Warsztat przy Grójeckiej
Regina Sowińska miała sześćdziesiąt trzy lata i warsztat samochodowy po mężu, który zmarł cztery lata temu na raka trzustki. Warsztat stał przy Grójeckiej, w Warszawie, kawałek za wiaduktem, tam gdzie tramwaj skręca w stronę Ochoty. Dwa boksy, kanał, kompresor, który trzeszczał jak stary radiowęzeł. Mąż zaczynał w latach dziewięćdziesiątych od jednego podnośnika i skrzynki z kluczami francuskimi, a skończył z pięcioma mechanikami na etacie i stałą klientelą taksówkarzy z całej dzielnicy.
Wnuk Reginy, Kacper, miał dwadzieścia siedem lat i od trzech pracował w tym warsztacie jako menedżer — tak to przynajmniej nazywał w rozmowach ze znajomymi. W praktyce siedział w biurze, odbierał telefony i raz na jakiś czas przynosił kawę mechanikom. Regina płaciła mu pensję, chociaż firma go nie potrzebowała — robiła to, bo tak by chciał Zygmunt, bo rodzina powinna trzymać się razem, bo wnuk to wnuk.
We wrześniu, w dniu, kiedy w telewizorze leciała powtórka meczu reprezentacji, a w korytarzu warsztatu pachniało olejem silnikowym zmieszanym z kawą z automatu za dwa złote, Regina przyszła po prostu podpisać przelew za części do audi jednego ze stałych klientów. Księgowa, pani Halina, pracująca w firmie od piętnastu lat, popatrzyła na nią dziwnie znad okularów.
— Pani Regino, a pani wie, że akt notarialny już przepisany?
— Jaki akt?
— No warsztatu. Kacper mówił, że pani wie. Że to pani decyzja.
Reginie zabrakło tchu na chwilę, jakby ktoś nagle otworzył bramę garażową w mroźny dzień. Poszła prosto do notariusza przy Placu Narutowicza, do tego samego biura, gdzie kiedyś z mężem podpisywali umowę najmu lokalu. Okazało się, że dwa miesiące wcześniej podpisała — a raczej ktoś podpisał jej nazwiskiem — pełnomocnictwo do zarządu majątkiem, rzekomo z powodu problemów ze wzrokiem po operacji zaćmy. Na tej podstawie Kacper przepisał na siebie sto procent udziałów w firmie.
Regina nie pamiętała żadnego takiego dokumentu. Pamiętała za to, że trzy miesiące temu Kacper przyniósł jej do podpisu "papiery do ZUS-u", bo "księgowa się pomyliła w deklaracji", a ona podpisała, bo ufała, że to wnuk, krew z krwi, syn jej córki, która zresztą od lat mieszkała w Anglii i telefonowała raz na dwa tygodnie.
Tego samego wieczoru zadzwoniła do córki, Doroty, do Manchesteru. Rozmowa trwała czterdzieści minut, z czego dwadzieścia Dorota płakała po angielsku do słuchawki, bo zapomniała już części polskich słów na takie sytuacje.
— Mamo, zgłoś to na policję. To jest oszustwo.
— To mój wnuk, Dorotko.
— To złodziej, mamo. Nie ma znaczenia, czyj wnuk.
Regina przez tydzień nie mogła spać. W nocy wstawała, robiła sobie herbatę z melisy, siadała przy oknie kuchennym w mieszkaniu na Ochocie i patrzyła, jak sąsiad z naprzeciwka wyprowadza swojego psa, starego labradora, zawsze o tej samej porze, o wpół do pierwszej w nocy, bo pies miał bezsenność podobną do jej własnej. To była jedyna stała rzecz w tych dniach — pies na smyczy, latarnia, cień na chodniku.
Zadzwoniła do adwokata, pana Wróblewskiego, poleconego przez sąsiadkę z bloku, tę samą, która kiedyś pomogła jej przy sprawie spadkowej po mężu. Adwokat obejrzał dokumenty, pokręcił głową.
— Proszę pani, podpis jest podrobiony. To widać gołym okiem, ekspertyza to potwierdzi bez trudu. Możemy unieważnić pełnomocnictwo i cały akt notarialny w ciągu paru miesięcy. Ale radzę też zgłosić sprawę prokuraturze — to jest fałszerstwo dokumentu, paragraf dwieście siedemdziesiąty toteż nie żarty.
Kacper zjawił się u niej sam, bez zapowiedzi, w niedzielę, kiedy z telewizora dobiegała transmisja mszy z Jasnej Góry. Usiadł przy stole kuchennym, tym samym, przy którym jadł rosół co niedzielę od dziecka.
— Babciu, ja to zrobiłem dla dobra firmy. Ty już nie dajesz rady, a ja bym wszystko unowocześnił, wprowadził rezerwacje online…
— Ty mnie okradłeś, Kacper. Podpis podrobiłeś.
— Przesadzasz. To był tylko formalny krok.
— Formalny krok kosztuje trzy lata więzienia.
Zamilkł. Nalała sobie herbaty, nie zaproponowała jemu.
Sprawa u notariusza ruszyła szybciej, niż się spodziewała, bo Regina zgromadziła wszystkie dokumenty w jednej teczce — tej samej, w której mąż kiedyś trzymał papiery firmowe, brązowej, z odklejającym się rogiem. Grafolog z instytutu przy Alejach Jerozolimskich potwierdził fałszerstwo w ciągu trzech tygodni. Sąd rejonowy dla Warszawy-Mokotowa unieważnił pełnomocnictwo i akt notarialny przepisania udziałów. Prokuratura wszczęła postępowanie z urzędu.
W piątek po ogłoszeniu decyzji sądu Regina przyszła do warsztatu rano, jeszcze przed otwarciem, z teczką pod pachą. Mechanicy już byli, kanał świecił żółtym światłem, ktoś nastawiał radio na stację z muzyką disco polo z lat dziewięćdziesiątych. Weszła do biura, wyjęła z teczki dokument z pieczęcią sądu i położyła go na biurku, gdzie zwykle siedział Kacper.
Zmieniła zamek do biura tego samego dnia — ślusarz przyjechał w ciągu godziny, kosztowało to sto dwadzieścia złotych. Kacpra wykreśliła z KRS-u jako prokurenta i wypowiedziała mu umowę o pracę z zachowaniem trzymiesięcznego okresu, bo prawo pracy nie zna wyjątków nawet dla wnuków. Kwota, którą przez trzy lata przepłacała mu jako pensję za stanowisko, którego faktycznie nie było — sto sześćdziesiąt tysięcy złotych — poszła do dokumentów jako podstawa cywilnego roszczenia zwrotnego, obok zarzutów karnych.
Kacper przyjechał do warsztatu we wtorek po południu, swoim starym passatem, zaparkował przy krawężniku tak jak zawsze. Podszedł do drzwi biura, przekręcił klucz w zamku — klucz nie pasował. Stał tam chwilę, popatrzył przez szybę, gdzie za biurkiem siedziała teraz pani Halina, prowadząc rozmowę telefoniczną z klientem o cenie oleju silnikowego. Regina obserwowała go z okna kanału obsługowego, gdzie sprawdzała fakturę za nowy kompresor.
Nie wyszła do niego. Nie miała mu już nic do powiedzenia — wszystko, co miała do powiedzenia, leżało w teczce sądowej, podpisane, opieczętowane i prawomocne.
