Miałam trzydzieści dwa lata, kiedy pierwszy raz nie oddzwoniłam do mamy trzy dni z rzędu. Prowadzę salon fryzjerski przy ulicy Zielonej w Bydgoszczy, dwa krzesła, jedna suszarka, która hałasuje jak młockarnia, i klientki, które traktują wizytę u mnie jak seans terapii. Nie miałam czasu. Tak sobie wtedy powtarzałam.
Mama, Danuta, mieszkała piętnaście minut stąd, w bloku z wielkiej płyty na Wyżynach, na trzecim piętrze bez windy. Dzwoniła codziennie o siedemnastej, czasem wcześniej, jeśli akurat leciał serial, który chciała mi opowiedzieć w skrócie. Pytała, czy jadłam obiad. Pytała, czy założyłam czapkę. Miałam trzydzieści dwa lata i wciąż pytała o czapkę.
W tamten czwartek zadzwoniła o szesnastej czterdzieści pięć. Suszyłam włosy pani Halinie, klientce od dziesięciu lat, i telefon wibrował w kieszeni fartucha jak natrętna mucha. Zerknęłam na ekran, zobaczyłam „Mama” i wcisnęłam odrzuć. Miałam jeszcze dwie klientki, farbę do zmycia i termin na siedemnasta trzydzieści, na który już się spóźniałam. Pomyślałam: oddzwonię wieczorem.
Zadzwoniła jeszcze raz o siedemnastej piętnaście. Odrzuciłam.
O dziewiętnastej, kiedy zamykałam salon i liczyłam utarg z tacki, ktoś zapukał w szybę. To była pani Krystyna, sąsiadka mamy z parteru, w kapciach i rozpiętym płaszczu, jakby wybiegła z domu w połowie zdania.
— Basiu, twoja mama nie odbiera. Słyszałam przez drzwi, że coś upadło.
Nie pamiętam, jak dojechałam. Pamiętam klucz, który nie wchodził do zamka za pierwszym razem, bo drżały mi palce. Pamiętam mamę na podłodze w kuchni, przy stole, na którym stał wystygły rosół i dwa talerze — jeden dla niej, jeden, który zawsze stawiała dla mnie, na wypadek gdybym jednak wpadła. Udar. Tak powiedział lekarz w karetce. Zdążyła jeszcze w drodze do szpitala złapać mnie za rękaw i powiedzieć, że nie mam się złościć na siebie, że ona wie, że mam dużo pracy.
Zmarła cztery dni później, w Szpitalu Uniwersyteckim numer jeden przy Skłodowskiej-Curie, w sali na piątym piętrze, o świcie, kiedy na chwilę wyszłam po kawę z automatu. Miała siedemdziesiąt jeden lat.
Na jej telefonie, w historii połączeń, zobaczyłam później te dwa nieodebrane. I trzeci wpis, z siedemnastej pięćdziesiąt osiem — próba połączenia, która się nie zdążyła, bo już wtedy leżała na podłodze.
Pogrzeb był w piątek, na cmentarzu przy Wiślanej, chłodno, listopad, ktoś obok grobu trzymał parasol, choć nie padało — tak, na wszelki wypadek. Ksiądz mówił o cierpliwości matek. Ja stałam i przekładałam w dłoni guzik od płaszcza, urwany gdzieś po drodze, i myślałam o rosole, który tak i nie zjadłam.
Po pogrzebie zaczęłam sprzątać mieszkanie na Wyżynach. Znalazłam zeszyt w szufladzie kredensu, w którym mama zapisywała moje urodziny co roku od trzydziestu dwóch lat — nie datę, tylko krótkie zdanie, jak minął dzień, co jej powiedziałam przez telefon, jeśli w ogóle zadzwoniłam. Ostatni wpis, sprzed dziesięciu miesięcy: „Basia dzwoniła krótko, spieszyła się, ale głos wesoły. To najważniejsze”.
Znalazłam też kopertę zaadresowaną do mnie, niezaklejoną, z dopiskiem „na czarną godzinę, gdyby coś się stało”. W środku było siedem tysięcy złotych w studolówkach i mała karteczka: „Na fryzjerski kredyt, żebyś nie musiała brać pożyczki w banku na wysoki procent. Kocham cię, córeczko”.
Nie wzięłam z tej koperty ani złotówki na siebie. Zamiast tego poszłam do notariusza przy Gdańskiej i założyłam fundację imienia Danuty Wardas — małą, lokalną, bez wielkich słów w statucie. Pieniądze z koperty stały się pierwszym wkładem na fundusz, z którego co miesiąc opłacam telefon i doładowanie internetu dla trzech samotnych seniorek z mojej dzielnicy, żeby mogły zadzwonić do dzieci, kiedy będą tego potrzebować, a nie kiedy dzieciom będzie wygodnie odebrać.
Na drzwiach salonu przy Zielonej powiesiłam kartkę, której nikt nie musi czytać, żeby wiedzieć, co znaczy: „Telefon od mamy odbieram zawsze, nawet w połowie strzyżenia”. Klientki czasem pytają, o co chodzi. Nie tłumaczę wszystkiego. Mówię tylko, że mam teraz jedną zasadę, która kosztowała mnie więcej, niż jestem w stanie policzyć.
