Napiszę pełną historię po polsku, z nowymi bohaterami, w innym mieście, zachowując jedynie sedno konfliktu i rozwiązanie.
Basia z Radomia i teczka po dziadku Kazimierzu
– Ona cię nie kocha, tylko udaje – mówiła Wandzia babci Basi, wtedy jeszcze dziewięcioletniej dziewczynce, ściskając jej dłoń tak mocno, że aż bolały paznokcie. – Uśmiecha się do ciebie, a potem będzie za twoimi plecami mówiła co innego. Zapamiętaj to sobie, skarbie.
Babcia Wandzia mieszkała trzy przystanki tramwajem od nich, w kamienicy przy ulicy Żeromskiego, gdzie w windzie zawsze pachniało bigosem sąsiadki z trzeciego piętra i gdzie pękająca żarówka na klatce schodowej migała już od miesięcy, a nikt jej nie wymieniał. Basia znała tę historię o złych macochach z bajek Disneya i dlatego wierzyła babci bez zastrzeżeń. A jak nie wierzyć – babcia kochała ją tak, że pokłóciła się kiedyś z ojcem Basi na śmierć i życie, bo chciała zabrać wnuczkę do siebie na stałe.
– Wy sobie jeszcze dzieci narodzicie, a ja poza nią nikogo już nie mam na tym świecie! – krzyczała wtedy babcia przez telefon, tak głośno, że Basia słyszała każde słowo z drugiego pokoju.
Ojciec, Marek, odpowiadał równie ostro:
– To moja córka, mamo, nie pani! Ja Kasię kochałem może bardziej, niż pani myśli. Nikomu Basi nie oddam, a Ewelina ją kocha jak własną. Pamięta pani, jak Basia zaczęła mówić do niej "mamo", a pani zabroniła? Po co pozbawiać jedyną wnuczkę normalnej rodziny?
Narodziny brata były dla Basi ciosem, na który mimo wszystkich ostrzeżeń babci wcale nie była gotowa. Widziała, jak ojciec z ostrożnością trzyma na rękach wrzeszczącego noworodka, jak Ewelina uśmiecha się do chłopca, choć ten nawet nie potrafi jeszcze skupić na niej wzroku – i coś w piersi dziewczynki się urwało. W mieszkaniu pojawiły się nowe zapachy: mleka i zasypki, od których Basię mdliło.
– A nie mówiłam – szeptała babcia Wandzia, przyjechawszy niby "pomóc" przy niemowlaku, a naprawdę żeby siedzieć w kuchni i pić herbatę z cytryną, komentując wszystko dookoła. – Widzisz? Teraz mają swoje, rodzone. I do tego chłopak, dziedzic. A ty jesteś teraz jak odcięta gałąź.
Basia milczała, wpatrując się w jeden punkt na obrusie. Miała ochotę zatkać uszy, ale słowa babci i tak wsiąkały w samo dno jej małego serca, sprawiając ból i jednocześnie dziwną radość – bo babcia zawsze miała rację, a babcia kochała Basię, nie tego strasznego, bezzębnego chłopczyka.
– Macosze teraz nie będzie do ciebie – ciągnęła babcia. – Teraz to ona się popisuje przed twoim ojcem, ale poczekaj trochę, będziesz u niej na posyłki. "Basiu, podaj", "Basiu, przynieś", "Basiu, pobaw się z braciszkiem, bo muszę odpocząć". A jego będzie całować i głaskać, a na ciebie tylko krzyczeć.
I rzeczywiście, Basia zaczęła zauważać, że Ewelina rzadziej poprawia jej czapkę i nie zawsze pyta, jak było w szkole, za to coraz więcej czasu spędza przy małym Antku. Prosiła jeszcze, żeby podać pieluchę, potrzymać ręcznik, nie hałasować, bo Antek śpi.
Pewnego wieczoru Basia szła do kuchni po jabłko i mijając łazienkę, zobaczyła, jak Ewelina, pochylona nad wanienką, kąpie małego Antka. Chłopiec śmiesznie machał nóżkami i puszczał bąbelki, a Ewelina uśmiechała się do niego tak ciepło, jak Basi się zdawało, nigdy nie uśmiechała się do niej.
– Ewelina, mogę iść na dwór? – zapytała Basia, patrząc na nią z wyzwaniem w oczach.
– Jasne, tylko niedługo, bo już się ściemnia. I weź cieplejszą kurtkę – odpowiedziała macocha, nie odwracając się, próbując utrzymać śliskiego niemowlaka.
– To nie ty decydujesz! – wykrzyknęła nagle Basia. – Nie jesteś moją mamą!
Ewelina znieruchomiała. Woda spływała jej z rąk prosto na kafelki. Odwróciła się powoli, a Basia zobaczyła w jej oczach taką bezradność i taki żal, że zrobiło się jej trochę wstyd. Ale głos babci w głowie natychmiast zagłuszył to uczucie: "Ona udaje!".
– Basiu, co się stało? – zapytała cicho Ewelina.
– Nic! – warknęła dziewczynka. – Po prostu nie udawaj, że cię to obchodzi! Masz teraz swoje dziecko, to je wychowuj! A do mnie się nie wtrącaj!
Na korytarz wyszedł ojciec, zwabiony hałasem.
– Co tu się dzieje? – zapytał surowo.
– Ona się mnie czepia, na dwór nie chce puścić – wypaliła Basia. – Chce, żebym jej po domu pomagała, a ona sobie z Antkiem będzie siedziała.
– Ewelina, to prawda? – Marek przeniósł wzrok na żonę.
Ewelina przytulała do siebie Antka i patrzyła na męża z takim żalem, że Basia nagle zrozumiała – dorośli zaraz zaczną się kłócić przez nią, i zrobiło się jej z tego powodu paskudnie. Ale zatrzymać się nie umiała.
Następnego dnia babcia oczywiście wszystko już wiedziała. Basia sama do niej przyjechała autobusem, szukając wsparcia i pochwały.
– Tak trzymaj! Pokazuj im pazurki, bo inaczej cię zjedzą razem z butami. A macosze tylko daj wolną rękę, ona cię szybko w służącą zamieni. Ty trzymaj się ojca. Płacz przy nim, mów, że ci źle w domu, że macocha cię krzywdzi. Niech wybiera: albo ty, albo ona. – Babcia poklepała miejsce obok siebie na kanapie. – Chodź no tu, coś ci pokażę.
Basia usiadła obok. Babcia otworzyła stary album na stronie z wyblakłymi zdjęciami. Na jednym stała młoda kobieta o okrągłej twarzy i ogromnych, roześmianych oczach.
– To twoja mama – szepnęła babcia Wandzia.
– Jest podobna do mnie – powiedziała cicho Basia.
– Podobna. Bardzo podobna. Tu miała siedemnaście lat. Widzisz, jak jej z oczu bije radość? Pamiętam ten dzień. Właśnie mi powiedziała, że była w kinie z chłopakiem – pierwszy raz w życiu. I zbeształam ją, wyobrażasz sobie? Jak śmiała, przecież ma lekcje, nie ma czasu na chłopaków.
Babcia westchnęła.
– A ona i tak poszła. A to – przewróciła stronę – to już z twoim ojcem. Widzisz, jak na siebie patrzą? Byłam z początku przeciwna – za młodzi, bez wykształcenia… Ale i tak za niego wyszła. I wiesz, nie miałam racji. Marek kochał ją tak… – głos babci zadrżał. – Może właśnie w tym cała bieda.
– W czym bieda? – nie zrozumiała Basia.
Babcia zamknęła oczy.
– Kiedy kochasz kogoś tak mocno, kiedy ten ktoś jest całym twoim światem – powiedziała powoli, jakby wyduszając słowa z siebie – to stracić go… to jak zdarcie skóry. Marek powiedział mi potem, że nie wie, jak żyć dalej. A ja pomyślałam – przecież to moje dziecko, moja Kasia. Jak ja będę żyła?
Basia zamarła. Nigdy nie słyszała, żeby babcia mówiła o bólu. Babcia zawsze była silna, pewna siebie, wiedziała, co słuszne, a co nie. Zachciało się jej pocieszyć babcię, pożałować. I wiedziała, co ją ucieszy – gdyby Basia zamieszkała u niej na stałe.
Minęło kilka dni. Basia demonstracyjnie omijała Antka szerokim łukiem, była opryskliwa dla Eweliny i ignorowała jej prośby. Tego wieczoru Ewelina zajmowała się domem – pranie, sprzątanie, obiad na jutro. Antek był kapryśny cały dzień, prawie w ogóle nie spał i wisiał jej na rękach, więc gdy w końcu udało się go uśpić, zabrała się za wszystko naraz.
Basia tymczasem nie mogła sobie poradzić z zadaniem domowym z matematyki.
– Ewelina, pomóż mi z zadaniami!
– Nie teraz, Basiu. Muszę obiad zrobić, a jeszcze prania nie rozwiesiłam…
– No nie wychodzi mi! – przerwała Basia. – Obiecałaś, że będziesz mi pomagać!
– Basiu, prosiłam cię pół godziny temu, żebyś pomogła mi z praniem. Odmówiłaś. Więc sama będę musiała je rozwiesić, poczekasz.
– To nie moje pranie, tylko Antka, czemu ja mam je rozwieszać?
– Bo to twój brat. I dlatego, że jesteśmy rodziną, wszyscy mieszkamy w tym domu i…
– Żadna to rodzina! – krzyknęła Basia, wyrywając zeszyt spod ręki Eweliny, tak że kubek z herbatą przewrócił się na obrus. – To ty się wcisnęłaś do naszego domu! Babcia mówi, że tylko udajesz, że mnie kochasz, a naprawdę czekasz, żeby mnie stąd wyrzucić!
Ewelina odłożyła klamerkę do bielizny na parapet. W kuchni zrobiło się cicho na tyle, że słychać było kapiący z kranu strumień wody – od dawna nie działała podkładka uszczelniająca, Marek wciąż obiecywał ją wymienić.
– Kto ci to powiedział? – zapytała Ewelina powoli.
– Nieważne kto! To prawda!
Wtedy do kuchni wszedł Marek, w dłoni trzymał telefon – właśnie skończył rozmowę z klientem, bo prowadził mały warsztat samochodowy przy ulicy Krakowskiej i nawet wieczorami odbierał telefony w sprawie zamówień części. Zobaczył przewróconą herbatę, córkę z zaciśniętymi pięściami i żonę, która stała nieruchomo z ręcznikiem w dłoniach.
– Basiu, co ty wygadujesz?
– To prawda, tato! Babcia mówi, że ona tylko czeka, aż mnie stąd wykurzy, żeby wszystko zostało dla Antka!
Marek spojrzał na Ewelinę, potem na córkę.
– Basiu, idź do swojego pokoju. Porozmawiamy, jak się uspokoisz.
Dziewczynka wybiegła, trzaskając drzwiami tak, że w kredensie zadzwoniły szklanki.
Tej nocy Marek pojechał do matki. Wandzia otworzyła mu w szlafroku, z papilotami we włosach, zaskoczona wizytą o dziesiątej wieczorem.
– Mamo, co ty wygadujesz mojej córce? – zapytał od progu, nawet nie zdejmując butów.
– Prawdę jej mówię! Że macocha to macocha, choćby się nie wiem jak starała!
– Ewelina wychowuje Basię od czterech lat! Od kiedy dziewczynka miała pięć lat! A ty jej wmawiasz, że ta kobieta czyha, żeby ją skrzywdzić!
– Bo tak jest! Zobaczysz, jak podrośnie ten twój Antek, to Basia będzie zbędna!
– Mamo. – Marek usiadł na taborecie w przedpokoju, bo nagle zabrakło mu sił, żeby stać. – Ty straciłaś córkę. Wiem, jak to boli, bo sam prawie się nie pozbierałem po śmierci Kasi. Ale ty teraz odbierasz mi drugą córkę. Robisz z niej dziecko, które nienawidzi kobiety opiekującej się nim codziennie, bo ty nie umiesz pogodzić się, że życie poszło dalej.
Wandzia usiadła na krześle, jakby nogi jej się ugięły.
– Ja tylko nie chcę, żeby o Kasi zapomnieli – powiedziała cicho.
– Nikt o niej nie zapomina. Basia nosi jej pierścionek na łańcuszku, codziennie. Ale ty zabierasz jej matkę, którą ma tu i teraz, w imię tej, której już nie ma.
Kiedy Marek wrócił do domu, w kuchni paliło się jeszcze światło. Ewelina siedziała przy stole, przed nią leżała nierozwieszona pościel, złożona w niedbały stos.
– Rozmawiałam z nią – powiedziała, zanim zdążył się odezwać. – Z Basią. Powiedziała mi, że babcia pokazała jej album ze zdjęciami Kasi.
– Wiem, gdzie byłem.
