Sprzątanie po lokatorach to zawsze koszmar, ale to był mój jedyny wolny weekend i chciałam mieć to z głowy. Kawalerka na Nadodrzu we Wrocławiu, dwadzieścia dwa metry, widok na podwórko-studnię. Poprzedni lokatorzy zostawili tłusty nalot na okapie i plamę po winie na parapecie. Zdążyłam już domyć podłogę w przedpokoju i właśnie brałam się za okno, kiedy na klatce schodowej rozległ się rumor.

Najpierw usłyszałam stukot, jakby ktoś upuścił cementową płytę. Potem głos, który znałam aż za dobrze — wysoki, donośny, z tą charakterystyczną nutą pretensji, którą słyszałam na każdych rodzinnych obiadkach:

— Ostrożniej! Tam jest serwis z Bolesławca, nie drewno na podpałkę!

Podeszłam do drzwi na bosaka, z mokrą szmatą w ręku. Uchyliłam je na łańcuszku.

Na klatce stała moja teściowa, Irena, w rozpiętym płaszczu przeciwdeszczowym i z rozmazanym makijażem. Obok niej dwóch facetów w roboczych bluzach transportowych dźwigało wielkie kartony przewiązane taśmą pakową.

— O, jesteś! — ucieszyła się na mój widok teściowa. — Zdejmuj ten łańcuszek i pomóż chłopakom. Karolina wczoraj pokłóciła się z mężem ostatecznie. Wyprowadza się od niego. Pobędzie u ciebie jakiś czas, póki się sprawy sądowe nie zaczną. Mieszkanie stoi puste, to niech służy rodzinie.

To mieszkanie — moja kawalerka kupiona trzy lata przed ślubem z Romkiem — od początku było ością niezgody. Wzięłam na nie kredyt we frankach, jeszcze zanim poznałam męża. Spłacałam go głównie z wynajmu, dorzucając co miesiąc z pensji księgowej. Teściowa zawsze uważała, że skoro weszłam do rodziny, to i mieszkanie powinno stać się naszym wspólnym zapleczem. Na wszelki wypadek. Na czarną godzinę.

I właśnie ta godzina, jej zdaniem, nadeszła.

— Karolina nie będzie tu mieszkać — powiedziałam spokojnie. — Od wtorku wjeżdża nowy lokator. Dostał klucze w piątek, tylko pozwoliłam mu się wprowadzić po weekendzie, żebym zdążyła posprzątać.

— To odwołaj! — wzruszyła ramionami Irena. — Zwrócisz mu kaucję, pomyślisz, wielka suma. Karolina to siostra twojego męża, nie jakaś obca osoba. Romek już się zgodził.

Poczułam, jak szmata w mojej dłoni robi się gorąca. Romek się zgodził. Mój mąż, który od dwóch lat ani razu nie dorzucił się do kredytu, bo to — cytuję — „moja fanaberia sprzed ślubu i mnie ona nie dotyczy”. Zadzwoniłam do niego natychmiast.

Odebrał po czterech sygnałach. W tle słyszałam głosy z telewizora — mecz.

— Romek, twoja matka próbuje wnieść meble Karoliny do mojego mieszkania. Mówi, że jesteś za.

— No wiesz, Anka… — zająknął się. — Matka dzwoniła wczoraj, płakała do słuchawki. Karolina jest w rozsypce, Paweł podobno ją popchnął, ma siniaka na ramieniu. Nie bądźmy bez serca. Ty tam i tak nie siedzisz, a nowego lokatora spławisz jednym telefonem.

— To niech Karolina wprowadzi się do naszego wynajmowanego — zaproponowałam. — Nasza sypialnia jest większa od całej mojej kawalerki. Ty możesz na ten czas pomieszkać u matki.

— Zwariowałaś?! — żachnął się. — To ja płacę połowę czynszu za nasze mieszkanie, a będę spał na kanapie u matki?

— Właśnie. Ty płacisz połowę za nasze, a ja w całości spłacam swoje. Sam powtarzasz, że to nie twoje.

W słuchawce zapadła cisza. Potem Romek rzucił tylko:

— Jesteś niemożliwa.

I się rozłączył.

Irena tymczasem zdążyła już wepchnąć jeden karton w próg. Blokował drzwi.

— Słuchaj, dziewczyno — przeszła na ton mentorki. — Dwie kobiety w jednym domu się nie dogadają, to fakt. Dlatego Karolina potrzebuje osobnego kąta. Będzie się leczyć po tym związku, chodzić na terapię, dochodzić do siebie. A ty co? Serce z kamienia? Mnie na przeprowadzkę poszło dwieście osiemdziesiąt złotych. Za transport w jedną stronę!

— Niech zaniosą z powrotem — odparłam.

— Ja ci ten serwis z Bolesławca rzucę prosto na wycieraczkę! — wrzasnęła. — Zobaczysz, jeszcze za szkło będziesz płacić! Sztuka za sztuką!

Stała rozczochrana, z żyłką nabrzmiałą na czole. Za jej plecami tragarze oparli się o ścianę i bez słowa przeglądali coś w telefonach. Jeden z nich miał na ręce wytatuowaną mewę.

— Proszę bardzo — odsunęłam się od drzwi. — Niech pani rzuca. Tylko proszę celować konkretnie, tu są płytki z lat dziewięćdziesiątych, może któraś pęknie. Będę miała pretekst do remontu.

Zatrzasnęłam drzwi. Zdziwiłam się własnemu spokojowi. Serce mi waliło gdzieś w przełyku, ale ręce nie drżały. Łańcuszek brzęknął metalicznie.

Przez następne pół godziny słyszałam, jak Irena krzyczy na klatce. Dzwoniła do syna. Potem do Karoliny. Potem znów do syna. Kartony stały pod windą — widziałam przez wizjer — a na jednym z nich teściowa rozłożyła chusteczkę higieniczną i usiadła, mamrocząc pod nosem.

Wyszłam tylnym wyjściem przez balkon parterowy. Nie chciałam przeciskać się obok niej. Wróciłam do naszego wynajmowanego mieszkania na Krzykach tuż po dwudziestej.

Romek siedział przy kuchennym stole. Przed nim stał talerz z niedojedzoną kanapką z żółtym serem. W pokoju śmierdziało starym olejem z patelni — chyba próbował sobie smażyć, ale mu nie wyszło.

— Upokorzyłaś moją matkę — powiedział cicho. — Dzwoniła do mnie. Siedziała na twojej klatce do siódmej, aż znalazłem jej transport powrotny przez aplikację. Zapłaciłem sto czterdzieści złotych. Z moich pieniędzy.

— Z moich — poprawiłam. — Bo z czynszu za to mieszkanie w tym miesiącu oddasz mi równowartość.

— Anka, oszalałaś?! — poderwał się. — To moja siostra! Siostra, rozumiesz? Kiedy Paweł ją popchnął i poleciała na kaloryfer, myślisz, że kto pierwszy do niej jeździł na pogotowie? Ja! A ty co? Liczysz każdy grosz jak ostatnia materialistka. Nawet mieszkania nie chcesz udostępnić!

— To twoje mieszkanie? — spytałam cicho. — Brałeś kredyt? Wpłacałeś wkład własny? Jeździłeś na oględziny do dewelopera?

— Nie zaczynaj…

— W zeszłym tygodniu, jak brakowało mi dwóch stów do raty, powiedziałeś, że to nie twój cyrk, nie twoje małpy. Że kredyt brałam na siebie, to mam go spłacać.

— To co innego!

— Nie. To dokładnie to samo.

Romek spojrzał na mnie takim wzrokiem, jakby pierwszy raz zobaczył obcą kobietę. Wziął głęboki oddech.

— Słuchaj — powiedział już spokojniej. — Albo Karolina jutro tam wjedzie, albo ja się wyprowadzam do matki.

Czekał. Wyraźnie czekał. Pewnie, że się rozpłaczę. Że zacznę negocjować, przypominać przysięgę, wyciągać ręce. Zawsze tak robiłam. Na każdym rodzinnym święcie, gdzie jego matka wygłaszała przy gościach teksty o tym, że syn mógł znaleźć kogoś z lepszym posagiem. Na każdej imprezie, gdzie pytała, kiedy wreszcie zajdę w ciążę, bo lata lecą.

Tym razem coś we mnie przeskoczyło. Definitywnie.

— Pomóc ci się spakować? — zapytałam. — Duża walizka jest na pawlaczu. W łazience twoje rzeczy leżą po lewej stronie szafki.

Zrobił krok w tył. Dosłownie. Potknął się o dywanik w kratę.

— Ty… ty serio?

— Serio.

Pakował się godzinę. Słyszałam, jak trzaska szafą w przedpokoju, jak z pasją wyrywa wieszaki. Myślał, że wyjdę z kuchni. Że zacznę go przepraszać.

Siedziałam przy stole i piłam herbatę. Z kubka z napisem „Wrocław”. Dno miało lekki osad od kamienia, bo filtr w czajniku był stary. Patrzyłam na ten osad i myślałam, że może w ogóle czajnik wymienię na nowy. Metalowy. Z termometrem.

O dwudziestej drugiej trzydzieści huknęły drzwi wejściowe. Na półce w przedpokoju został tylko jego klucz.

Nowy lokator — spokojny student medycyny z Uniwersytetu Medycznego — wprowadził się we wtorek. Wpłacił kaucję i czynsz za dwa miesiące z góry. Kredyt poszedł na czas.

Dwa tygodnie później zadzwoniła Irena. Numer wyskoczył na ekranie telefonu w piątek po południu, kiedy kończyłam audyt w firmie na Tarnogaju.

— Ania, kochanie! — głos miała tak słodki, że aż się wzdrygnęłam. — Romek zostawił u ciebie swoją kurtkę przeciwdeszczową. Wiesz, tę granatową z odblaskami na rękawach. Potrzebuje jej do pracy, bo zaczął rozwozić jedzenie na rowerze. Może byś podjechała w weekend?

— Rzeczy Romka są spakowane w dwa worki — odpowiedziałam. — Stoją przy drzwiach. Niech przyjedzie i zabierze.

— No Aniu, przecież wy jesteście małżeństwem! Kłótnia to nie rozwód, po co te nerwy. Przyjedź w sobotę, zjemy ciasto. Karolina, tak nawiasem, pogodziła się z Pawłem, już wróciła do siebie. Mieszkanie twoje zwalnia się, więc sprawa nieaktualna.

Za jej plecami usłyszałam czyjś głos. Męski. Romek krzyknął do matki z głębi mieszkania:

— Powiedz jej, że jak chce się bawić w te gierki, to niech mi odda mój polar z logo firmy! Kosztował sto dwadzieścia złotych na wyprzedaży!

— Słyszałaś? — ożywiła się Irena. — Polar też!

— Niech przyjedzie — powtórzyłam i rozłączyłam się.

Wieczorem tego samego dnia wyszłam z psem sąsiadki na spacer. Pani Ewa ze szóstego piętra złamała nogę i poprosiła, żebym wyprowadzała Biszkopta, dopóki nie ściągnie gipsu. Biszkopt to stary jamnik z siwiejącym pyskiem, który nienawidzi deszczu i uwielbia kebab — przynajmniej zapach, bo nigdy go nie dostał.

Staliśmy na skwerku pod wiaduktem kolejowym, jamnik obwąchiwał ławkę, a ja patrzyłam na tramwaje przejeżdżające górą. Szyby drżały od wibracji. Pomyślałam, że powinnam w weekend pojechać do kawalerki i wyregulować okno w sypialni — lokator pisał, że się zacina.

I że może przy okazji kupię w tej czajnik. Ten metalowy.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: