia jest u ciebie?
Dziewczyna zmrużyła oczy.
— Nie. A co?
— Zabrała mikser. Mój. Muszę go odebrać.
Pies zaskomlał. Agata pociągnęła smycz.
— Mikser. Okej. Zapisz adres. Starowiślna czterdzieści trzy, drugie piętro.
Mariusz uniósł brwi.
— Starowiślna? Prawie centrum. Kto tam teraz ma pieniądze na wynajem?
Agata schowała rękę do kieszeni kurtki, a drugą wciąż trzymała smycz naciągniętą, bo pies szarpał w stronę latarni.
— Ja bym na twoim miejscu nie pytała o pieniądze, tylko o to, co jej zostawiłeś. Ale to twoja sprawa. Pojedź tam. Sam zobaczysz.
Poszła w stronę Plant, a pies obejrzał się na Mariusza i machnął ogonem tylko raz.
Następnego dnia Mariusz wybrał się na Kazimierz. Tramwajem numer sześć, bilet ulgowy — z pracy zostały mu tylko przyzwyczajenia do liczenia groszy. Wysiadł na Starowiślnej i od razu zobaczył kamienicę z odnowioną fasadą, rząd dzwonków, czystą klatkę z drewnianą poręczą. Zadzwonił. Drzwi otworzyła młoda kobieta, której nie znał. W ręku trzymała mokrą ściereczkę.
— Jestem umówiony na mikser — Mariusz uznał, że tak będzie najprościej.
Kobieta kiwnęła głową, jakby wszystko rozumiała.
— Kasia wróci za piętnaście minut. Proszę zaczekać tutaj.
Wszedł do przedpokoju. Potem do dużego pokoju z oknami na podwórze-studnię, gdzie rosła brzoza. Żadnego hałasu. Żadnych samochodów. Ciepło, podłoga z szerokich desek, pomalowana na biało. Na parapecie leżał kot — bury, z jednym uchem przyciętym. Kot obejrzał Mariusza, przeciągnął się i zamknął oczy.
Mariusz usiadł na brzegu krzesła. Rozejrzał się po pokoju — regał pełen książek, na ścianie zdjęcia psów w kubraczkach, legowisko z polaru, miska z wodą. Jego własne mieszkanie zmieściłoby się w tym jednym pokoju. I wciąż by zostało miejsce na stół.
Podszedł do okna. Na podwórzu biegał któryś z sąsiadów z bokserem, kłapiąc patykiem. W jego bloku pies był powodem awantury, tutaj — powodem do sąsiedzkiej pogawędki.
Drzwi wejściowe skrzypnęły. Kasia weszła, niosąc transporter. Postawiła go na podłodze i od razu przykucnęła, odpinając drucianą klatkę. Wybiegł z niej czarny, chudy psiak, na łapie miał świeży szew — równy, jeszcze zaczerwieniony wzdłuż cięcia.
— Cześć, Rufus. Już po wszystkim.
Podniosła głowę.
— Mariusz. Co tu robisz?
— Mikser.
Westchnęła, zdjęła kurtkę. Rufus podszedł do miski z wodą i zaczął pić. Mariusz patrzył na szew na jego łapie i nie mógł oderwać od niego oczu — dokładnie w tym miejscu, siedem lat temu, powiedział jej „nie" na pytanie o psa, a ona przez tydzień nie odzywała się przy kolacji.
— Ładne mieszkanie — powiedział w końcu.
— Dzięki. Ty też masz swoje.
Podeszła do kuchennego aneksu, wyjęła mikser z szafki i położyła na stole.
— Masz. Sprawny. Ja i tak robię teraz jedzenie dla Rufusa ręcznie, bo on nie lubi hałasu.
Mariusz wziął mikser do ręki. Z pęknięcia na obudowie dalej sączył się kurz.
— Skąd masz na to wszystko pieniądze? — zapytał.
— Pracuję w przychodni weterynaryjnej na Dajwórze. Po godzinach pomagam w schronisku. Dali mi służbowe mieszkanie na czas leczenia zwierząt. A Rufus… to mój tymczas, dopóki nie znajdzie domu.
Pies podszedł do Kasi i położył pysk na jej kolanie. Mariusz patrzył na jej dłonie gładzące sierść za uchem zwierzęcia. Na palcu nie miała już obrączki.
— Mogłaś powiedzieć wprost, że chodzi o psa — powiedział. — Przez pięć lat myślałem, że chodzi o mieszkanie, o pieniądze, o wszystko oprócz tego.
— Powiedziałam. Kilka razy. Za każdym razem słyszałam to samo słowo, które teraz przy drzwiach. „Wynocha" na psa brzmi tak samo jak na mnie, Mariusz. W końcu przestałam odróżniać, kiedy mówisz to jemu, a kiedy mnie.
Nie odpowiedział. Rufus wsadził pysk głębiej w jej dłoń, a Mariusz poczuł, że gardło robi mu się ciasne, jakby ktoś nagle zmniejszył ten duży, jasny pokój do rozmiarów jego aneksu na Skarpie.
— Wiesz, gdzie w moim mieszkaniu nie ma miejsca na psa? — odezwał się, kiedy już opanował głos.
Kasia nie odpowiedziała, tylko patrzyła, jak mówi.
— W ogóle. Bo każdy kąt jest zajęty przez rzeczy, które muszę mieć. I teraz siedzę sam w tych dwudziestu czterech metrach, i nikt, nawet pies, nie ma tam czego szukać.
Podszedł do drzwi. Kot na parapecie otworzył oczy.
— Mikser zabierasz? — spytała Kasia.
— Tak. Moja mama go dała. Na parapetówkę.
— Pamiętam. Stał jeszcze z pół roku w kartonie.
Mariusz nacisnął klamkę. Rufus zaskomlał, raz, krótko. Kasia wstała i podeszła do kontaktu, żeby zapalić lampę, bo za oknem już szarzało.
— Samą Starowiślną prosto do przystanku. Trzy minuty — powiedziała, nie odprowadzając go do drzwi.
Wyszedł na klatkę. Zamknął drzwi. Winda stała na dole. Zjechał, minął rząd starych rowerów, wyszedł na ulicę. Miał mikser pod pachą i ten przedmiot wydał mu się bardzo lekki, prawie pusty w środku. Ruszył w stronę tramwaju, ale po kilku krokach przystanął. Na rogu Starowiślnej i Brzozowej pies jakiejś staruszki obwąchiwał jego torbę. Mariusz przykucnął, odstawił torbę na chodnik. Pies polizał jego dłoń, a on nie cofnął ręki.
Wrócił do siebie po dwudziestej. Na osiedlu wiało, na klatce śmierdziało petami, a pod drzwiami jego mieszkania leżała żółta psia miska, której rano jeszcze nie było. Ktoś ją podrzucił. Może sąsiad. Może dzieci. Podniósł ją, wszedł do środka i postawił na blacie obok miksera. Patrzył na nią chwilę, jakby czekał, że coś powie. Potem odkręcił kran, nalał do miski wodę i podszedł do okna.
Za szybą huczała nocna aleja. Żadnego psa nie było słychać.
