Ballada z Podola

Miał trzydzieści sześć lat i cały świat leżał u jego stóp, choć sam ledwo już wiedział, po co codziennie wstaje.

Nazywał się Bartłomiej Kord — pianista, o którym szeptano w salonach Warszawy, którego oklaskiwano w Wiedniu i Petersburgu. Krążyły o nim legendy, jedni twierdzili, że gra na dwóch fortepianach naraz, inni — że pod tym nazwiskiem występuje kilku różnych muzyków, bo jeden człowiek nie mógłby mieć tylu rąk i tylu pomysłów. Za tym blaskiem, za owacjami i niekończącymi się hotelami, kryło się coś, czego nie dało się wyleczyć dobrą kawą ani nocą snu — po koncertach jadał kolację sam, patrząc, jak stygnie zupa, bo za drzwiami czekał tylko kolejny bagaż do spakowania.

Koncert w auli Uniwersytetu Kijowskiego miał być kolejnym punktem trasy — jednym z dziesiątek, po którym następny pociąg, następne miasto, następny hotel pachnący cudzą pościelą. Ale to właśnie tam zwykły wieczór zamienił się w coś, czego Kord się nie spodziewał.

Kiedy ostatni akord ucichł, do wykończonego muzyka podszedł jego sekretarz, Paweł Rogacz, wciąż z biletem w dłoni, jakby sam nie wierzył w to, co trzyma.

— Ta dama z drugiego rzędu. Kupiła zwykły bilet za rubla. Zapłaciła sto.

Koncert był charytatywny, cały dochód szedł na miejscowy sierociniec, więc Kord odstawił filiżankę, którą właśnie podniósł do ust, i kazał sekretarzowi koniecznie ustalić, kim jest ta kobieta.

Nazywała się Karolina Wittgenstein z domu Iwanowska, mieszkała w majątku Woroniwka na Podolu. Pochodziła z zamożnej rodziny ziemiańskiej, ale w jej życiu od dawna nie było nic z bajki. W młodości wydano ją za księcia Mikołaja Wittgensteina — nie z miłości, tylko po to, żeby połączyć majątek Iwanowskich z tytułem starego rodu. Wychowywała córkę, ośmioletnią Anielę, w zimnym przepychu i grała po nocach na fortepianie, kiedy dom już spał, bo to było jedyne, co jeszcze naprawdę do niej należało.

Sekretarz wrócił z wiadomością, że przy wyjściu czeka powóz księżnej. Kord wsiadł, nie wiedząc jeszcze, że ta jazda zmieni całe jego dalsze życie.

Karolina nie olśniewała urodą. Miała na sobie ciemną suknię bez ozdób, dłonie trzymała splecione na kolanach, jakby się pilnowała, żeby nie gestykulować za bardzo. Ale kiedy zaczęła mówić, powiedziała wprost, bez owijania w bawełnę, że w jego mazurku usłyszała frazę, którą sama próbowała rozpisać na fortepian od trzech lat, i nigdy jej nie skończyła. Rozmawiali do rana. Za oknem powozu, na wyboistej drodze, skrzypiały resory przy każdym kamieniu, mijały ich wozy z sianem, a on słuchał kobiety, która o Chopinie i teologii mówiła z tą samą swobodą, z jaką inni mówią o pogodzie.

Jesienią 1847 roku przyjechał do Woroniwki. Brama majątku skrzypiała, jakby od lat nikt jej nie oliwił, w powietrzu wisiał zapach mokrej trawy po deszczu. Siedzieli tego wieczoru w bibliotece, przy jednej świecy, która się paliła i paliła, aż ledwie została z niej kałuża wosku na spodku.

— Grasz cudze nuty na kolejnej scenie i nazywasz to talentem — powiedziała Karolina, nie odrywając wzroku od książki, którą trzymała na kolanach nieotwartą. — A twój prawdziwy talent leży gdzie indziej. W tym, żebyś pisał własną muzykę.

Nie odpowiedział od razu. Wstał, podszedł do okna, popatrzył w ciemność, gdzie nie było widać nic prócz zarysu stodoły. Kijowskie występy zostały ostatnimi w jego karierze pianisty estradowego.

W Woroniwce, otoczony podolskim folklorem, skomponował całą serię utworów — w tym „Balladę ukraińską" i „Dumkę" opartą na motywach ludowych pieśni. Pisał po nocach, a Karolina siadała obok z książką, nie odzywając się, żeby mu nie przeszkadzać, tylko od czasu do czasu dokładała drew do pieca. Aniela czasem zaglądała do biblioteki w nocnej koszuli, bo słyszała fortepian przez ścianę, i Kord przerywał na chwilę, żeby nauczyć ją prostej melodyjki jedną ręką, zanim niania zdążyła zabrać ją z powrotem do łóżka.

Pierwszy cios przyszedł wiosną. List, który Karolina napisała do siostry, opisując swoje plany wyjazdu, nie dotarł na miejsce — przechwycił go zarządca majątku, człowiek księcia Mikołaja. Kiedy Karolina zażądała wyjaśnień, mąż sam przyjechał do Woroniwki.

Stanął w progu biblioteki w błotnistych butach, nie zdejmując płaszcza.

— Wiem o twoim muzyku — powiedział. — I wiem, że myślisz o rozwodzie. Otóż nie będzie żadnego rozwodu. Kościół tego nie pozwoli, a ja się o to postaram.

— To moje życie, Mikołaju.

— To jest moja córka — odpowiedział, wskazując głową w stronę schodów, gdzie akurat przemknął cień Anieli, która najwyraźniej podsłuchiwała z półpiętra. — I mój majątek, który wniosłaś w małżeństwo. Jedno i drugie zostanie tutaj, jeśli spróbujesz wyjechać. Możesz jechać ze swoim pianistą choćby na koniec świata, ale sama, bez niczego, co teraz masz.

Wyszedł, nie czekając na odpowiedź. Karolina jeszcze długo stała przy oknie, aż knot świecy zaczął kopcić, a potem usiadła przy biurku i napisała list do biskupa — pierwszy z kilkunastu, jakie miała napisać w najbliższych latach, i żaden z nich nie przyniósł odpowiedzi, jakiej oczekiwała.

Przez cały rok 1847 i na początku kolejnego trwała ta cicha wojna na papierze. Petersburski konsystorz odrzucił prośbę o unieważnienie małżeństwa. Rodzina Wittgensteinów, nie chcąc stracić dochodów z majątków Iwanowskich, naciskała na kolejnych urzędników. W lutym 1848 roku przyszedł list od Anieli, pisany wyraźnie pod czyjąś dyktą — litery równe, jakby przepisywane z wzoru — w którym dziewczynka pytała, dlaczego matka chce zniszczyć rodzinę.

Karolina przeczytała ten list trzy razy, złożyła go w kostkę tak małą, że ledwo mieściła się w dłoni, i tego samego wieczoru posłała po Korda.

— Jeśli zostanę, stracę ciebie i wszystko, w co zaczęłam wierzyć — powiedziała mu, kiedy usiadł naprzeciwko przy stole, na którym stała nietknięta kolacja. — Jeśli wyjadę, mogę stracić córkę na zawsze. Kościół mi tego nie daruje, mąż też nie.

— A czego chcesz ty? — zapytał.

Milczała długo, wystarczająco długo, żeby świeca zdążyła się wypalić o centymetr niżej.

— Chcę wreszcie żyć tak, jakby to było moje życie, a nie czyjś kontrakt. Ale nie pojadę bez niej.

Przez trzy tygodnie pisała do siostry męża, jedynej osoby w rodzinie, która czasem odpowiadała na jej listy, błagając, żeby choć na wiosnę przywiozła Anielę w odwiedziny do ciotki pod Kamieńcem — stamtąd do granicy było już tylko pół dnia drogi. Odpowiedź przyszła krótka: dziewczynka wyjeżdża z ojcem do Petersburga na całe lato, guwernantka już się pakuje.

Wyjechali dwudziestego trzeciego kwietnia 1848 roku, w nocy bez księżyca. Karolina obudziła Kordę o drugiej, ubrana już w podróżny płaszcz, z szkatułką listów przyciśniętą do piersi jak dziecko. Do jednego kufra zmieściła trzy suknie, ikonę po matce i plik papierów notarialnych — resztę zostawiła tak, jak stała w szafach. Furman, opłacony wcześniej stoma rublami żeby milczał, czekał już z zaprzęgiem za bramą folwarku, nie przy głównym wjeździe. Jechali bez świateł pierwsze dwie mile, Karolina trzymała rękę na klamce drzwiczek, gotowa wyskoczyć, gdyby zobaczyła jeźdźców z pochodniami. Na rogatce w Płoskirowie strażnik graniczny przetrzymał ich kwadrans, przeglądając papiery pod latarnią, a Kord przez cały ten czas rozmawiał z nim o cenach owsa, żeby tamten nie zdążył się przyjrzeć podpisom. Kiedy wreszcie opuścił szlaban, Karolina nie odezwała się do samego świtu — siedziała z czołem opartym o zimną szybę, patrząc, jak Podole znika za nią pole po polu.

Do Anieli list dotarł dopiero po miesiącu, przez ciotkę spod Kamieńca, bo bezpośrednia korespondencja groziła konfiskatą. Karolina pisała w nim, że zabierze ją do siebie, gdy tylko rozwód stanie się faktem, i podpisała się imieniem, którego dziewczynka używała, gdy była mała. Odpowiedzi nie było przez pół roku. Kiedy wreszcie nadeszła, list był krótki i pisany już inną ręką, dorastającą: Aniela pisała, że ojciec zabronił jej wspominać matkę przy służbie, ale nocami odgrywa na klawesynie tę melodyjkę, której nauczył ją pan Kord, i nikt nie wie dlaczego akurat tę.

Ich związek z Karoliną trwał jeszcze czterdzieści lat, ale nie był to spokojny czas. W 1855 roku petersburski sąd konsystorski po raz drugi odrzucił sprawę o unieważnienie małżeństwa — tym razem na wniosek samego księcia Mikołaja, który zdążył się już ożenić powtórnie i nie chciał precedensu podważającego legalność drugiego związku. Karolina zamknęła się wtedy na trzy dni w swoim pokoju w Rzymie, wychodząc tylko po świece, i spisała stustronicowy memoriał do kardynała sekretarza stanu, powołując się na każdy paragraf prawa kanonicznego, jaki zdołała znaleźć.

Aniela wyszła za mąż w 1861 roku za oficera gwardii, o czym Karolina dowiedziała się z gazety, trzy tygodnie po ślubie. Napisała wtedy do córki ostatni raz. Odpowiedzi nie dostała nigdy — ale osiemnaście lat później, już jako wdowa, Aniela sama przyjechała do Rzymu, bez zapowiedzi, i zostawiła u portiera pod drzwiami matki koszyk z jabłkami z Podola i kartkę: „Pamiętam melodię". Nie weszła na górę. Karolina zbiegła po schodach za nią, ale zdążyła zobaczyć tylko tył dorożki skręcającej za róg.

Rzym zwlekał z ostateczną decyzją do 1861 roku, kiedy to wreszcie unieważnił pierwsze małżeństwo Karoliny — zbyt późno, żeby cokolwiek to jeszcze zmieniło, bo książę Mikołaj zdążył umrzeć rok wcześniej, a ślub, na który tak długo czekali, nagle stracił sens prawny i praktyczny zarazem. Kord siedział wtedy w swoim pokoju w Rzymie już od kilku lat, coraz rzadziej przy fortepianie, coraz częściej z brewiarzem, który dostał od jednego z kardynałów odwiedzających Karolinę. Pisał wówczas mszę żałobną za matkę, zmarłą tego samego roku, i podczas pracy nad Agnus Dei, siedząc noc w noc nad tymi samymi taktami, doszedł do wniosku, że to, czego szukał w muzyce od zawsze — porządku, który nie zależy od kaprysu księcia ani wyroku konsystorza — jest bliżej ołtarza niż estrady koncertowej. Powiedział to Karolinie wprost, pewnego wieczoru przy tej samej herbacie, którą pijali od lat:

— Nie chcę już czekać na ślub, który i tak nie naprawi tego, co zepsute. Chcę wreszcie robić coś, czego nikt mi nie może odebrać ani unieważnić.

Karolina odstawiła filiżankę i milczała długo, ale w końcu skinęła głową w stronę okna, za którym widać było kopułę Świętego Piotra.

— To przynajmniej będzie twoje. Naprawdę twoje.

Cztery lata później przyjął święcenia niższe, a potem kapłańskie, i przeniósł się do mieszkania przy Via del Babuino, kilka ulic od jej okien. Karolina osiadła w Rzymie na stałe i pisała traktaty teologiczne, dwadzieścia cztery tomy, z których żadnego nie skończyła wydać za życia. Pisywali do siebie codziennie, czasem tylko kilka zdań o pogodzie i zdrowiu, czasem o fudze, nad którą akurat pracował. Na biurku Karoliny, obok stosu jej własnych rękopisów, leżał zawsze jeden świeży list od niego, nieraz nieotwarty jeszcze do wieczora — bo wiedziała, co w nim jest, i wolała odłożyć tę przyjemność na później, tak jak kiedyś odkładała na później najlepszy kęs jabłka z koszyka, którego nigdy nie zjadła do końca.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: