Autostrada bez Stasa

Nazywam się Bartek Wrona, mam trzydzieści dwa lata i pracuję w warsztacie samochodowym przy Grunwaldzkiej, w Gdańsku. Nigdy nie sądziłem, że będę tym, o którym ktoś opowiada historię — a jednak jestem, bo to ja byłem tamtym mężczyzną na plaży w Świnoujściu, tym, który podszedł do smutnej dziewczyny i zapytał, czy ma ochotę na kawę.

Ale zanim opowiem o Ance, muszę cofnąć się do Mirka.

Mirek był moim starszym kolegą z liceum przy Chrobrego. Skończył szkołę dwa lata przede mną, odsłużył w wojsku, a potem wrócił i zaczął przychodzić na nasze studniówki, bo znał kogoś z organizacji. Wysoki, głośny, zawsze w centrum uwagi — takich facetów się pamięta. Poznał wtedy Ankę, moją koleżankę z klasy równoległej. Stałem przy stole z ponczem, kiedy Mirek podszedł do niej i zaprosił do tańca. Zarumieniła się i podała mu rękę.

Mirek i Anka byli razem przez cały czas jej studiów na Uniwersytecie Gdańskim. Pamiętam, bo pracowaliśmy z Mirkiem przez chwilę w tym samym warsztacie — on przy lakierni, ja przy mechanice. Opowiadał mi o niej, o tym, że kupił bilety na Zakopane na Sylwestra, że planują wesele. Był z tych, co dają kwiaty bez okazji. Raz przyniósł swojej matce, pani Annie, tulipany na Dzień Kobiet, a ona się zdenerwowała, że wydaje pieniądze na głupoty. Mirek się tylko roześmiał i powiedział, że jedzie z kolegami na kontrakt przy liniach wysokiego napięcia gdzieś pod Olsztynem — trzy, cztery miesiące, dobrze płacą, chce odłożyć na wesele i na samochód.

Wyjechał. Dzwonił co drugi dzień. A potem pewnego wtorku przestał odbierać.

Byłem akurat w warsztacie, kiedy zadzwonił do mnie brat Mirka, Kuba, i powiedział krótko: porażenie prądem, na słupie, na miejscu. Pojechaliśmy z jego ojcem po ciało tej samej nocy. Pogrzeb był na cmentarzu Łostowickim, w deszczu, bo akurat padało trzy dni bez przerwy — pamiętam, że błoto ciągnęło się za butami aż do bramy.

Anka po pogrzebie jakby zniknęła w sobie. Zacząłem ją spotykać u pani Anny — bo mieszkałem dwie ulice dalej i wpadałem czasem sprawdzić, czy czegoś nie trzeba. Anka przychodziła prawie codziennie. Siedziały z panią Anną godzinami, w milczeniu, piły herbatę, jeździły razem na cmentarz. Widziałem to z boku i myślałem sobie: to nienormalne, żeby dwudziestoletnia dziewczyna tak się zamurowywała w cudzej żałobie.

Latem pani Anna zorganizowała wyjazd — namówiła Ankę na tydzień w Świnoujściu, żeby "obie odetchnęły". Ja akurat byłem tam z kolegami z pracy, bo szef zafundował nam wyjazd integracyjny po zamknięciu dużego zlecenia. Zauważyłem ją już drugiego dnia — siedziała sama na piasku, wieczorem, kiedy większość ludzi wracała już do pensjonatów. Trzymała ramiona ściągnięte do środka, kolana pod brodą, ręce splecione na kostkach — tak samo siedział ojciec Mirka na krzesełku pod cmentarną bramą, kiedy czekał, aż wszyscy się rozejdą.

Podszedłem. Powiedziałem coś głupiego o zachodzie słońca, spojrzała jakby chciała mnie spławić, ale nie spławiła. Rozmawialiśmy z pięć minut, potem wstała i poszła. Nie sądziłem, że jeszcze ją spotkam.

Dwa dni później, przed wyjazdem, zobaczyłem ją przy Biedronce koło pensjonatu, kupowała wodę i chleb. Zaprosiłem ją na kawę do baru obok. Zgodziła się — chyba głównie dlatego, że nie chciała wracać od razu do pani Anny.

Rozmawialiśmy dwie godziny. Powiedziała mi o Mirku, o pogrzebie, o tym, jak matka zmarłego trzyma ją przy sobie jak jedyną nić do syna. Ja opowiedziałem jej o sobie — że naprawiam samochody w warsztacie przy Grunwaldzkiej, że pół roku temu rozstałem się z dziewczyną, że przyjechałem tu, żeby o niczym nie myśleć.

— Dlaczego ona cię trzyma? — spytałem wprost, bo naprawdę mnie to zdziwiło. — Zwykle rodzice po takiej stracie się oddalają, nie zbliżają.

Anka obracała w palcach papierową serwetkę, aż się podarła na pół.

— Bo jak przestanę do niej jeździć, to jakby Mirek umarł drugi raz — powiedziała. — Dla niej jestem dowodem, że on naprawdę żył, że kogoś kochał, że to wszystko nie było na niby. Ja nie umiem jej tego odebrać.

Nie miałem na to odpowiedzi, więc tylko dolałem jej herbaty z termosu, który przyniosła obsługa baru. Wymieniliśmy numery. To wszystko, co się wtedy wydarzyło.

Kiedy wróciła do Gdańska, pani Anna przywitała ją chłodno, niemal z pretensją w głosie. Anka opowiedziała mi to później, już jako moja dziewczyna, dokładnie tak, jak to zapamiętała.

Usiadły przy tym samym stole kuchennym, przy którym zawsze piły herbatę. Pani Anna postawiła przed Anką filiżankę, ale sama nie usiadła — stała przy blacie, wycierała ściereczką i tak już czysty stół.

— Byłaś tam z kimś? — zapytała, nie patrząc na nią. — Ktoś do ciebie podchodził?

Anka powiedziała prawdę: że poznała kogoś, że to była tylko kawa.

Pani Anna odłożyła ściereczkę.

— Jesteś w ciąży? — spytała wprost. — Z Mirkiem?

Anka pokręciła głową, zaskoczona pytaniem bardziej niż czymkolwiek innym tego dnia.

— Szkoda — powiedziała pani Anna cicho, siadając wreszcie na krześle naprzeciwko. — Bo wtedy wszystko byłoby proste. Zostałabyś w rodzinie, dziecko by nas trzymało razem, nie musiałabyś nigdzie odchodzić. — Zamilkła na chwilę, mieszając herbatę, której nie piła. — Maciek cię lubi, wiesz? Zawsze cię lubił. Może to i głupie, co mówię, ale pomyślałam sobie nieraz, że mogłabyś zostać. W tym domu. W tej rodzinie.

Anka odsunęła filiżankę na środek stołu i wstała.

— Ja nie jestem czymś, co się przekazuje między braćmi — powiedziała. — Kochałam Mirka. Nie mogę zamiast tego kochać jego rodziny do końca życia.

Wtedy się popłakała — pierwszy raz od pogrzebu, jak mi mówiła. Pani Anna nie wstała, nie próbowała jej zatrzymać. Siedziała przy stole z ściereczką w dłoni i patrzyła, jak Anka wychodzi.

Po tamtej rozmowie Anka zaczęła odmawiać wspólnych wyjazdów na cmentarz, przestała odbierać telefony od pani Anny po dziewiątej wieczorem. W końcu, gdzieś pod koniec września, poszła sama na Łostowicki. Stanęła przy grobie, przełożyła znicz, który się przewrócił, na środek płyty, poprawiła kwiaty w wazonie i, jak mi powiedziała, pożegnała się z Mirkiem na głos — że musi żyć dalej, że to nie jest zdrada.

Ja stałem wtedy przy bramie cmentarza, bo umówiliśmy się, że ją odwiozę. Nie wchodziłem między groby — to było jej, nie moje. Czekałem przy samochodzie, oparty o maskę mojego starego passata, paliłem papierosa, którego nie powinienem palić, bo rzuciłem miesiąc wcześniej. Kiedy wróciła, wsiadła bez słowa, zapięła pas i dopiero na światłach przy wyjeździe z cmentarza powiedziała, że jest głodna, że może wstąpimy gdzieś na obiad. Wiedziałem, że to znaczy, że jest jej lżej.

Pobraliśmy się rok później, w kościele na Oruni, bo tam chrzczono Ankę. Skromnie, tak jak zawsze mówiła, że chciała — bez orkiestry, bez limuzyny, z budżetem, który sama policzyła ze mną przy kuchennym stole, na kartce w kratkę.

Z panią Anną Anka się nie skontaktowała od tamtej rozmowy przy stole kuchennym i od pożegnania na cmentarzu. Nie z zemsty, nie z urazy głośno wykrzyczanej — po prostu przestała dzwonić, przestała jeździć, przestała być tą, która wypełnia pustkę po cudzym synu. Kiedy urodził się nasz syn, Antek, dostaliśmy kartkę pocztą — bez adresu zwrotnego, podpisaną tylko "Anna". Anka przeczytała ją raz, złożyła i schowała do szuflady w komodzie, tej samej, w której trzyma akt małżeństwa i metrykę Antka.

Nie odpisała. Zamknęła szufladę i poszła robić kolację, bo mały zaczynał płakać, a ja jeszcze nie wróciłem z warsztatu.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: