Sopocka blizna, o której szeptało całe wybrzeże

Blizna z Sopotu

Basia Wolańska pracowała w tej samej cukierni przy Monte Cassino od jedenastu lat i myślała, że zna już wszystkie twarze, które latem przewijają się przez sopockie molo. Sprzedawała gofry z owocami, parzyła kawę na wynos, słuchała, jak turyści narzekają na ceny — dwadzieścia dwa złote za lody w rożku, taki skandal. Tego dnia, w połowie lipca, zmiana kończyła jej się o siedemnastej, a ona jeszcze musiała zdążyć na autobus do Gdyni. Właśnie dlatego zapamiętała tę kobietę tak dokładnie — bo przez nią o mało nie spóźniła się na 182.

Kobieta usiadła na leżaku wypożyczonym od gościa z wypożyczalni sprzętu plażowego, kawałek od molo, tam gdzie piasek jest bardziej ubity i mniej dzieciarni. Miała na sobie luźną tunikę, nie kostium, i przez dłuższą chwilę po prostu patrzyła na wodę. Basia rozpoznała ją nie od razu — dopiero gdy kobieta zdjęła okulary, żeby przetrzeć je rąbkiem tuniki, mignęła twarz, którą Basia znała z filmu oglądanego chyba ze sto razy na kasecie VHS u kuzynki w Wejherowie, jeszcze w liceum.

Wtedy tunika uniosła się na wietrze znad zatoki i Basia zobaczyła bliznę na brzuchu — nierówną, ciągnącą się w dół, jakby skóra pamiętała coś więcej niż zwykłe cięcie. Kobieta nie zasłoniła się gwałtownie. Poprawiła materiał, odłożyła okulary z powrotem na nos i wróciła do patrzenia na wodę.

Basia przełożyła gofry na tacy, żeby zyskać na czasie, i patrzyła kątem oka. W tej samej chwili Damian ze stoiska z zapiekankami podszedł do niej z telefonem w ręku, ekranem w dół, jakby chował karty.

— Wiesz, kto to? — szepnął, chociaż w promieniu dziesięciu metrów nikt by go nie usłyszał przez szum fal. — Ja wiem. Robiłem research w zeszłym tygodniu, bo koleś z pracy podesłał mi artykuł. Ona ma teraz konto, na które ludzie płacą fortunę za zdjęcia paparazzi. Jedno dobre ujęcie i mielibyśmy na cały sezon.

Pokazał jej stary artykuł na ekranie — zdjęcie tej samej twarzy sprzed lat, tytuł krzyczący coś o "skandalu w Los Angeles". Basia przesunęła wzrokiem po nagłówku i oddała mu telefon.

— Nie mam czasu na zdjęcia, Damian. Klient czeka.

Ale klient wcale nie czekał, a Damian już mierzył kobietę obiektywem, udając, że robi selfie na tle molo. Basia poczuła, jak jej ręce same odkładają szczypce i owijają serwetkę wokół gofra ciaśniej niż trzeba. Nie musiała się nad tym zastanawiać — po prostu wyszła zza lady, jakby niosła zamówienie, i stanęła dokładnie między obiektywem Damiana a leżakiem kobiety.

— Panią też coś zamówić? — zapytała, głośno, żeby zagłuszyć trzask migawki, którego i tak nie było słychać. — Mamy dzisiaj gofr z owocami sezonowymi, w cenie kawy.

Kobieta spojrzała na nią, potem na tunikę, którą wciąż trzymała ręką przy biodrze, i uśmiechnęła się, jakby rozumiała więcej, niż Basia zdążyła powiedzieć.

— Poproszę kawę. Czarną, bez cukru.

Kiedy Basia wróciła do stoiska z pustym kubkiem po drodze, Damian już chował telefon do kieszeni fartucha, nadąsany.

— Popsułaś mi ujęcie.

— Zrobiłeś zapiekankę bez sera w zeszłym tygodniu i nikt nie robił z tego dramatu — powiedziała Basia, wlewając kawę do kubka. — Zostaw ją. Ona tu po prostu siedzi.

— Wiesz, ile ludzie płacą za takie zdjęcie? Ona ma bliznę, to jest news.

Basia postawiła kubek na tacy mocniej, niż zamierzała.

— To jest brzuch, Damian, nie news.

Zaniosła kawę sama, chociaż to nie był jej obowiązek przy leżakach. Kobieta wzięła kubek, popatrzyła na fartuch Basi poplamiony sokiem z truskawek i powiedziała cicho:

— Dziękuję. Nie tylko za kawę.

Basia nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc powiedziała prawdę:

— Chłopak ze stoiska obok chciał panią sfotografować. Sprzedać komuś zdjęcie.

Kobieta zaśmiała się krótko, bez cienia goryczy.

— Robią to od dwudziestu paru lat. Czasem się chowam, czasem nie mam siły. Dzisiaj akurat nie mam siły się chować.

Powiedziała to tak, jakby mówiła o pogodzie, i wróciła do patrzenia na wodę. Basia wróciła do stoiska, gdzie Damian wydawał resztę jakiejś rodzinie z Warszawy i udawał, że nic się nie stało.

Zmiana kończyła się za dwadzieścia minut, a Basia wciąż miała przed oczami tę scenę — nie bliznę, tylko dłoń kobiety odsuwającą tunikę bez pośpiechu, jakby nie było czego chować. Zwinęła parasol nad stoiskiem, bo zaczynało kropić, i kątem oka zobaczyła, że Damian jednak nie usunął zdjęcia — przesuwał je palcem po ekranie, wahając się.

— Skasuj to — powiedziała, przechodząc obok z pustą tacą.

— Niby dlaczego?

— Bo jak sprzedasz, to jutro przyjdzie tu ktoś inny i zrobi to samo tobie. Prędzej czy później każdemu ktoś robi zdjęcie, którego nie chce.

Damian popatrzył na nią, potem na ekran, i westchnął, ale nacisnął ikonę kosza.

Basia skończyła zmianę, złapała autobus o 17:04, spóźniona o cztery minuty, ale kierowca jeszcze czekał, bo znał ją z widzenia. Przez okno zobaczyła jeszcze raz tę kobietę z molo — stała teraz, otrzepywała piasek z łydek, śmiała się z czegoś, co powiedziała jej znajoma siedząca obok. Blizna wciąż była widoczna, nieukryta pod niczym.

Autobus ruszył, a Basia oparła czoło o szybę, patrząc, jak plaża znika za zakrętem. W kieszeni fartucha, który wzięła ze sobą do prania, znalazła zmiętą serwetkę z odciskiem szminki — tej kobiety, po kawie. Nie wyrzuciła jej od razu. Włożyła do kieszeni spodni i dopiero w domu, wieszając fartuch na haczyku w łazience, wyjęła ją i wrzuciła do kosza, tak jak się wyrzuca bilet po skończonej podróży.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: