Nazywam się Marek Ostrowski, mam trzydzieści dwa lata i pracuję w salonie samochodowym pod Radomiem. Tamtego lipca dostałem awans, kupiłem sobie na kredyt czarnego SUV-a — i chciałem to jakoś uczcić. Ciotka Bożena mieszka pod Radomiem na Wichrowej, dom po dziadku, kawał ziemi, spokój. Pomyślałem: wpadnę z Justyną na weekend, pochwalę się autem, odpoczniemy od miasta. Tak to sobie wtedy tłumaczyłem. Teraz wiem, że to nie tak wyglądało z jej strony.
Podjechałem pod bramę, a tam wąsko jak w korytarzu. Skrobnąłem lakier o słupek, zakląłem, i to mnie chyba poniosło od razu na złą nutę. Wysiadłem, otworzyłem okno, krzyknąłem coś w stylu, że trzeba by tę bramę poszerzyć, bo ledwie się wcisnąłem. Ciotka stała w fartuchu z sekatorem w ręku, akurat przycinała hortensje pod oknem. Wyleciał jej sekator z dłoni, jak nas zobaczyła.
— Cześć, ciotka — mówię. — Nie spodziewałaś się nas, co?
Justyna wysiadła z drugiej strony, w sandałkach na koturnie, i od razu jęknęła, że stoi w błocie po kostki. Ja to rozumiem, ona nie znosi takich rzeczy, ma wrażliwe stopy po operacji przed dwoma laty. Ale przyznaję, że powinienem był to inaczej rozegrać.
— Właśnie miałem pomysł — mówię do ciotki. — Ten twój klomb pod oknem to i tak same chwasty, hortensje te nie owocują, nic z nich pożytku. Wyrównamy tam kawałek, zrobimy podjazd, będę miał gdzie stawiać auto, jak przyjadę.
Ciotka spojrzała na mnie jakoś dziwnie, jakby nie wierzyła własnym uszom.
— To mój ogród — mówi. — I moje kwiaty.
A ja się wtedy uparłem, bo tak mam — jak coś sobie ułożę w głowie, trudno mi z tego zejść. Wyciągnąłem z bagażnika kanister z paliwem zmieszanym z jakimś środkiem chwastobójczym — chłopaki z warsztatu dali mi to, mówili, że działa błyskawicznie na wszystko. Miałem plan: polać krzaki, wyrwać linką holowniczą, a wieczorem zamówić tłuczeń i zrobić porządny podjazd. W mojej głowie to było logiczne — przecież robiłem to dla wszystkich, żeby było wygodniej. Teraz widzę, że nikt mnie o zdanie nie pytał, a ja i tak parłem do przodu.
Ciotka powiedziała, że sadziła te hortensje cztery lata, że co wiosnę okrywała je przed przymrozkiem. Justyna prychnęła coś o „wiejskiej tragedii z niczego”. Ja jej nie ucinałem, bo byłem zajęty odkręcaniem kanistra. Śmierdziało od razu ostro, jak w warsztacie po zmianie oleju.
— Odsuń się, ciotka, bo zaczepię linkę i wyrwę to w dwie minuty — powiedziałem.
Nie zauważyłem wtedy, że ciotka sięgnęła do kieszeni fartucha. Miała tam jakiś pilot — myślałem, że to od bramy albo od pompy w studni. Odeszła spokojnie w stronę kuchni letniej, nic nie mówiąc, i to mnie wtedy jeszcze bardziej zirytowało, bo pomyślałem, że mnie olewa.
I wtedy się zaczęło. Spod trawnika, gdzieś przy klombie, rozległo się metaliczne kliknięcie, a potem ziemia jakby zadrżała — silnik pompy głębinowej. Nie miałem pojęcia, że ma tam zamontowane zraszacze obrotowe, mosiężne, ukryte w darni wzdłuż całej rabaty. Pierwszy strumień trafił prosto w kanister, który trzymałem w rękach. Uderzenie było tak mocne, że blacha się wgniotła, a kanister wyleciał mi z dłoni i oblał mi buty i spodnie własną chemią.
— Kurwa mać! — wrzasnąłem, bo drugi strumień walnął mnie w klatkę piersiową jak z węża strażackiego. Woda była lodowata, prosto z czterdziestometrowej studni, może pięć stopni. Czapka poleciała w pokrzywy razem z okularami.
Justyna dostała z drugiej dyszy przy schodkach. Jej sukienka przykleiła się do ciała w sekundę, fryzura zmieniła się w mokre sople. Poślizgnęła się na sandałach i wylądowała prosto na worku z węglem drzewnym, który wcześniej wyciągnąłem z bagażnika na grilla. Węglowy pył zmieszał się z wodą i zrobił z niej istne straszydło — czarne od kolan po policzki.
Ja wtedy przestałem myśleć o krzakach, o kanistrze, o całej tej idei z podjazdem. Liczyło się jedno: auto stało z otwartymi szybami, a strumień wody właśnie wjeżdżał prosto do środka. Widziałem, jak zalewa ekran multimedialny, jak chlupocze w kratkach wentylacyjnych, jak nasiąka jasna skóra siedzeń, które jeszcze pachniały nowością. To mnie dobiło bardziej niż zimna woda na plecach.
Poślizgnąłem się w błocie, wylądowałem na brzuchu, dojechałem do koła. Trzecia próba się udała — wsiadłem, silnik zapalił z chrapliwym piskiem rozrusznika, Justyna wskoczyła na tylne siedzenie, gubiąc po drodze jedną sandałę w koleinie. Cofałem na oślep, strąciłem drewniany słupek, wgniotłem zderzak o starą wannę do podlewania i wypadłem przez otwartą bramę na drogę gminną.
Przez dwa tygodnie suszyłem tapicerkę u kolegi w warsztacie — koszt naprawy elektroniki wyniósł dwa tysiące trzysta złotych, nie licząc siedzeń. Mama dzwoniła do ciotki, krzyczała, że jesteśmy rodziną, że dom budował dziadek. Ciotka odpowiedziała jej spokojnie, że działka jest zapisana na nią, że ma pokwitowania sprzed pięciu lat, kiedy spłacała nasze udziały — matce i mnie, co do złotówki, z pracy na nocnych dyżurach na kolei. Powiedziała też, że ma nagranie z kamery pod okapem i wrzuci je na grupę osiedlową, jeśli jeszcze raz się zjawię pod jej bramą.
Wtedy uznałem, że to przesada, że robi z igły widły. Napisałem na grupie działkowców, że ciotka oblała gościa wężem, że zarząd powinien ją zmusić do zrobienia mi miejsca postojowego za płotem na jej koszt. Prezes odpisał wprost, publicznie: chcesz prywatny parking, kup pole w gminie, przy stróżówce jest miejsce za trzy złote na dobę, jak ci nie pasuje — parkuj w rowie za przejazdem. Usunąłem konto z grupy tego samego wieczoru, zdjąłem zdjęcie profilowe. Wstyd mi było patrzeć w ekran.
Minęło już parę tygodni. Auto naprawione, ale do dziś, jak włączam nawigację, ekran migoce przy większej wilgotności — mechanik mówi, że to zostało po zalaniu, mimo suszenia. Traktuję to jak przypomnienie. Nie dzwonię już do ciotki, nie piszę. Wiem, że działka jest jej, że papiery mam sam podpisane własną ręką pięć lat temu, kiedy brałem od niej pieniądze za swój udział. Wiem też, że nagranie wciąż leży u niej na dysku — nikomu go nie wysłała, ale nie musiała. Wystarczyło, że powiedziała, że może.
