Kiedy zachorował mój mąż, jego rodzina dzwoniła do mnie bez przerwy. Kiedy ja dostałam prawie czterdziestu stopni gorączki, on spakował termos i pojechał na ryby.

Kiedy zachorował mój mąż, jego rodzina dzwoniła do mnie bez przerwy. Kiedy ja dostałam prawie czterdziestu stopni gorączki, on spakował termos i pojechał na ryby.

Termometr zapiszczał cicho, ale dla Anny ten dźwięk zabrzmiał jak alarm.

Podniosła rękę z ogromnym wysiłkiem i spojrzała na wyświetlacz.

39,2.

Cyfry przez chwilę falowały jej przed oczami. Miała wrażenie, że całe ciało płonie, choć jednocześnie trzęsła się z zimna pod grubą kołdrą. Gardło bolało ją przy każdym przełknięciu, a skronie pulsowały tak mocno, jakby ktoś uderzał w nie młotkiem.

Leżała sama w sypialni, w mieszkaniu na jednym z krakowskich osiedli, i nagle przypomniała sobie zeszłą jesień.

Wtedy zachorował jej mąż, Paweł.

Miał 37,5.

Anna pamiętała dokładnie, jak wszedł do domu, rzucił torbę w przedpokoju i oznajmił ponurym głosem:

— Coś mnie bierze.

Po dziesięciu minutach leżał już w łóżku, przykryty dwoma kocami. Na szafce stała herbata z miodem, obok witaminy, tabletki na gardło i chusteczki.

— Anka, dotknij mnie w czoło — poprosił z zamkniętymi oczami. — Jestem cały rozpalony.

— Masz trzydzieści siedem i pół.

— U mnie to dużo. Wiesz, że ja zwykle mam niższą temperaturę.

Potem poprosił o rosół.

Później o sok malinowy.

Następnie o chłodny okład.

Wieczorem uznał, że potrzebuje inhalacji, choć nie miał nawet kataru.

Anna nie protestowała.

Napisała do przełożonej, że następnego dnia będzie pracować z domu. Ugotowała zupę, poszła do apteki, rozwiesiła pranie i kilka razy w nocy wstawała sprawdzić, czy Paweł śpi spokojnie.

Najbardziej męczące były jednak telefony od jego rodziny.

Pierwsza zadzwoniła teściowa.

— Aniu, pilnuj, żeby Paweł dużo pił. On od dziecka ciężko przechodzi infekcje.

Pół godziny później odezwała się jego siostra.

— Zrobiłaś mu coś lekkiego do jedzenia? Nie dawaj mu nic smażonego.

Wieczorem teściowa zadzwoniła ponownie.

— A mierzyłaś mu temperaturę? Nie zostawiaj go samego. Przy gorączce różne rzeczy mogą się wydarzyć.

Przez trzy dni wszyscy traktowali Pawła jak człowieka walczącego o życie.

Kiedy wyzdrowiał, opowiadał znajomym, że „rozłożyło go na dobre”.

Anna tylko się uśmiechała.

Wtedy jeszcze nie wiedziała, że pół roku później przypomni sobie każdą godzinę tamtej opieki.


W piątek rano czuła jedynie lekkie drapanie w gardle.

Mimo to poszła do pracy. W dziale księgowości zbliżało się zamknięcie miesiąca i nie chciała zostawiać koleżanek z całym stosem dokumentów.

Po południu zaczęła marznąć.

Później pojawiły się zawroty głowy.

Do domu wróciła autobusem, stojąc niemal całą drogę, bo wszystkie miejsca były zajęte. Gdy wreszcie weszła do mieszkania, nie miała siły nawet zdjąć swetra. Położyła się na łóżku i zasnęła.

Obudził ją trzask drzwi wejściowych.

Paweł wrócił z pracy.

Usłyszała, jak zdejmuje buty, otwiera lodówkę i przesuwa talerze na kuchennym blacie.

Po chwili zawołał:

— Anka, co jest na kolację?

Nie odpowiedziała.

Drzwi sypialni otworzyły się gwałtownie. Jasne światło z przedpokoju wpadło do pokoju i zabolało ją w oczy.

— Śpisz? — zapytał Paweł z wyraźnym zdziwieniem.

Anna poruszyła spękanymi ustami.

— Jestem chora. Mam ponad trzydzieści dziewięć.

Mąż spojrzał na nią, ale nie podszedł bliżej.

— Rano wyglądałaś normalnie.

— Pogorszyło mi się w pracy. Przyniesiesz mi wodę? I leki z szafki w kuchni?

Paweł westchnął.

Nie ze strachu.

Ze zniecierpliwienia.

— Naprawdę nie mogłaś zadbać o siebie wcześniej? Przecież czułaś, że coś cię bierze.

Anna przez chwilę nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

— Nie mam siły wstać.

— Dobrze, zaraz.

Wyszedł.

Minęło dziesięć minut.

Potem dwadzieścia.

Wody nie przyniósł.

Zamiast tego rozległ się dzwonek domofonu. Paweł zamówił kebab i frytki. Zapach jedzenia rozszedł się po mieszkaniu, a Annie zrobiło się niedobrze.

Słyszała, jak mąż włączył telewizor.

Śmiał się z jakiegoś programu.

Później rozmawiał przez telefon z kolegą.

— Tak, jutro aktualne. O szóstej wyjeżdżamy. Podobno szczupak dobrze bierze.

Anna leżała w ciemności i czekała, aż przypomni sobie o szklance wody.

Nie przypomniał.

Po północy sama doczołgała się do kuchni, podpierając się o ścianę. Nalała wodę do kubka, połykając tabletki drżącymi rękami.

Paweł już spał.


W sobotę obudził ją odgłos zamykanych szuflad.

Była szósta rano.

Paweł chodził po mieszkaniu energicznym krokiem. Przygotowywał kanapki, nalewał kawę do termosu i sprawdzał przynęty.

Kiedy wszedł do sypialni, miał na sobie ciepłą kurtkę, czapkę i gumowe buty.

— Jedziesz? — zapytała Anna.

— No przecież mówiłem. Z Robertem i Maćkiem na zalew.

— Paweł, ja nadal mam gorączkę. Prawie nie spałam. Zostań dziś ze mną.

Mąż skrzywił się.

— I co będę robił? Siedział przy łóżku?

— Możesz pojechać ze mną do lekarza. Albo chociaż kupić leki. Źle mi się oddycha.

— Nie panikuj. Każdy czasem choruje.

— Kiedy ty miałeś trzydzieści siedem i pół, wzięłam wolne.

Paweł prychnął.

— Znowu będziemy to wyciągać? Przecież cię o to nie prosiłem.

Anna spojrzała mu prosto w oczy.

— Prosiłeś o rosół, inhalację, trzy rodzaje tabletek i okład na czoło.

— No dobrze, ale to było co innego. Ja naprawdę źle znoszę temperaturę.

Te słowa zabolały ją bardziej niż ból gardła.

— A ja dobrze ją znoszę?

Paweł poprawił pasek torby.

— Rozmawiałem z mamą. Powiedziała, żebym lepiej wyszedł z domu, bo jeszcze się zarażę. W poniedziałek mam ważne spotkanie. Nie mogę być chory.

Anna patrzyła na niego w milczeniu.

— Zadzwoń, gdyby coś się działo — dodał już przy drzwiach. — Tylko nad wodą może nie być zasięgu.

Chwilę później usłyszała przekręcany klucz.

Została sama.


Około ósmej próbowała wstać do łazienki.

Zrobiła kilka kroków i osunęła się na podłogę.

Nie wiedziała, jak długo tak siedziała. Może minutę, a może dziesięć. W końcu sięgnęła po telefon.

Najpierw zadzwoniła do Pawła.

Nie odebrał.

Spróbowała jeszcze raz.

Potem trzeci.

Bez skutku.

Na ekranie pojawiła się wiadomość:

„Jestem na łódce. Oddzwonię później”.

Anna długo patrzyła na te słowa.

Następnie wybrała numer swojej młodszej siostry, Magdy.

— Anka? — odezwała się zaspanym głosem.

— Nie mogę oddychać — wyszeptała Anna.

Magda natychmiast się obudziła.

— Gdzie jest Paweł?

Anna zamknęła oczy.

— Na rybach.

Po dwudziestu minutach siostra była już w mieszkaniu. Gdy zobaczyła Annę opartą o ścianę, bladą, drżącą i z sinymi ustami, nie zadawała więcej pytań.

Wezwała pogotowie.

W szpitalu okazało się, że Anna ma zapalenie płuc i silne odwodnienie.

Lekarka spojrzała na wyniki, a potem zapytała:

— Kto jest z panią?

— Siostra.

— A mąż?

Anna odwróciła głowę w stronę okna.

— Wyjechał.

Lekarka niczego nie skomentowała. Jedynie poprawiła kroplówkę i powiedziała:

— Dobrze, że siostra przyjechała. Sama mogłaby pani sobie nie poradzić.


Paweł wrócił późnym wieczorem.

Był zadowolony. Zrobił zdjęcia nad wodą, złowił dwa spore okonie i kupił po drodze piwo.

Dopiero wtedy zobaczył nieodebrane połączenia.

Zadzwonił do Anny.

Nie odebrała.

Potem zadzwonił do Magdy.

— Gdzie jest Anka?

— W szpitalu.

Zapadła cisza.

— Jak to w szpitalu?

— Normalnie. Pogotowie ją zabrało. Ma zapalenie płuc.

— Przecież rano mówiła, że ma grypę.

— Ona nie mówiła, że ma grypę. To ty uznałeś, że ma grypę, bo bardziej interesował cię wyjazd.

Paweł podniósł głos.

— Nie wiedziałem, że jest aż tak źle.

— Wiedziałeś, że ma prawie czterdzieści stopni i problemy z oddychaniem.

— Magda, nie rób ze mnie potwora.

— Nie muszę. Sam się pokazałeś.

Rozłączyła się.


Następnego dnia Paweł przyjechał do szpitala z kwiatami i reklamówką pełną owoców.

Anna nie pozwoliła mu wejść na salę.

Napisał wiadomość:

„Przesadzasz. Popełniłem błąd, ale chyba nie przekreślisz naszego małżeństwa przez jeden wyjazd”.

Przeczytała ją kilka razy.

Potem odpowiedziała:

„To nie był jeden wyjazd. To był moment, w którym zrozumiałam, że w tym małżeństwie jestem potrzebna tylko wtedy, kiedy coś robię dla ciebie”.

Paweł dzwonił.

Przepraszał.

Tłumaczył, że koledzy czekali.

Że wyprawę planowali od dawna.

Że nie rozumiał, jak poważny jest jej stan.

Że matka powiedziała mu, żeby jechał.

Anna słuchała tych wyjaśnień i po raz pierwszy zauważyła, że w żadnym z nich nie było prawdziwej odpowiedzialności.

Zawsze winni byli koledzy.

Plan.

Jego matka.

Brak wiedzy.

Nieszczęśliwy zbieg okoliczności.

Nigdy on.


Po tygodniu Anna wróciła ze szpitala.

Paweł czekał w mieszkaniu z ugotowaną zupą. Posprzątał, kupił lekarstwa i położył świeżą pościel.

Kiedy weszła, uśmiechnął się niepewnie.

— Widzisz? Potrafię się tobą zająć.

Anna zdjęła płaszcz i usiadła przy stole.

— Teraz potrafisz, bo boisz się, że odejdę.

— Nie bądź niesprawiedliwa.

— Niesprawiedliwa? — spojrzała na niego spokojnie. — Ja prosiłam cię o szklankę wody. Nie o poświęcenie życia. Nie o wielką ofiarę. O wodę. A ty zamówiłeś sobie kolację i poszedłeś spać.

Paweł opuścił wzrok.

— Przeprosiłem.

— Tak. Ale przeprosiny nie zmieniają tego, kim byłeś wtedy, kiedy naprawdę cię potrzebowałam.

— To co teraz? Chcesz rozwodu?

Anna milczała przez chwilę.

Jeszcze kilka dni wcześniej bała się samej myśli o rozstaniu. Bała się samotności, zmiany, komentarzy rodziny i zaczynania od początku.

Ale kiedy leżała pod kroplówką, zrozumiała coś ważnego.

Samotność nie zawsze oznacza brak człowieka obok.

Czasem najbardziej samotnym jest się właśnie wtedy, gdy ktoś śpi metr od ciebie i nie chce wstać po szklankę wody.

— Tak — odpowiedziała. — Chcę rozwodu.

Paweł pobladł.

— Przez chorobę?

— Nie. Choroba niczego nie zniszczyła. Ona tylko pokazała prawdę.


Kilka miesięcy później Anna wynajęła niewielkie mieszkanie bliżej pracy.

Nie było w nim dużej sypialni ani balkonu, który tak lubiła. Za to panowała tam cisza, w której nikt nie miał do niej pretensji o brak obiadu.

Pewnego jesiennego wieczoru zadzwoniła Magda.

— Jak się czujesz?

— Trochę boli mnie gardło.

— Przyjechać?

Anna uśmiechnęła się.

— Nie trzeba. Mam herbatę, leki i wszystko pod kontrolą.

Po kilku minutach ktoś zapukał do drzwi.

Na wycieraczce stała papierowa torba. W środku był rosół, cytryny, miód i kartka od siostry:

„Wiem, że dasz sobie radę sama. Ale nie zawsze musisz”.

Anna usiadła na podłodze w przedpokoju i rozpłakała się.

Nie z bólu.

Z ulgi.

Bo pierwszy raz od bardzo dawna ktoś zatroszczył się o nią bez proszenia, bez wyrzutów i bez oczekiwania czegoś w zamian.

Wtedy zrozumiała, że miłość nie objawia się w wielkich przemowach, drogich prezentach ani zdjęciach z wakacji.

Miłość najczęściej wygląda niepozornie.

Czasem jest telefonem odebranym o szóstej rano.

Czasem dłonią przyłożoną do rozpalonego czoła.

Czasem miską rosołu postawioną pod drzwiami.

A czasem zwykłą szklanką wody, po którą ktoś idzie bez westchnienia, gdy ty nie masz już siły wstać.

Paweł pojechał wtedy łowić ryby.

Anna została sama i omal nie straciła zdrowia.

Ale właśnie tamtego dnia, w gorączce i ciszy pustego mieszkania, po raz pierwszy uratowała coś znacznie ważniejszego.

Samą siebie.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: