Maszyna Krystyny, ogród Ireny

Mam sześćdziesiąt siedem lat i przez jedenaście miesięcy nie odezwałem się do siostry ani słowem po głupiej kłótni o maszynę do szycia. Zadzwonili do mnie ze szpitala w Radomiu, że siostra miała wypadek. Jechałem tam, myśląc, że i tak nic sobie nie powiemy.

Nazywam się Wiesław, mam siedemdziesiąt dwa lata, jestem emerytowanym mechanikiem, a moja siostra Irena jest ode mnie o cztery lata starsza. Wychowaliśmy się w Radomiu, na Osiedlu Ustronie, w bloku z wielkiej płyty, gdzie do naszych dwunastu metrów wchodziło się przez kuchnię sąsiadów – tak to wtedy wyglądało. Dzieliliśmy pokój, aż się ożeniłem, i od tamtej pory dzwoniliśmy do siebie praktycznie codziennie, czasem tylko na dwie minuty, żeby powiedzieć, co dają w telewizji. Nie zawsze się zgadzaliśmy. Irena ma twardy charakter, ja też nie jestem miękiszonem. Kłóciliśmy się o matkę, o wnuki, o to, że któreś powiedziało coś nie tym tonem. Ale nigdy dłużej niż tydzień nie było między nami milczenia.

Ta kłótnia, która nas rozdzieliła, była żenująco mała. Po śmierci matki musieliśmy podzielić rzeczy z jej mieszkania na Ustroniu. Nie było tam żadnego majątku – serwis, obrusy, stare zdjęcia z Zalewu Domaniowskiego, drobiazgi. Ja chciałem wziąć maszynę do szycia Łucznik, bo pamiętałem, jak matka szyła na niej firanki po nocach, kiedy w telewizorze leciał program pożegnalny. Irena powiedziała, że matka obiecała tę maszynę jej córce, Justynie. Zaczęliśmy się kłócić o maszynę, a skończyliśmy wyciąganiem sobie pretensji sprzed trzydziestu lat. Powiedziałem jej, że w ostatnich miesiącach życia matki bywała u niej rzadziej niż ja, bo akurat wtedy dużo pracowała. Odpowiedziała, że ja zawsze robię wszystko po to, żeby móc to potem wszystkim wypominać. Trzasnąłem drzwiami tak, że framuga puściła kurz.

Przez następne miesiące żadne z nas nie zadzwoniło do drugiego. Moja córka i jej syn próbowali coś załatwić, ale oboje mówiliśmy to samo: „Jak będzie chciała rozmawiać, wie, gdzie mieszkam". Minęły święta, minęły nasze urodziny. Raz zobaczyłem ją z daleka na targu przy ulicy Traugutta i udałem, że szukam czegoś w portfelu, żeby nie musieć podchodzić.

We wtorek rano zadzwonił do mnie mój bratanek, Marcin. Irena poślizgnęła się na schodach przy klatce i upadła. Nie wyglądało to groźnie, ale złamała nadgarstek i leżała na SOR-ze, bo lekarze chcieli sprawdzić, czy nie ma czegoś z biodrem. Marcin był akurat służbowo w Kielcach i zapytał, czy mogę pojechać, dopóki on nie dotrze. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, była głupia: że może ona wcale nie chce mnie widzieć. Pięć minut później szukałem już kluczyków od Astry.

Po drodze wymyślałem sobie scenariusz, jak się zachowam. Wejdę, spytam, co powiedział lekarz, usiądę na krześle pod oknem i tyle. Kupiłem po drodze na stacji butelkę wody, sam nie wiem po co, chyba żeby mieć czym zająć ręce.

Kiedy dotarłem na oddział, Irena leżała na noszach z unieruchomionym nadgarstkiem, we włosach miała jeszcze przyklejony liść, pewnie z tych schodów. Zobaczyła mnie od progu. Miałem jeszcze na sobie kurtkę, nie zdążyłem nawet powiedzieć „cześć". Zakryła twarz zdrową ręką i się rozpłakała. Podszedłem i pierwsze, co z siebie wydusiłem, to: „No co ty, przecież nic ci nie jest". Zdanie tak nasze, rodzinne, że oboje w końcu zaczęliśmy się śmiać przez łzy jednocześnie.

Powiedziała, że się bała. Nie tyle samego upadku, ile tego, że czekając sama na korytarzu, pomyślała, że gdyby stało się coś naprawdę poważnego, to od jedenastu miesięcy nie rozmawialiśmy przez tę cholerną maszynę do szycia. Usiadłem obok niej na plastikowym krześle i przyznałem, że ja też wielokrotnie sięgałem po telefon, żeby zadzwonić, i za każdym razem odkładałem. „To czemu tego nie zrobiłeś?" – zapytała. Musiałem odpowiedzieć szczerze: przez upór.

Spędziliśmy tam razem prawie sześć godzin. Kupiłem jej kanapkę z automatu na korytarzu, bo nic nie jadła od rana, pokłóciliśmy się, bo chciała sama iść do toalety, w końcu pomogłem jej włożyć kurtkę, gdy w końcu dostała wypis. Marcin dotarł po południu. Kiedy zobaczył nas razem na korytarzu, nic nie powiedział, tylko się uśmiechnął.

Zanim wyszedłem, Irena zapytała, co zrobimy z tą maszyną. Powiedziałem, że niech ją weźmie Justyna, skoro tak obiecała matka. Odpowiedziała, że teraz już nikt jej nie chce. Ogarnął nas śmiech, który trwał zdecydowanie dłużej, niż powinien, aż pielęgniarka zajrzała, czy wszystko w porządku.

Nie chcę przedstawiać tego tak, jakby jeden upadek na schodach rozwiązał wszystkie nasze sprawy. Kilka dni później wróciliśmy do tego, co sobie wtedy powiedzieliśmy, i były rzeczy, które wciąż bolały. Irena przyznała, że była wobec mnie niesprawiedliwa w sprawie opieki nad matką. Ja przyznałem, że często używam tego, co robię dla innych, jako argumentu, kiedy się złoszczę. Nadal jesteśmy dwojgiem ludzi z charakterem.

Teraz dzwonimy do siebie kilka razy w tygodniu. Maszyna stoi u Ireny w przedpokoju i nikt jej nie używa. Niedawno przysłała mi zdjęcie – postawiła na niej doniczkę z pelargonią. Pomyślałem o tych wszystkich miesiącach, które straciliśmy, czekając, kto pierwszy zadzwoni. Nikt tej kłótni nie wygrał. Udało nam się tylko przez jedenaście miesięcy nie dzielić ze sobą życia.

Kilka tygodni temu, kiedy odwoziłem ją z kontroli w przychodni na ulicy Wośnickiej, zapytałem wprost, czy naprawdę tak bardzo zależało jej na tej maszynie, czy tylko nie chciała ustąpić. Roześmiała się i powiedziała, że już nie pamięta. To chyba najlepsza odpowiedź, jaką mogłem dostać.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: