Pamiętam tamto popołudnie bardzo dokładnie.
Słońce wisiało wysoko nad miastem, asfalt był rozgrzany, a powietrze pachniało latem, kurzem i świeżo skoszoną trawą.
Miałyśmy na sobie nasze ulubione sukienki.
Jedna była w drobne kwiatki, druga w paski, a trzecia powstała z materiału, który znalazła mama.
Nie były idealne.
Ale dla nas były najpiękniejsze na świecie.
Same wybierałyśmy materiał, same wymyślałyśmy fasony, a kiedy coś wychodziło krzywo, po prostu śmiałyśmy się i poprawiałyśmy.
Do tego drewniaki.
Kokardki we włosach.
Czasem mały kwiatek za uchem.
I już.
Byłyśmy gotowe podbijać świat.
— Dziewczyny, tylko wróćcie przed kolacją! — wołała za nami mama.
— Wrócimy!
Oczywiście żadna z nas nie miała pojęcia, o której naprawdę wrócimy.
Bo wtedy dzień nie miał godzin.
Miał przygody.
Szłyśmy ulicą i śmiałyśmy się tak głośno, że ludzie odwracali głowy.
Z otwartych okien płynęła muzyka.
Ktoś podlewał kwiaty na balkonie.
Na podwórku dzieci grały w piłkę.
Starszy pan siedział przed domem i czytał gazetę.
Wszystko było takie zwyczajne.
I właśnie dlatego było piękne.
Nikt nie sprawdzał co kilka minut telefonu.
Bo telefon nie był najważniejszą rzeczą w naszym życiu.
Jeśli chciałyśmy z kimś porozmawiać, szłyśmy do niego.
Jeśli chciałyśmy wiedzieć, co u niego słychać — pytałyśmy.
Jeśli za kimś tęskniłyśmy — po prostu pojawiałyśmy się pod jego drzwiami.
Pamiętam, że tego dnia zatrzymałyśmy się przy fontannie.
— Mam pieniądze na jednego loda — powiedziała Basia.
— To kupimy jednego i podzielimy na trzy.
— A jeśli będę chciała cały?
— To będziesz musiała znaleźć bogatego męża — odpowiedziała Janka.
Roześmiałyśmy się tak mocno, że prawie przewróciłyśmy się na ławkę.
W końcu kupiłyśmy trzy małe lody.
Usiadłyśmy przy fontannie.
I zaczęłyśmy planować całe nasze życie.
Jedna chciała zostać nauczycielką.
Druga marzyła o podróżach.
Trzecia twierdziła, że pewnego dnia będzie mieszkać w wielkim domu z ogrodem.
Byłyśmy pewne, że wszystko się wydarzy.
Bo przecież miałyśmy przed sobą całe życie.
Wieczorem wróciłyśmy do domu.
Następnego dnia znowu się spotkałyśmy.
I następnego.
A potem przyszła jesień.
Później zima.
Potem kolejne lato.
I nawet nie zauważyłyśmy, kiedy dzieciństwo zaczęło zostawać za nami.
Jedna z nas wyjechała.
Druga wyszła za mąż.
Trzecia została w mieście.
Na początku pisałyśmy do siebie.
Potem dzwoniłyśmy.
Później już tylko czasami.
Aż pewnego dnia minęło kilka lat.
I nagle okazało się, że nie wiemy, gdzie dokładnie jesteśmy wszystkie.
Każda miała swoje życie.
Pracę.
Rodzinę.
Problemy.
Marzenia.
I własne zmęczenie.
Minęło wiele lat.
Pewnego jesiennego dnia dostałam telefon.
To była Janka.
Jej głos brzmiał inaczej niż dawniej.
— Przyjedziesz?
— Dokąd?
— Pod fontannę.
Zamilkłam.
— Po co?
Po drugiej stronie usłyszałam cichy śmiech.
— Bo mam coś, co należy do ciebie.
Pojechałam.
Kiedy ją zobaczyłam, przez chwilę żadna z nas się nie odezwała.
Stałyśmy naprzeciw siebie.
Dwie dorosłe kobiety.
Z siwymi włosami.
Ze zmarszczkami wokół oczu.
Z życiem zapisanym na twarzach.
Ale kiedy Janka się uśmiechnęła, zobaczyłam tę samą dziewczynę, która kiedyś poprawiała mi kokardkę.
— Nadal nosisz krzywo włosy — powiedziała.
— A ty nadal jesteś złośliwa.
Przytuliłyśmy się.
I obie zaczęłyśmy płakać.
Nie ze smutku.
Z ulgi.
Z wdzięczności.
Z tego dziwnego uczucia, kiedy po wielu latach odnajdujesz kawałek samej siebie.
Janka wyjęła z torebki małą kopertę.
— Otwórz.
W środku było stare zdjęcie.
Trzy dziewczyny.
Kolorowe sukienki.
Kokardki we włosach.
Drewniaki.
I ogromne uśmiechy.
Spojrzałam na fotografię.
— Skąd je masz?
— Twoja mama znalazła je podczas porządkowania domu.
Przesunęłam palcem po zdjęciu.
— Boże… jakie byłyśmy szczęśliwe.
Janka spojrzała na mnie.
— Nie.
— Co?
— Nie byłyśmy wtedy bardziej szczęśliwe.
Zdziwiłam się.
— To dlaczego tak wspominamy tamte czasy?
Uśmiechnęła się smutno.
— Bo wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że trzeba zauważać szczęście, kiedy przychodzi.
Te słowa zostały ze mną na długo.
Usiadłyśmy przy fontannie.
Tak jak kiedyś.
I zaczęłyśmy rozmawiać.
O wszystkim.
O naszych rodzicach.
O pierwszych miłościach.
O błędach.
O dzieciach.
O osobach, których już z nami nie było.
Śmiałyśmy się.
Płakałyśmy.
Milczałyśmy.
I po raz pierwszy od bardzo dawna nie czułam potrzeby, żeby gdziekolwiek się spieszyć.
W pewnym momencie Janka powiedziała:
— Pamiętasz, jak zawsze mówiłyśmy, że kiedyś będziemy miały dużo czasu?
— Pamiętam.
— Okazało się, że czasu nigdy nie miałyśmy.
Spojrzałam na nią.
— Ale miałyśmy siebie.
— Tak.
I wtedy obie zrozumiałyśmy, że właśnie to było najważniejsze.
Nie sukienki.
Nie drewniaki.
Nie lody.
Nie muzyka z radia.
Tylko ludzie, którzy siedzieli obok nas, kiedy życie było jeszcze przed nami.
Przed rozstaniem Janka powiedziała:
— Obiecaj mi coś.
— Co?
— Że nie będziemy już czekać na odpowiedni moment.
— Dobrze.
— Jeśli będziesz chciała zadzwonić, zadzwoń.
— Dobrze.
— Jeśli będziesz chciała się spotkać, przyjedź.
— Dobrze.
— A jeśli kiedyś znowu powiesz „nie mam czasu”…
Roześmiałam się.
— To co?
— Przypomnę ci nasze lody.
Uścisnęłam ją mocno.
— Umowa stoi.
Od tamtego dnia zaczęłyśmy spotykać się częściej.
Nie zawsze wszystko było idealnie.
Czasem któraś była chora.
Czasem miała problemy.
Czasem życie znowu próbowało nas rozdzielić.
Ale już wiedziałyśmy, że „kiedyś” jest jednym z najbardziej zdradliwych słów.
Bo można je powtarzać przez całe życie.
A potem pewnego dnia człowiek odkrywa, że zabrakło mu czasu.
Dlatego dziś, kiedy ktoś mówi mi:
— Nie mam teraz czasu, zadzwonię później…
Mam ochotę powiedzieć:
Zadzwoń teraz.
Nie jutro.
Nie za miesiąc.
Nie „jak wszystko się uspokoi”.
Teraz.
Bo życie prawie nigdy nie robi się spokojniejsze.
Zawsze pojawi się kolejna praca.
Kolejny obowiązek.
Kolejny rachunek.
Kolejny problem.
A ludzie, których kochamy, nie zawsze będą czekać.
Czasami przechodzę obok starej fontanny.
Siadam na ławce.
Patrzę na wodę i zamykam oczy.
Wtedy znowu słyszę śmiech trzech dziewczyn.
Widzę kolorowe sukienki.
Słyszę stukot drewniaków.
Czuję zapach rozgrzanego asfaltu.
I przez chwilę jestem znowu tam.
W tamtym lecie.
W tamtym mieście.
W tamtym życiu.
Ale dziś wiem coś, czego wtedy nie wiedziałam.
Nie tęsknię tylko za młodością.
Tęsknię za czasem, kiedy potrafiłyśmy cieszyć się z rzeczy, które nic nie kosztowały.
Za rozmową bez patrzenia na zegarek.
Za spacerem bez celu.
Za lodami jedzonymi przy fontannie.
Za śmiechem, który nie potrzebował powodu.
I przede wszystkim za ludźmi, dla których nie trzeba było być kimś wyjątkowym.
Wystarczyło być sobą.
Może właśnie dlatego warto czasem zatrzymać się na chwilę.
Odłożyć telefon.
Zadzwonić do starej przyjaciółki.
Odwiedzić kogoś, kogo dawno nie widzieliśmy.
Usiąść razem przy kawie.
Pójść na spacer.
Po prostu pobyć.
Bo być może za kilkadziesiąt lat nie będziemy wspominać tego, ile mieliśmy pieniędzy, ile godzin pracowaliśmy ani ile rzeczy kupiliśmy.
Będziemy pamiętać czyjś śmiech, czyjąś dłoń, pewne letnie popołudnie i ludzi, którzy byli wtedy obok nas.
I może właśnie wtedy zrozumiemy, że te zwyczajne dni, na które dziś nawet nie zwracamy uwagi…
były naszym życiem.
A niektóre z nich były jego najpiękniejszą częścią. ❤️
