Zapach kotów w klatce schodowej numer siedem

Basia postawiła walizkę na progu i westchnęła tak głośno, że echo poszło po całej klatce.

– Pięć. Pięć kotów w kawalerce. Ciociu Halino, ale mi zostawiłaś prezent.

Walizka była stara, brązowa, z urwanym kółkiem – przywiozła ją jeszcze z Białegostoku, kiedy trzy lata temu przeprowadziła się do Ostrołęki za pracą. Mieszkanie ciotki Haliny znajdowało się na drugim piętrze bloku z wielkiej płyty, na osiedlu Wojciechowice pod Ostrołęką, w takim domu, jakie stawiano na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – niskim, krępym, o grubych ścianach i wąskich klatkach, w których zawsze pachniało kapustą i czymś jeszcze. Ten drugi zapach dochodził akurat spod drzwi ciotki.

Ciotka Halina zmarła w lutym. Cicho, we śnie, tak jak żyła – bez rozgłosu, nie patrząc nikomu na ręce. Serce. Karetka jechała czterdzieści minut, ale przyjazd i tak nic już nie zmieniał.

Z rodziny zostały tylko Basia – córka młodszej siostry, która sama od jedenastu lat leżała na cmentarzu w Białymstoku. Basia przyjechała na pogrzeb, stała nad grobem w lutowym błocie, wysłuchała kondolencji od sąsiadek, które znała tylko z widzenia, a potem odebrała od notariusza klucze i spadek.

Spadek wyglądał tak: kawalerka trzydzieści jeden metrów kwadratowych, emerytura za luty – tysiąc siedemset dwadzieścia złotych, książeczka oszczędnościowa z saldem osiem tysięcy dwieście, meble sprzed dwudziestu lat i pięć kotów.

Notariusz, starszy mężczyzna w wymiętym garniturze, o zmęczonych oczach, powiedział to tak, jakby mówił o żyrandolu albo stołkach.

– Koty, zatem, też pani przypadają.

– Koty to nie majątek – zaoponowała Basia.

– Formalnie nie – zgodził się notariusz. – Ale schroniska w okolicy nie ma, najbliższe jest pod Ostrołęką i i tak pęka w szwach. Zmarła prosiła w testamencie – cytuję – „żeby zaopiekować się moimi dziećmi". Mocy prawnej to nie ma, ale… – rozłożył ręce. – Sumienie, wie pani.

Basia wiedziała. Sumienie miała twarde, po matce. Matka zawsze powtarzała: „Basiu, człowieka poznaje się nie po tym, jak traktuje równych sobie, tylko po tym, jak traktuje słabszych". Miała na myśli starych i dzieci, ale koty pewnie też się łapały.

Basia miała trzydzieści cztery lata. Niewysoka, krępa, krótko ostrzyżona, z opaloną twarzą – z tych kobiet, które są ładne nie rysami, tylko wyrazem: zdecydowanym, żywym, z iskrą w szarych oczach. Pracowała jako ratowniczka medyczna, doba na trzy, dwudziestoczterogodzinne zmiany, pensja marna, ale zawód lubiła.

Życie osobiste miała jak zimowy balkon – puste. Był mąż, Krzysiek, elektryk. Przeżyli razem trzy lata i się rozeszli. Krzysiek pił nie tak, żeby strasznie, ale stale – jak strumyk, który się nie wylewa, ale i nie wysycha. Basia znosiła, potem przestała, spakowała walizkę – tę samą, z urwanym kółkiem – i wyjechała. Nie dlatego, że przestała go kochać, tylko dlatego, że zmęczyło ją czekanie, aż postanowi być człowiekiem.

Od tamtej pory mieszkała sama. Wynajmowała pokój, jeździła na dyżury, w wolne dni czytała albo spacerowała nad Narwią. Ciotkę Halinę odwiedzała raz w miesiącu – przywoziła zakupy, leki, siadała z nią na kuchni przy herbacie. Ciotka była kobietą milczącą, zamkniętą w sobie, ale nie złą – po prostu samotną, jak stare drzewo na pustym polu. Koty zastępowały jej i rodzinę, i przyjaciół, i telewizor.

Teraz Basia stała w progu i myślała, co zrobić z pięcioma kotami, z mieszkaniem, z własnym życiem, które i bez tego szło krzywo.

Klucz przekręcił się w zamku, drzwi się otworzyły – i uderzyła w nią fala zapachu. Kociego, gęstego, wystałego przez dwa tygodnie pustego mieszkania. Sąsiadka, pani Krysia, wpadała dokarmiać zwierzaki, ale sprzątać najwyraźniej nie uważała za swój obowiązek.

– Jezu – Basia zatkała nos. – No i aromat.

Z korytarza patrzyło na nią dziesięć oczu. Pięć kotów siedziało półkolem, niczym delegacja, i lustrowało nową właścicielkę z ostrożną ciekawością.

Koty nazywały się: Mucha, Bimba, Fasolka, Rudzik i Prezes.

Mucha, najstarsza, ze dwanaście lat, szara, z białą plamą na piersi, charakter miała jak emerytka na rencie – kapryśna, obrażalska, z nawykiem wrzeszczenia w środku nocy bez wyraźnego powodu. Ciotka Halina zabrała ją kociakiem spod klatki jeszcze za życia męża, więc Mucha była jedynym stworzeniem, które pamiętało ich oboje.

Bimba, czarna, lśniąca, gruba jak bakłażan, mniej więcej dziewięcioletnia – dokładnie nikt nie wiedział. Dobroduszna do przesady: mruczała od byle dotyku, spała na plecach z łapami na boki, jadła wszystko, co nie było przybite. Ciotka mówiła o niej: „Bimba to ja za młodu – na wszystko chętna i wiecznie głodna".

Fasolka, mała, pstrokata, nerwowa jak wróbel na drucie. Ze pięć lat. Bała się głośnych dźwięków, chowała się pod tapczan przy każdym pukaniu do drzwi i ufała wyłącznie ciotce Halinie. Ciotka znalazła ją w kartonie przy śmietniku – ktoś wyrzucił razem z nią troje martwych kociąt. Fasolka przeżyła, ale świata odtąd nie lubiła – i trzeba przyznać, świat sobie na to zasłużył.

Rudzik, ogromny, kudłaty kocur bez połowy lewego ucha, ze siedem lat. Przyszedł sam – wdrapał się na balkon po rynnie, usiadł na parapecie i zażądał jedzenia. Ciotka nakarmiła. Rudzik został. Charakter miał niezależny: jadł, spał, czasem bił się z Prezesem o miejsce na fotelu. Do ludzi odnosił się równo – bez miłości i bez nienawiści. Filozof.

I na koniec – Prezes. Biały, o niebieskich oczach, głuchy na jedno ucho, czteroletni. Przyniosła go sąsiadka z parteru, pani Wiesia, ze słowami: „Halino, weź go, bo mąż go wrzuci do rowu". Ciotka wzięła. Prezes okazał się kotem z ambicjami: uważał się za pana tego mieszkania i wszystkich w nim obecnych. Jadł pierwszy, spał na środku łóżka, na inne koty patrzył z pańską pobłażliwością. Ciotka nazwała go Prezesem za te maniery – i przezwisko przylgnęło.

Basia stała pośrodku mieszkania i przeglądała swoje nowe zoo. Mucha siedziała na parapecie i patrzyła w okno, udając, że Basi nie ma. Bimba ocierała się o nogi i mruczała tak głośno, że brzęczały szklanki w serwantce. Fasolka siedziała pod tapczanem – widać było tylko zielone, przerażone oczy. Rudzik leżał na fotelu i wylizywał łapę, z namaszczeniem. Prezes stał pośrodku pokoju i wwiercał się w Basię niebieskim spojrzeniem, w którym można było wyczytać: „No i? Czego tu szukasz?".

– Dobra – powiedziała Basia głośno. – Po pierwsze: sprzątanie. Po drugie: wietrzenie. Po trzecie: nakarmić wszystkich. Po czwarte: usiąść i pomyśleć.

Sprzątała do wieczora. Trzy kuwety – wyczyściła, wymyła, zasypała świeżym żwirkiem. Podłogi umyła dwukrotnie, z płynem dezynfekującym. Okna otworzyła na oścież, mimo lutowego chłodu za oknem – luty na Mazowszu potrafi być paskudny. Wieczorem mieszkanie pachniało środkiem czyszczącym i świeżością, koty były najedzone, a Basia siedziała w kuchni z kubkiem herbaty i myślała.

Było nad czym. Pokój w Ostrołęce wynajmowała za osiemset złotych miesięcznie. Mieszkanie ciotki – własne, bez czynszu, ale daleko od pracy: do miasta dwadzieścia minut, ale karetka stacjonowała przy szpitalu, a tu, na wsi, nie było nic. Można kupić samochód – za jakie pieniądze. Można sprzedać mieszkanie – ale gdzie z kotami. Można oddać koty – ale komu. I najważniejsze – sumienie.

– Ciociu Halino – powiedziała Basia w pustkę. – No co ja mam z nimi zrobić?

Ciotka Halina oczywiście nie odpowiedziała. Za to odpowiedział Prezes: wskoczył na stół, usiadł na gazecie i spojrzał na Basię tak, jakby odpowiedź była oczywista.

– No dobra – powiedziała Basia. – Zostaję. Tymczasowo.

Prezes zmrużył oczy. Basia mogłaby przysiąc, że się uśmiechnął.

Sąsiedzi czekali na aferę. Nie tyle czekali, co się na nią cieszyli, jak widownia przed trzecim dzwonkiem w teatrze. Ciotka Halina za życia była w klatce postacią kontrowersyjną. Pięć kotów w kawalerce to zapach, sierść i wieczny powód do kłótni.

Sąsiadka z góry, pani Barbara – sucha jak patyk i uszczypliwa jak osa – pisała na ciotkę skargi do spółdzielni, do sanepidu, a podobno nawet do rzecznika praw obywatelskich. Skargi zawsze te same: antysanitarne warunki, zapach, sierść w wentylacji, alergia u wnuka, szkody moralne.

Sąsiad z boku, pan Ryszard, emerytowany kolejarz, do kotów podchodził prościej – znosił, ale przy każdym spotkaniu na klatce mówił ciotce: „Halino, no tyle to nie można. Jeden, dwa – niech będzie. Ale pięć! To już ferma jakaś".

Sąsiadka z parteru, pani Wiesia, ta sama, co przyniosła Prezesa, ciotkę lubiła. Ale była kobietą cichą, głosu nie miała ani w klatce, ani w rodzinie, i w sporach między Haliną a Barbarą występowała jako milczący obserwator, jak Szwajcaria podczas wojny.

Gdy po klatce rozeszła się wieść, że mieszkanie dziedziczy siostrzenica i koty pewnie zabierze ze sobą – albo, co lepsze, rozda – pani Barbara nabrała animuszu. Upiekła nawet szarlotkę i zaniosła ją Basi pierwszego wieczoru.

– Basiuniu – śpiewała słodkim głosem, podając ciasto. – Moje kondolencje. Pani Halina była, oczywiście, osobą… specyficzną. Ale pomyślałam – pani te kotki jakoś pozbywa się, prawda? No bo tyle w kawalerce to niemożliwe.

– Dziękuję za ciasto – powiedziała Basia. – A koty zostają.

Pani Barbara znieruchomiała, jak telewizor, w którym ktoś wyciszył dźwięk.

– Jak to zostają?

– Tak. Zostają. Wszystkie pięć.

– Ale… ale zapach! Sierść! Mój wnuk ma alergię!

– Sprzątam codziennie. Zapachu nie będzie. A sierść przez wentylację nie lata – to fizycznie niemożliwe. Jestem ratowniczką medyczną, mogę zaświadczyć.

Pani Barbara wyszła, zabierając ciasto z powrotem. Basia popatrzyła za nią i pomyślała, że życie na tej klatce będzie ciekawe.

Pierwszy tydzień Basia się urządzała. Przywiozła z Ostrołęki swoje rzeczy – niewiele, dwa worki ubrań i pudło książek. Przeniosła apteczkę ratowniczą, bez której czuła się naga. Obeszła mieszkanie okiem gospodyni. Zapuszczone, ale mocne. Ściany grube, ceglane, ciepłe. Sufity wysokie jak na dzisiejsze standardy. Okna stare, drewniane, ale nie zgniłe. Kaloryfery żeliwne, grzały tak, że można było chodzić w podkoszulku. Meble – z epoki Gierka, ciężkie, wieczne: serwantka z kryształami, wersalka, szafa, kuchenny stół, dwa krzesła. Remont się przydał – tapety odklejone, panele wypaczone, w łazience ciekła rura. Ale żyć się dało.

Z pracą ułożyło się łatwiej, niż Basia myślała. We wsi obok, w Wojciechowicach, działał ośrodek zdrowia, a pielęgniarka zrezygnowała jeszcze w styczniu i nikogo nowego nie znaleziono. Wójt, pan Zenon – mężczyzna okrągły i zabiegany jak bąk – dowiedział się o Basi od pani Wiesi i przyleciał następnego dnia.

– Basiu! – złapał ją za rękę obiema dłońmi. – Ratowniczka! Medyk! Niebo pani zesłało! Nam fachowca trzeba jak powietrza! Najbliższy szpital w Ostrołęce, karetka jedzie czterdzieści minut! Mieliśmy tej zimy dwa zawały, jeden udar, dziadek Wierzbicki złamał nogę – i to wszystko na barkach pani Zosi, która pielęgniarkowała jeszcze za Gierka!

– Ile płacicie? – spytała Basia.

Wójt podał kwotę. Basia skrzywiła się – nawet jak na pogotowie było skromnie.

– Ale mieszkanie pani ma – dodał szybko. – I dodatek na start – dwa tysiące. I ogródek przy ośrodku, sadzić co pani chce.

Basia się zastanowiła. Mieszkanie – własne. Koty – tu. Praca – blisko. Życie się układało jak puzzle – krzywo, ze szparami, nie do końca według obrazka, ale się układało.

– Dobra – powiedziała. – Zaczynam od poniedziałku.

Ośrodek zdrowia mieścił się w parterowym budynku na skraju wsi – kiedyś punkt skupu mleka, potem magazyn, teraz przychodnia. Dwa gabinety, pokój zabiegowy, apteczka wielkości szafy i korytarz, gdzie krzesła stały tak ciasno, że pacjenci siedzieli ramię przy ramieniu jak wróble na drucie.

Basia zrobiła porządek w tydzień. Wyrzuciła przeterminowane leki, umyła podłogi i ściany, poukładała wszystko według instrukcji, powiesiła plakat o szczepieniach przeciw grypie i tabliczkę „Przyjęcia 8:00–14:00".

Mieszkańcy podchodzili do niej z rezerwą – młoda, z miasta, krótkie włosy, charakter nie do zjedzenia. Ale gdy w ciągu pierwszych dwóch dni nastawiła bark dziadkowi Wierzbickiemu (wywichnął, gdy wlazł na dach naprawiać antenę), opatrzyła oparzenie pani Krysi (oblała się wrzącym dżemem) i zrobiła zastrzyk cukrzykowi panu Edwardowi (który trzy miesiące chodził bez insuliny, bo do miasta daleko) – wieś uznała, że Basia to człowiek na miejscu.

– Chwytna – mówiły babcie na ławce. – I się nie zadziera. Po prostu przyszła i robi.

– Normalna baba – kiwał głową dziadek Wierzbicki, kręcąc nastawionym barkiem. – Ręce ma tam, gdzie trzeba. Nie to, co poprzednia. Ta tylko wyniki na kartce pisała, a rękami nic.

Basia przyjmowała rano, po południu obchodziła adresy – odwiedzała leżących, staruszków, przewlekle chorych. Wieczorem wracała do domu, karmiła koty i padała na wersalkę. Koty układały się wokół niej – Bimba pod bok, Rudzik u nóg, Prezes na poduszce, Mucha na oparciu. Fasolka siedziała w kącie i patrzyła. Basia zasypiała przy mruczeniu – gęstym, wielogłosowym, jak organy w starym kościele. I po raz pierwszy od dawna czuła w środku spokój.

Awantura, na którą czekali sąsiedzi, wybuchła w kwietniu – ale zupełnie nie taka, na jaką liczyli.

Pani Barbara nie odpuszczała. Skargi leciały dalej – do spółdzielni, do sanepidu, do straży miejskiej. Basia dostała dwa pisma z żądaniem „usunięcia antysanitarnych warunków utrzymania zwierząt" i jedno z ostrzeżeniem o grożącej karze finansowej. Przyjechał kontroler – chudy młody człowiek w okularach, obszedł mieszkanie, zajrzał do kuwet, powąchał powietrze i wzruszył ramionami.

– Czysto – powiedział. – Żadnych naruszeń. Zwierzęta zaszczepione?

– Zaszczepione – Basia pokazała paszporty weterynaryjne, świeże, wyrobione zaraz pierwszego miesiąca.

– No to wszystko – kontroler rozłożył ręce. – Napiszę, że naruszeń nie stwierdzono. A ta pani sąsiadka z góry… No, pani rozumie.

Basia rozumiała. Ale pani Barbara nie rozumiała. Albo nie chciała. Po wyjeździe kontrolera przeszła do wojny podjazdowej. Zostawiała na klatce karteczki: „Kociara – wstyd tej klatki", „Tu mieszka wariatka z kotami". Raz podsunęła pod drzwi wydruk z internetu: „Toksoplazmoza – niewidzialny wróg", podkreślony czerwonym markerem w najstraszniejszych fragmentach.

Basia przeczytała, prychnęła i przykleiła kartkę na lodówkę.

– Przydatne – powiedziała do Prezesa. – Chociaż w połowie bzdura.

Prezes spojrzał na kartkę i ziewnął tak szeroko, że widać było wszystkie zęby. Był zdrowy, zaszczepiony i odrobaczony, a toksoplazmoza straszyła go mniej więcej tak samo, jak Basię karteczki pani Barbary.

Ale pewnego kwietniowego wieczoru sprawa się zaostrzyła. Basia wracała z pracy zmęczona po ciężkim dniu: babcia Kowalska z ciśnieniem, dziadek Wierzbicki z niegojącą się raną, mały Kubuś Symonowicz z gorączką trzydzieści dziewięć i kaszlem, który Basi się nie podobał.

Na klatce stała pani Barbara, ręce na biodrach, usta zaciśnięte, oczy błyszczące gniewem.

– No więc tak – powiedziała pani Barbara. – Albo pani sprzątnie te swoje pchlarnie, albo ja dzwonię po odławianie.

– Pani Barbaro – Basia mówiła spokojnie, choć w środku wszystko się gotowało – odławianie zajmuje się bezdomnymi zwierzętami. Moje koty są domowe, zaszczepione, wysterylizowane. Nie ma pani prawa.

– Ja mam prawo mieszkać w czystej klatce!

– Klatka jest czysta. Myję swoje piętro co tydzień.

– A zapach?!

Pani Barbara wrzasnęła to tak głośno, że z mieszkania pod nimi wychylił się pan Ryszard w rozciągniętym podkoszulku, a z góry, przez uchylone drzwi, wyjrzała ciekawska sąsiadka od dziecka z alergią. Kubuś Symonowicz zakaszlał w torbie Basi, jakby chciał przypomnieć, że jeszcze go trzeba dowieźć do domu z lekami.

– Pani Barbaro – powiedziała Basia głośno, żeby słyszał cały korytarz. – Ja teraz idę do dziecka z gorączką. Jeśli pani chce dzwonić do odławiania, proszę, tylko niech pani wcześniej przeczyta ustawę o ochronie zwierząt, bo interwencja bez podstawy to jest zwykłe nękanie, a na to już jest paragraf. A jeśli chce pani rozmawiać o czystości – zapraszam jutro po czternastej, obejrzy pani moje kuwety osobiście, z lupą, jak się pani podoba.

Zapadła cisza, jaką rzadko się słyszy na klatce z pięcioma kotami za ścianą. Pan Ryszard chrząknął i powiedział tylko:

– Tamara, daj kobiecie spokój, ona przecież ludzi ratuje, a ty jej kuwety liczysz.

To był ten moment, w którym coś w postawie sąsiadów się przesunęło – niby nic, ale jednak. Bo dwa tygodnie później to właśnie pan Ryszard zadzwonił do Basi o wpół do dwunastej w nocy, bo bolało go w klatce piersiowej i on jeden w bloku wiedział, że za ścianą mieszka ktoś, kto umie odróżnić zgagę od zawału. Basia zbiegła w piżamie, z torbą, zrobiła EKG przenośnym aparatem, który trzymała w mieszkaniu na wszelki wypadek, i wezwała karetkę – to był rzeczywiście zawał, niewielki, ale zawał. Pan Ryszard wyszedł ze szpitala dziesięć dni później i odtąd przy każdym spotkaniu na klatce kiwał Basi głową bez słowa, co u niego znaczyło więcej niż niejeden komplement.

Pani Barbara nie ustąpiła od razu. Ale gdy w maju złożyła kolejną skargę do spółdzielni, dostała odpowiedź na piśmie: kontrola z kwietnia nie stwierdziła naruszeń, a ponowne bezpodstawne zgłoszenia będą traktowane jako nadużycie procedury. Do tego dołożyła się plotka, że to właśnie Basia uratowała panu Ryszardowi życie – a plotka na osiedlu waży więcej niż jakikolwiek sanepid. Pani Barbara przestała pukać do drzwi. Nie dlatego, że nagle polubiła koty – po prostu nie miała już komu skarżyć, bo sąsiedzi, jeden po drugim, stanęli po stronie tej, która przyjeżdżała do nich w środku nocy z torbą pełną leków.

We wrześniu, kiedy liście na klonach przy ośrodku zaczęły żółknąć, Basia poszła do notariusza w Ostrołęce – tego samego, mętnooki, w wymiętym garniturze, tylko teraz w letniej marynarce. Przyniosła teczkę z dokumentami: akt własności mieszkania, książeczkę oszczędnościową, paszporty weterynaryjne pięciu kotów.

– Chcę wpisać zapis na wypadek mojej śmierci – powiedziała. – Mieszkanie i te osiem tysięcy dwieście złotych – dla schroniska w Ostrołęce, pod warunkiem że zaopiekują się kotami, jeśli mnie nie będzie. I chcę, żeby to miało moc prawną. Nie jak ciotka – prośbę bez zabezpieczenia.

Notariusz spojrzał na nią z uznaniem, jakiego dawno nie okazywał żadnej klientce, i sięgnął po formularz testamentu.

– To się da zrobić – powiedział. – I, powiem szczerze, rzadko ktoś przychodzi z taką sprawą tak spokojnie.

Basia wyszła z kancelarii z kopią dokumentu w teczce, pojechała do ośrodka na popołudniowy obchód, a wieczorem, jak zawsze, karmiła pięcioro kotów w kuchni, która wciąż pachniała środkiem czyszczącym, nie kapustą. Prezes usiadł na parapecie, patrząc na nią z góry, jak zawsze – ale tym razem, kiedy podeszła nalać mu karmy, otarł się o jej rękę, zamiast czekać, aż ona to zrobi pierwsza.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: