Krystyna poprawiła poduszkę pod plecami męża i spojrzała na syna wzrokiem, który nie znosił sprzeciwu. Za oknem szpitalnej sali szumiały stare lipy radomskiego szpitala na Józefowie, a w powietrzu unosił się zapach chloru i przegotowanej kapusty z oddziałowej kuchni.
— Dom na Wacynie, działkę nad Zalewem i garaż z całą zawartością zapisujemy Patrycji — powiedziała, stukając paznokciem w teczkę z dokumentami. — Jej z małą Lenką należy się dach nad głową. A tobie, Pawełku… — zawiesiła głos. — Tobie zostanie pamięć. No i może stare sygnety po dziadku.
Kamilę zamurowało. Siedziała na metalowym taborecie przy oknie i czuła, jak stygną jej palce zaciśnięte na kubku z automatycznej kawy. Osiem lat. Osiem cholernych lat wspólnego dźwigania każdej wizyty lekarskiej, każdego remontu, każdego słoika z rosołem, który pakowała teściowej do torby. A teraz to.
Henio, teść, leżał pod szpitalną kołdrą i patrzył w sufit. Oddychał płytko przez rurkę, podpięty do pulsoksymetru za dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych z ich z Pawłem oszczędności. Kamilka załatwiała ten zabieg przez trzy miesiące — dzwoniła do kliniki w Krakowie, kłóciła się o terminy, wyciągała skierowania od ordynatora po znajomości ze studiów. A teraz Henio nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem.
Harmonia domowego ogniska
Paweł i Patrycja wychowywali się w szeregowcu na osiedlu za obwodnicą. Matka urzędniczka w ZUS-ie na Słowackiego, ojciec magazynier w hurtowni części. Skromnie, czysto, zawsze ten sam obrus w kratkę na stole i meblościanka pachnąca politurą.
Od dziecka było wiadomo: Paweł jest od roboty, Patrycja od pomysłów. Kiedy on w wieku dwunastu lat skręcał szafki w kuchni i nosił węgiel z komórki, ona malowała akwarele w swoim pokoju i słuchała Perfectu na walkmanie, który rodzice kupili jej na gwiazdkę za czterysta złotych. Brat dostał skarpety.
— Pati ma talent, musi się rozwijać — powtarzała Krystyna, kiedy zapłaciła za prywatne liceum plastyczne w Lublinie. Czesne zjadało pół pensji, więc Paweł zrezygnował z korepetycji z matematyki i poszedł do technikum mechanicznego. Po szkole mył auta na stacji benzynowej, żeby dołożyć się do rachunków.
W wieku dwudziestu czterech lat poznał Kamilę — dziewczynę po rachunkowości, która podawała mu klucz francuski, kiedy psuł mu się stary Polonez przed jej akademikiem.
— Masz ranę na dłoni — powiedziała wtedy, zamiast przywitać się normalnie. — Zaczekaj, mam plasterek w torebce.
Pobrali się w urzędzie na Moniuszki, bez wesela. Wzięli kawalerkę w bloku z wielkiej płyty na Ustroniu, kredyt na trzydzieści lat, wzięli psa ze schroniska i urodził im się Adaś.
A potem życie skręciło w koleiny, z których nie dało się już wyjechać.
Wyścig o powietrze
Telefon od teściowej dzwonił zawsze w sobotę o ósmej rano. Jak w zegarku.
— Kamilko, kochana, byłabyś taka dobra? Bo Heniowi trzeba wykupić nowy inhalator, ten stary się zepsuł, a tu taka kolejka w przychodni na Limanowskiego, że nie wiem, czy dożyję…
Kamilka załatwiała. Inhalator, wózek inwalidzki z wypożyczalni, koncentrator tlenu na wynajem. Krople, maści, pieluchomajtki, łóżko ortopedyczne z pilotem. Sto osiemdziesiąt złotych za dobę za opiekunkę, kiedy teściowa sama nie dawała rady podnieść męża do toalety. Kamilka załatwiała wszystko.
Paweł po dwunastogodzinnej zmianie w warsztacie samochodowym na Godowie jechał prosto do rodziców wymienić uszczelkę w baterii albo przenieść tapczan, bo Krystyna akurat tego dnia postanowiła przemeblować duży pokój.
— Mama mówiła, że Pati nie może przyjechać w tym tygodniu — rzucał Paweł przez ramię, zdejmując buty w przedpokoju. — Ma jakieś zaliczenia w pracowni i Lenka podobno gorączkuje.
— Jasne — odpowiadała Kamilka, wyciągając z torby słoik z gołąbkami.
Patrycja od rozwodu mieszkała u rodziców. Zajmowała dawny pokój gościnny razem z córką, nie płaciła ani złotówki za rachunki, kupowała sobie kawę w papierowych kubkach i ubrania w galerii handlowej, bo „dziecko musi mieć markowe buty, żeby koledzy się nie śmiali”.
— To jest artystka — wzdychała Krystyna. — Ona ma wrażliwą duszę, nie to co my.
Kamilka myślała wtedy o ostatnim weekendzie, który spędziła sama z Adasiem, bo Paweł nie zdążył na urodziny syna. Zawiózł matkę na cmentarz na Powązki, do grobu ciotki, a potem musiał jeszcze jechać po kroplówkę do apteki na dyżurze nocnym w centrum. Adaś zdmuchnął świeczki z babcią na wideorozmowie.
Ten jeden moment
Sobota. Godzina czternasta. Sala numer siedem w szpitalu na Krychnowicach pachniała zupą mleczną i wilgocią z nieszczelnego kaloryfera. Kamilka pamiętała ten zapach do dziś.
— Kamilo, kochanie — Krystyna rozłożyła papiery na szafce nocnej — my z ojcem podjęliśmy decyzję. Dom, działka i wszystko, co zostało po dziadkach, trafia do Patrycji. Jest samotną matką, więc to logiczne.
— A Paweł? — głos Kamilki zabrzmiał dziwnie obco, jakby mówił ktoś stojący za szybą.
— Paweł jest mężczyzną — teściowa nie podniosła wzroku znad segregatora. — Poradzi sobie. Zawsze sobie radził.
Kamilka powoli odstawiła kubek na parapet. Popatrzyła na teścia — Henio wbił oczy w ekran starego telewizora marki Rubin, w którym leciała powtórka „M jak miłość”, i udawał, że go to nie dotyczy. Popatrzyła na Pawła — mąż siedział na krześle przy drzwiach, zgarbiony, i nic nie mówił. Czekał, aż żona przełknie i to. Jak zawsze.
I wtedy coś w niej pękło. Nie z trzaskiem. Cicho, jak pęka nitka w szwie, który trzymał za długo.
— Rozumiem — powiedziała.
Wstała, strzepnęła niewidzialny pyłek z rękawa płaszcza kupionego w lumpeksie na Żakardowej i wyszła na korytarz. Za drzwiami oddychała przez dobrą minutę, zanim sięgnęła po telefon.
Płyn Lugola
Przez tydzień do teściów nie zadzwonił nikt. Żadnego „co kupić na obiad”, żadnego „odebrałam leki, stoją w słoiku po kawie”, żadnego „byłam zapłacić prąd, wyślę wam potwierdzenie przelewu”.
W poniedziałek Krystyna zadzwoniła pierwsza.
— Kamilko, a mogłabyś jutro podjechać do apteki? Heniowi kończy się płyn Lugola, a ja nie mogę go zostawić samego, odkąd Pati wyjechała na plener malarski do Kazimierza…
— Przykro mi, nie dam rady — powiedziała Kamilka. — Pracuję do siedemnastej. Niech Patrycja przyjedzie i załatwi.
Zapadła cisza. Taka, jaką słychać, kiedy ktoś po drugiej stronie nagle orientuje się, że mapa, którą miał w ręku, prowadzi donikąd.
— Ale Pati jest w Kazimierzu… — zaczęła Krystyna.
— To niech wróci. Albo zamówi kuriera.
Kamilka rozłączyła się i popatrzyła na swoje odbicie w wygaszonym ekranie. Drżały jej ręce, ale był to zupełnie inny rodzaj drżenia. Nie strach. Raczej zdziwienie, że to takie proste.
Niech zapłaci jak za wszystko
W środę przyjechała Patrycja. Prosto z Kazimierza, z torbą płócien i plamą farby olejnej na rękawie ortalionowej kurtki. Wpadła do warsztatu na Godowie, gdzie Paweł właśnie kończył wymianę rozrządu w renault megane.
— Słuchaj no — wysyczała od progu. — Mama dzwoni zapłakana, że was nie ma, że nikt nie pomaga, że leki się kończą. Co wy wyprawiacie?
Paweł odłożył klucz dynamometryczny na podnośnik i spojrzał na siostrę.
— Dostałaś dom — powiedział spokojnie. — Dostałaś działkę. Więc teraz ty ogarniaj inhalator i płyn Lugola.
— To nie fair! Mam dziecko, jestem sama, nie mam czasu!
— My też mamy dziecko. I też jesteśmy sami. Od ośmiu lat.
Patrycja otworzyła usta, zamknęła je i wyszła, trzaskając metalowymi drzwiami tak, że szyba w oknie zabrzęczała.
Osiem tysięcy sto czterdzieści
W piątek Kamilka wzięła urlop na żądanie. Pojechała do banku na Żeromskiego i poprosiła o wydruk wszystkich przelewów za ostatni rok. Osiem tysięcy sto czterdzieści złotych i dwadzieścia groszy. Tyle kosztowały leki, pieluchomajtki, opiekunka na godziny i wypożyczenie koncentratora tlenu w okresie od stycznia do listopada. Kwota, której nikt nigdy nie zobaczył, nie docenił i nie zamierzał zwrócić.
Następnie wzięła segregator z dokumentacją medyczną teścia — gruby na trzy palce, z zaświadczeniami, zaleceniami i historią choroby. Zapakowała go w torbę razem z paragonami i zawiozła prosto na Wacyn.
Krystyna stała w progu kuchni z ręcznikiem przewieszonym przez ramię. Na stole parował rosół z makaronem nitki — musiała nastawić rano, mimo wszystko licząc, że synowa przywiezie go później ojcu na oddział.
— To jest cała dokumentacja — Kamilka położyła segregator na stole obok wazy. — I paragony za ostatni rok. Osiem tysięcy sto czterdzieści złotych. Jeśli Patrycja będzie miała pytania, co podawać i w jakich dawkach, wszystko jest opisane.
— Ale Kamilko…
— Aha — dodała, sięgając do torby po słoik. — Rosół jest w słoiku. Ostatni.
Postawiła go koło segregatora, zawróciła na pięcie i wyszła. Nie trzasnęła drzwiami, nie rozpłakała się. Odpaliła swoje dacię duster, którą sami spłacali od dwóch lat, i wyjechała z osiedla.
Sobotnia audiencja
W sobotę o ósmej rano telefon nie zadzwonił. Ani o ósmej dziesięć, ani o dziewiątej. O dziesiątej Paweł odebrał wiadomość od matki: „Czy moglibyście przyjechać porozmawiać?”
Pojechali. Kamilka usiadła na tym samym krześle przy stole w kratkę, przy którym osiem lat temu usłyszała: „Pomożesz nam z Heniem, prawda, kochanie?”. Teraz nie brała herbaty. Nie zdjęła płaszcza.
— Przemyśleliśmy sprawę — zaczęła Krystyna, a jej głos był cichszy niż zwykle. — Dom pozostanie dla Pati, ale chcemy, żebyście dostali działkę nad Zalewem. I garaż. To prawie dwadzieścia trzy ary w dobrej lokalizacji.
Kamilka popatrzyła na męża. Paweł pierwszy raz od miesięcy siedział wyprostowany i nie patrzył w podłogę.
— Dziękujemy za propozycję — powiedziała Kamilka. — Ale odmawiamy.
Krystyna zamrugała.
— Jak to odmawiacie? Przecież to wartościowa nieruchomość, moglibyście sprzedać, spłacić część kredytu…
— Nie chodzi o pieniądze — Kamilka wstała. — Chodzi o to, że osiem lat nikt nas nie pytał o zdanie. A teraz, kiedy Patrycja nie daje rady z lekami i wizytami, nagle zrobiło się miejsce przy stole.
— Ale my…
— Konkretnie — Kamilka wyjęła z torebki kartkę. — Proszę, tu jest plan leków taty, harmonogram wizyt kontrolnych i numery do przychodni. Na odwrocie rozpiska kosztów. Od dziś proszę dzwonić do Patrycji, nie do nas. Ma dom, ma czas, ma artystyczną duszę. Niech zadba o ojca.
Położyła kartkę obok solniczki — tej samej, z której Krystyna odmierzała sól do rosołu, który potem wręczała synowej w słoiku.
Brama zamknięta
Dwa tygodnie później Kamilka przelała osiem tysięcy sto czterdzieści złotych na nowo otwarte konto oszczędnościowe Adasia. Nie na zemstę. Na przyszłość.
W poniedziałek rano, kiedy Paweł był w pracy, a Adaś w szkole na Słowackiego, przed ich blokiem na Ustroniu zaparkowało stare volvo Patrycji.
— Matka leży z ciśnieniem — Patrycja stała przed domofonem, owinięta w długi szalik, z zaczerwienionymi oczami. — Wpuść mnie. Musimy pogadać jak siostry.
Kamilka podeszła do domofonu i przez chwilę patrzyła na czarno-biały obraz z kamery. Pati — ta sama, która przez trzydzieści lat wpadała na gotowe, brała pieniądze z szuflady w kredensie i znikała na kolejny miesiąc. Ta sama, która nie przyjechała ani razu na oddział, kiedy Henio leżał po operacji.
— Nie mogę — powiedziała Kamilka. — Wychodzę.
Nie wyszła. Została w mieszkaniu. Zaparzyła sobie melisę w kubku z żabką — tym samym, który dostała od teściowej na pierwsze imieniny, kiedy jeszcze była „tą miłą dziewczyną od Pawła” — i usiadła na balkonie. Patrycja postała jeszcze pięć minut, krzyknęła coś niewyraźnie w domofon i odjechała.
Kamilka patrzyła, jak volvo znika za zakrętem przy przystanku autobusowym linii numer 7. Potem zamknęła balkon, wyjęła telefon i usunęła numer Patrycji z kontaktów.
Koniec.