– Marek, ja rozumiem, że dla niej Kasia to skarb, jedyna pamiątka po córce. Ale ja nie chcę wychowywać dziecka, które mnie nienawidzi tylko dlatego, że jestem sobą, a nie kimś innym.
Trzy dni później Basia siedziała u babci, czekając na kolejną porcję opowieści o mamie, kiedy zamiast tego zastała w mieszkaniu ojca. Marek trzymał w ręku szarą teczkę z dokumentami – testament dziadka Kazimierza, ojca Wandzi, zmarłego dwa lata wcześniej, w którym część kamienicy przy Żeromskiego, mieszkanie dwupokojowe warte około trzystu pięćdziesięciu tysięcy złotych, było zapisane wnuczce Basi, do wykorzystania po osiągnięciu pełnoletności.
– Mamo, przyszedłem po dokumenty spadkowe – powiedział Marek. – Chcę je przekazać do depozytu notarialnego, żeby nikt nie mógł ich później podważyć ani zmienić warunków. Ustawiam pełnomocnictwo tak, że dysponować mieszkaniem będzie mogła wyłącznie Basia, gdy skończy osiemnaście lat. Nie ty, nie ja.
– Po co to robisz? Przecież i tak jej to zostawię.
– Bo boję się, mamo, że zamienisz to dziedzictwo w kolejny argument. Że powiesz jej: widzisz, tylko ja o tobie myślę, tylko u mnie masz przyszłość. A ja nie chcę, żeby moja córka dorastała, sądząc, że miłość mierzy się w metrach kwadratowych i w tym, kto komu bardziej niedowierza.
Basia, siedząca w progu pokoju, patrzyła to na ojca, to na babcię. Nikt jeszcze nie powiedział jej o mieszkaniu wprost, ale teraz wszystko zaczęło się układać: dlaczego babcia tak bardzo chciała, żeby Basia mieszkała u niej, dlaczego tak nienawidziła Eweliny, dlaczego z takim uporem wracała do zdjęć mamy.
– Babciu – powiedziała cicho Basia. – Ty naprawdę myślałaś, że jak ja przeniosę się do ciebie, to to mieszkanie zostanie u nas w rodzinie? Że Ewelina go nie dostanie?
Wandzia otworzyła usta, ale nic z nich nie wyszło.
Marek podszedł do niej i podał teczkę z powrotem.
– Trzymaj to, mamo, na razie u siebie. Ale ja jutro idę z Basią do notariusza przy ulicy Żwirki i Wigury, i zapiszemy sprawę tak, żeby nikt – ani ty, ani ja, ani Ewelina – nie mógł tym rozporządzać poza Basią. Ona sama zdecyduje, gdy dorośnie. A do tego czasu przestań jej wmawiać, że macocha czyha na jej spadek. Bo Ewelina o niego nawet nie pytała.
Wieczorem, już w domu, Basia usiadła w kuchni, gdzie Ewelina wyjmowała pranie z suszarki. Antek spał w bujaczku obok, cicho pochrapując.
– Przepraszam za to, co powiedziałam wcześniej – wyrwało się dziewczynce, zanim zdążyła się zastanowić.
Ewelina odłożyła koszulkę na stos i usiadła naprzeciwko.
– Wiesz, ja nigdy nie chciałam zabrać ci taty. Ani tego mieszkania po dziadku Kazimierzu, o którym zresztą dowiedziałam się dopiero dzisiaj. Chciałam tylko, żebyśmy razem jakoś to wszystko poukładali.
Miesiąc później, w kancelarii notarialnej przy Żwirki i Wigury, Marek podpisał akt notarialny ustanawiający Basię jedyną beneficjentką mieszkania, z zapisem, że prawo do dysponowania nim przechodzi na nią automatycznie w dniu osiemnastych urodzin, bez konieczności zgody kogokolwiek innego. Basia trzymała w rękach kopię aktu, patrząc na swoje nazwisko wydrukowane pod paragrafem.
Wandzia na to spotkanie nie przyszła. Zamiast tego, dwa tygodnie później, zadzwoniła do syna i zapytała, czy może przyjść w niedzielę na obiad – tak po prostu, bez zdjęć, bez albumów, bez teczek.
Basia otworzyła jej drzwi. W progu stała babcia z bukietem chryzantem, niepewna, czy ma prawo wejść.
– Antek śpi, ale zaraz się obudzi – powiedziała dziewczynka. – Chcesz go zobaczyć?
