Kartka z listą braków

Ludzie pytają mnie czasem, jak wytrzymuję czterdzieści zwierząt w jednym gospodarstwie i do tego jeszcze psychoterapię raz w tygodniu. Odpowiadam zawsze tak samo: bo osiem lat temu ktoś mi kazał zrobić listę.

Nazywam się Bartosz Wieczorek, mam pięćdziesiąt trzy lata i prowadzę przytulisko dla zwierząt pod Opocznem, w starym gospodarstwie po dziadku, gdzie kurnik przerobiłem na izolatkę dla kotów, a stodołę na boksy dla koni ze schroniska. Przed tym byłem księgowym w firmie transportowej w Radomiu i, jak sam mówię żartem, "rozliczałem faktury, aż w końcu przestałem czuć cokolwiek innego". Rozwód, utrata pracy przy fuzji firmy, matka na wózku, którą trzeba było wozić co tydzień na dializy do szpitala na Aleksandrowicza — wszystko naraz, w ciągu jednego roku. Wtedy trafiłem do gabinetu doktora Sitarza, na piętrze starej kamienicy przy Żeromskiego, gdzie w poczekalni zawsze grało radio z prognozą pogody i pachniało kawą rozpuszczalną z termosu na recepcji.

Siedziałem tam i wyliczałem mu, czego nie mam. Nie mam żony. Nie mam pracy. Nie mam mieszkania własnego, bo zostało przy rozwodzie. Nie mam czasu dla siebie, bo matka wymaga opieki dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie mam już nawet tego psa, którego trzymaliśmy z żoną, bo zabrała go razem z resztą.

Sitarz — łysiejący, w swetrze w kolorze musztardy, zawsze z tą samą filiżanką po herbacie owocowej — słuchał, kiwał głową, a potem powiedział coś, czego się nie oczekiwałem.

— Ma pan rację. Sporo pan nie ma. Dopiszmy jeszcze do tej listy. Nie ma pan nowotworu. Nie ma pan długu w banku na sto tysięcy złotych, którego nie spłaci pan do końca życia. Nie ma pan dziecka, które trzeba by było karmić przez sondę. Nie ma pan protezy nogi po wypadku. Proszę spisać to wszystko, czego pan nie ma, do samego końca — i zobaczy pan, czy nastrój się nie poprawi.

Wziąłem wtedy zeszyt z apteczki i faktycznie zacząłem pisać. Po drugiej stronie kartki. Trzy linijki i już poczułem, że robi mi się głupio.

Rzecz w tym, że tamten rok nie skończył się od razu na lepsze. Jeszcze pół roku zajęło mi znalezienie mieszkania w Opocznie, w bloku z lat siedemdziesiątych, gdzie sąsiadka z dołu, pani Halina, trzymała na balkonie gołębie i codziennie rano walczyła z nimi o pranie. Matka zmarła wiosną — spokojnie, we śnie, w szpitalu, gdzie dyżurowała ta sama pielęgniarka, która wcześniej uczyła mnie robić jej zastrzyki. Zostałem sam, z odprawą po zwolnieniu z pracy i z tą kartką w szufladzie.

Wtedy przyjechał do mnie brat, Robert, który mieszkał w Łodzi i prowadził warsztat samochodowy. Powiedział, że dziadkowe gospodarstwo za Opocznem stoi puste, bo nikt go nie chce, bo trzeba tam ciągnąć wodę z nowa i remontować dach. Zaproponował, żebym je wziął za symboliczną złotówkę, bo jemu i tak nie po drodze. Pojechałem tam w listopadzie, kiedy pole było już zbrunatniałe, a stara studnia zamarznięta, i zobaczyłem pod stodołą trzy koty, które ktoś tam zostawił, bo dom stał opuszczony od lat.

Nakarmiłem je konserwą z torby na zakupy. Następnego dnia przyszło pięć. Miesiąc później miałem już siedemnaście kotów, dwa psy przywiązane łańcuchem przez sąsiadów z wioski, którzy "nie mieli czasu" i konia po powodzi, którego weterynarz z Tomaszowa chciał uśpić, bo miał zapalenie kopyt. Zacząłem szukać pomocy w internecie, założyłem stronę na Facebooku, "Gospodarstwo pod Opocznem — dom dla zwierząt", i ludzie zaczęli przywozić mi to, czego sami się bali albo czego nie chcieli.

Pieniądze były zawsze problemem. Karma, weterynarz, opał na zimę do budynków, gdzie zwierzęta zimowały. Pamiętam jedną zimę, kiedy licznik na koncie pokazywał sto osiemdziesiąt złotych, a rachunek za leczenie konia z kolką wynosił tysiąc dwieście. Wtedy zadzwoniłem do Sitarza, po latach, tylko żeby powiedzieć mu, że nadal mam tę kartkę.

— A ile masz teraz zwierząt, których nie ma szansy przeżyć bez ciebie? — zapytał.

Powiedziałem: czterdzieści jeden.

— To licz dalej w tę drugą stronę — powiedział. — Nie masz długu za mieszkanie, bo mieszkasz w domu po dziadku. Nie masz żony, która by ci zabroniła trzymać czterdzieści jeden zwierząt. Nie masz szefa, który by cię zwolnił za to, że w środę wyjechałeś na wizytę do weterynarza w Piotrkowie. Widzisz, ile miejsca zostało w twoim życiu, żeby to wszystko się zmieściło?

W tym roku, we wrześniu, przyjechała do mnie kobieta z Łodzi, klientka mojego brata z warsztatu, która usłyszała o gospodarstwie i chciała oddać starego owczarka, bo mąż ją zostawił i nie miała gdzie mieszkać z psem. Przyjechała z kartonowym pudłem dokumentów, karty szczepień, książeczka zdrowia, i płakała przy furtce, mówiąc, że nie ma już nic — ani męża, ani mieszkania, ani nawet tego psa, jeśli go tu odda.

Zaparzyłem jej herbatę w kuchni, gdzie na parapecie stały doniczki z pomidorami, których nikt już nie zbierał, bo sezon się skończył, a ona siedziała na krześle po dziadku i wyliczała mi to samo, co ja kiedyś Sitarzowi.

Dałem jej kartkę i długopis leżący koło telefonu.

— Napisz mi, czego pani nie ma — powiedziałem. — Do samego końca listy.

Popatrzyła jak na wariata. Napisała trzy linijki, przerwała, spojrzała na psa, który leżał jej pod nogami i merdał ogonem, jakby wiedział, że coś się teraz decyduje.

— Pani nie ma raka — dodałem. — Nie ma pani dziecka w szpitalu. Nie ma pani czterdziestu jeden zwierząt na głowie, o które musi się troszczyć codziennie od piątej rano. Ma pani zdrowe ręce, zdrowe nogi i psa, który panią kocha bardziej niż ten mąż kiedykolwiek.

Nie zabrałem jej psa. Zaproponowałem coś innego: żeby zamieszkała u mnie w domku gościnnym, tym, który wcześniej służył jako skład na siano, a teraz stoi wyremontowany, bo wolontariusze pomogli mi go ocieplić. Za to, że pomoże przy zwierzętach, będzie miała dach nad głową i jedzenie z ogrodu, aż stanie na nogi.

Zgodziła się tego samego wieczoru. Pies spał u niej pod łóżkiem pierwszej nocy, tak jak wcześniej spał u niej w Łodzi, w mieszkaniu, którego już nie ma.

Ta kartka wisi teraz u mnie w kuchni, przypięta magnesem do lodówki, koło zdjęcia matki. Nie dopisałem do niej ani jednej linijki od tamtej zimy z koniem. Nie muszę. Wystarczy, że rano, kiedy idę nakarmić czterdzieści jeden zwierząt zanim wstanie słońce, przechodzę obok niej i pamiętam, czego nie mam — i dziękuję za to, siorbiąc kawę z termosu, zanim ruszę do stodoły.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: