Klara weszła do mieszkania na Bemowie po dwunastogodzinnym dyżurze w szpitalu i już w przedpokoju poczuła smażoną cebulę, a na podłodze zobaczyła obce buty, rozmiar czterdzieści dwa, ustawione wprost na jej kapciach. Marzyła tylko o prysznicu i ciszy. Zamiast tego w salonie czekała na nią teściowa Jadwiga, promienna jak nowy czajnik, a obok niej na kanapie, z nogami na ich stoliku, siedziała krzepka kobieta w dresie.
– A tu Klareczka! – klasnęła w dłonie teściowa, jakby wręczała prezent. – To jest Halina, moja koleżanka z Radomia. Musi tu, w Warszawie, zrobić badania w Szpitalu na Banacha, a ceny za noclegi teraz to rozbój. Mówię jej – jaki hotel, Halinko, chłopcy mają czterdzieści metrów więcej, miejsca starczy. Pomieszka tydzień, dwa, w potrzebie da się wytrzymać.
Klara patrzyła na to w milczeniu. Jej mąż Michał doskonale wiedział, jak bardzo jest przeciwna obcym ludziom w ich mieszkaniu – zwłaszcza teraz, gdy oboje harowali, żeby spłacić kredyt na remont łazienki. Zamiast powiedzieć matce nie, tylko opuścił ramiona i wymamrotał: – No co, Klarka, człowiek musi się przecież leczyć…
W tamtej chwili Klara zrozumiała, że mąż sprzedał ją za święty spokój w rodzinie.
Pierwsza awantura wybuchła dwie godziny później. Halina bez pytania przestawiła łóżko w pokoju siedmioletniego Kacpra, twierdząc, że „dziecko nie może spać głową do okna, bo ciągnie". Gdy Klara lodowatym tonem poprosiła, żeby nie dotykała rzeczy w dziecięcym pokoju, Halina tylko prychnęła.
– Widać, że nerwowa z ciebie żona, Michał – rzuciła głośno, siorbiąc herbatę. – Od razu widać warszawską kanapową arystokrację, zapomnieli, jak się traktuje zwykłych ludzi. Jadziu, mówiłaś, że są gościnni.
Jadwiga natychmiast rzuciła się pocieszać koleżankę, a Klarę zbyła spojrzeniem, że niby „nie robi rodzinie wstydu przed porządnymi ludźmi". Klara poszła do sypialni i zamknęła drzwi na klucz. Nie mogła zasnąć – za ścianą mamrotał telewizor do drugiej w nocy, a Halina głośno omawiała przez telefon szczegóły swojego reumatyzmu. Michał, który poszedł spać na kanapie w salonie, nawet nie spróbował uspokoić sytuacji.
Rano Klara odkryła, że jej drogi profesjonalny szampon zniknął do połowy, a w kuchni Halina gospodarowała przy kuchence, szorując metalową łopatką jej ulubioną patelnię z powłoką nieprzywierającą.
– O, Klarciu, zrobiłam nam jajecznicę – odwróciła się Halina, wycierając ręce w ścierkę. – Naczynia umyj sobie sama, od waszej chemii sechnie mi skóra. I kup porządny majonez, bo macie w lodówce same warzywa i jogurty.
– Pani Halino – westchnęła Klara, starając się mówić spokojnie. – Jest pani tu gościem, którego nikt nie zaprosił. Albo będzie pani szanować zasady tego mieszkania, albo spakuje pani walizki.
Do kuchni wpadła Jadwiga jak burza. – Jak ty się odzywasz do starszej osoby?! – krzyknęła. – My pomogliśmy Michałowi kupić to mieszkanie! Moje piętnaście tysięcy złotych tu leży! Mam prawo przywieźć tu, kogo chcę!
To zdanie uderzyło Klarę prosto w żołądek. Mieszkanie kupili wyłącznie ze spadku po jej babci i wspólnych oszczędności. Michał zawsze przysięgał, że od matki nie wzięli ani złotówki. Klara odwróciła się do męża stojącego w drzwiach:
– Dawała twoja matka pieniądze na mieszkanie, Michał? Odpowiedz.
Michał poczerwieniał, jego wzrok błądził po kuchni, aż w końcu wyrzucił z siebie: – No… dała piętnaście tysięcy. Na remont. Ale ja je wydałem na spłatę starych długów, o których ci nie mówiłem, żebyś się nie martwiła. A mamie powiedziałem, że włożyłem to w zakup mieszkania.
To podwójne oszustwo odebrało jej mowę. Michał nie tylko ukrywał przed nią długi, ale jeszcze wmówił matce, że jest pełnoprawną współwłaścicielką ich gniazda.
– Wspaniale – powiedziała Klara cicho. – Po prostu wspaniale.
W milczeniu ubrała się i poszła do pracy. Cały dzień Michał do niej dzwonił, ale nie odbierała. Jadwiga wysyłała wiadomości, że „porządne żony nie zostawiają mężów przez drobiazgi".
Kiedy Klara wróciła wieczorem, w mieszkaniu było cicho. W kuchni siedział blady Michał. Po teściowej ani po Halinie nie było śladu.
– Klara… jest jedna sprawa – zaczął się jąkać. – Halina tak naprawdę nie potrzebuje żadnych badań. Sprzedała mieszkanie w Radomiu, pieniądze dała synowi na biznes, a on ją praktycznie wyrzucił. Nie ma gdzie się podziać. Mama postanowiła jej pomóc. Chcą, żeby Halina zamieszkała u nas… aż znajdzie pracę i jakąś wynajmówkę. Trzy miesiące. Albo pół roku.
To był ostateczny cios. Teściowa za jej plecami knuła, jak zrobić z ich mieszkania darmowy przytułek dla obcej kobiety na czas nieokreślony.
– I ty oczywiście milczałeś? – spojrzała Klara mężowi prosto w oczy.
– A co miałem zrobić? Mama płacze, oskarża mnie o bezduszność…
Klara się z nim nie kłóciła. Poszła do sypialni, spakowała rzeczy Kacpra i swoje dokumenty do małej walizki. Michał biegał za nią w panice, błagał, żeby się nie spieszyła.
– Jadę do siostry do Krakowa – powiedziała spokojnie. – Daję ci dokładnie trzy dni. Albo w tym mieszkaniu będę mieszkać ja z synem, albo zostaniesz tu ze swoją matką, z Haliną i swoimi długami – ale już jako mężczyzna po rozwodzie. Mieszkanie jest zapisane na mnie jeszcze sprzed ślubu, więc z twoją eksmisją prawniczka poradzi sobie szybko.
Wyszła i zostawiła go samego z konsekwencjami własnej słabości.
Przez trzy dni Klara mieszkała u siostry na Bemowie, gdzie każdego ranka pod oknami dzwonił tramwaj linii siedemnaście, a ona zadawała sobie pytanie, czy postąpiła słusznie. Ostatniego wieczoru zadzwoniła do niej sama Halina. Jej głos nie był już bezczelny, raczej zakłopotany.
– Klara, wybacz mi – zaczęła. – Ja naprawdę nie wiedziałam, że Jadwiga ci nie powiedziała prawdy! Ona mi mówiła, że mieszkanie jest całe jej, a wy mieszkacie tam tylko tymczasowo. Nie chcę być powodem waszego rozwodu. Już się spakowałam, jadę do siostrzenicy na wieś.
Kiedy Klara wróciła do domu, w mieszkaniu nie było ani Haliny, ani Jadwigi. Michał siedział w kuchni całkowicie przybity. Okazało się, że gdy wreszcie zebrał odwagę i twardo powiedział matce z koleżanką, żeby się wyprowadziły, Jadwiga urządziła ogromną scenę. W przypływie złości wyrwała mu dowód osobisty z portfela i złamała go na pół, krzycząc, że jest „zdrajcą i sknerą". Odchodząc, zapakowała wszystkie swoje prezenty – mikrofalówkę, mikser i nowe zasłony, które sama powiesiła w salonie. Na ich miejscu zostały tylko gołe karnisze i odcisk po mikserze na blacie.
Michał podniósł wzrok na żonę i po raz pierwszy od wielu lat nie było w nich lęku przed matką, tylko gorzkie otrzeźwienie.
– Rozumiem wszystko, Klara – powiedział cicho. – Te pieniądze oddam mamie co do grosza, będę na to pracował. Nowy dowód już zamówiłem. I nigdy więcej nie pozwolę jej ingerować w nasze życie. Jeśli w ogóle jeszcze zdołasz mi wybaczyć.
Klara nie poprzestała na wybaczeniu jako uczuciu. Następnego dnia rano poszła do banku przy placu, zamknęła wspólne konto, na które Michał wcześniej przelewał jej pensję, i otworzyła nowe, tylko na swoje nazwisko. Zadzwoniła do prawniczki, z którą ustaliła sporządzenie aneksu do ich majątkowej umowy małżeńskiej: mieszkanie zostaje wyłącznie jej, a Michał ma sześć miesięcy na spłacenie tej kwoty matce z własnej pensji, bez naruszania budżetu rodzinnego. Dokumenty podpisali tego samego tygodnia u notariusza na Woli, a Klara złożyła poświadczoną kopię do niebieskiej teczki i schowała ją do szuflady ze świadectwami szkolnymi syna.
Jadwiga nie pokazała się u nich nawet na Boże Narodzenie. Przysłała tylko esemesa, że Michał jest „niewdzięcznikiem". Klara przeczytała tę wiadomość, schowała telefon do torebki i poszła przygotować Kacprowi kanapki na jutrzejszą wycieczkę szkolną – pociąg odjeżdżał o siódmej rano, a on jeszcze nie spakował butów na gimnastykę.
