Krzysztof stał pod drzwiami gabinetu stomatologicznego, jakby wyrósł tam z betonu. Aleksandra wyszła, rozpinając kołnierzyk fartucha, w głowie wciąż jeszcze szumiało jej po ostatnim pacjencie — ósemce, która nie chciała wyjść.
— O, cześć. Co ty tutaj?
Nie pocałował jej na przywitanie. Nawet nie drgnął.
— Od przyszłego tygodnia zamykasz gabinet. Jedziesz do mojej matki na wieś.
Aleksandra zamrugała. Była taka zmęczona, że przez moment pomyślała, że to żart.
— Słucham?
— Matka jest po złamaniu biodra. Ojciec nie daje rady sam. Potrzebują kogoś na miejscu. Ty jesteś jedyną sensowną opcją.
Mówił obcesowo, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Jakby czytał na głos instrukcję obsługi odkurzacza.
— Krzysiek, przecież ja dopiero otworzyłam ten gabinet — powiedziała powoli. — Wzięłam kredyt. Mam kontrakt z ortodontką z Żoliborza, mamy listę pacjentów na trzy miesiące do przodu.
— To się dogadasz. Pacjentów przejmie ktoś inny, a matka nie poczeka. Ustaliliśmy z Jolą, że to będzie najlepsze wyjście.
— Ustaliliście — powtórzyła cicho.
— No. Jola nie może, ma dzieci i castingi. Ja pracuję. Jedziesz i już.
W tym momencie wyszła jej wspólniczka, Zofia, z kluczem w dłoni. Spojrzała na wymalowaną na twarzy Aleksandry konsternację i od razu zapytała:
— Co jest?
— Krzysiu właśnie zaplanował mi karierę opiekunki — rzuciła Ola. — Na wsi. U swojej matki.
— Żartujesz? — Zofia zmrużyła oczy. — A co z nami? Z gabinetem? Z kredytem?
— Mówię jej to samo! — ożywił się Krzysztof. — A ona swoje.
Zofia zrobiła krok w jego stronę i spojrzała tak zimno, że cofnął się o pół metra.
— Wie pan co? Byłam tam, kiedy Ola brała ten kredyt. Wiem, ile nocy nie spała, żeby wszystko ruszyło. I teraz przychodzi pan i mówi, że to wszystko nie ma znaczenia, bo matka potrzebuje pomocy. Nie pańska siostra, nie pan, tylko pańska żona?!
— Bo żona to rodzina! — żachnął się.
— Rodzina to nie worek na śmieci, żeby wszystko na jedną osobę zrzucać — powiedziała Zofia. — Może pan sam weźmie urlop? Zamiast udawać, że medycyna to hobby, a nie firma?
— Niech się pani nie wtrąca! — warknął Krzysztof i chwycił Olę za łokieć. — Dość tego. Wsiadaj do auta.
Aleksandra wysunęła rękę.
— Przyjdę, jak skończę dyżur. Pogadamy w domu, spokojnie.
— Nie będzie żadnego gadania — rzucił i odszedł.
W domu zastała obrazek, od którego zrobiło jej się gorąco w kark. Krzysztof wyciągnął z pawlacza starą, wielką walizkę na kółkach i metodycznie układał w niej jej ciuchy.
— Co ty wyprawiasz?
— Pomagam — burknął. — Żebyś się nie musiała męczyć.
— Krzysztof, ja nigdzie nie jadę.
Jeszcze tego nie usłyszał, bo jego telefon rozdzwonił się głośno. Na ekranie wyświetliło się „Jola”. Złapał słuchawkę i odszedł do kuchni, ale Aleksandra słyszała każde słowo.
— Tak, właśnie się pakuje…
— Nie, nie marudzi…
— Trzy tysiące na leki i jedzenie dasz, co miesiąc…
— No co ty, przecież dla ciebie trzy tysiące to nie pieniądze…
Coś w Oli trzasnęło. Nie głośno, raczej jak pęknięcie cienkiej tafli lodu pod stopą, zanim wpadnie się do lodowatej wody.
Podeszła do przedpokoju i otworzyła szafę. Wyjęła drugą torbę. Potem trzecią. Zaczęła się pakować — nie tak, jak chciał mąż, ale dokładnie i starannie. Klucze od mieszkania położyła na parapecie.
Następnego ranka Krzysztof obudził się sam. Walizka, torby, aktówka z laptopem — zniknęły. Na stole parował ekspres, a obok leżała karteczka: „Wyjechałam. Jak chcesz, to myśl, że do matki.”
Próbował dzwonić. Najpierw co pięć minut. Potem co pół godziny, co godzinę. Telefon milczał, wiadomości nie były odczytywane. Wysłał SMS-a z adresem matki: „Łomża, ul. Spokojna 4. Daj znać, jak dojedziesz.” Zero odpowiedzi.
Matka zadzwoniła po południu.
— Krzysiu, a gdzie ta twoja? Mówiłeś, że będzie przed południem, a tu cicho.
— Już jedzie, mamo. Pewnie w korku stoi.
— To może ja obiad zrobię? Bigosik by się przydał…
— Rób, mamo, rób.
Nie zamierzał mówić jej prawdy. Nie przyznałby się do porażki nawet przed własnym lustrem.
Wieczorem wybrał się do kliniki, ale budynek był już zamknięty. Pod gabinetem znalazł tylko kartkę: „Gabinet nieczynny do odwołania.” I drugą, przyklejoną taśmą do drzwi: „Kontakt: tel. 608-…”.
Zadzwonił. Odezwała się Zofia.
— Gdzie jest Ola?!
— Nie wiem, o co pan pyta — powiedziała lodowato.
— Niech pani nie ściemnia!
— Panie Krzysztofie, przykro mi, ale Ola poprosiła, żebym nie podawała jej lokalizacji nikomu, kto dzwoni z podniesionym głosem. Życzę miłego wieczoru.
Rozłączyła się.
Trzy dni krążył między domem a pracą, wysyłał esemesy, aż w końcu napisał jednego — „Proszę, wróć. Porozmawiamy jak ludzie.”
Dopiero wtedy dostał odpowiedź: „W czwartek, 19.00. W parku przy kościele. Nie spóźnij się.”
Przyszedł za wcześnie. Dreptał pod topolami, żuł gumę miętową, żeby nie śmierdzieć papierosami, przeczesywał palcami włosy. Spóźniała się kwadrans. Kiedy ją zobaczył — w czarnym płaszczu, z włosami ściągniętymi w ciasny kok — wyglądała inaczej. Jakby urosła.
— Olka, cholera, no przepraszam — zaczął szybko. — Źle to rozegrałem. Wracaj do domu, odkręcimy wszystko. Nie musisz jechać do matki.
— Już tam byłam — powiedziała spokojnie.
— Co?!
— Wczoraj. W Łomży.
Zatkało go.
— Byłam, porozmawiałam z twoimi rodzicami — ciągnęła, patrząc mu prosto w oczy. — Mają pod opieką pielęgniarkę środowiskową, rehabilitanta i opłacony komers prywatny. Twoja siostra od dwóch lat nie wpłaciła ani grosza, a ja nie jestem organizacją charytatywną. Rodzicom jest przykro, że syn z córką próbowali zrzucić całą opiekę na synową. Płakali, Krzysztof. Wstyd mi było za ciebie.
— Kłamiesz!
— Zadzwoń do nich.
Stał bez ruchu. Patrzył na nią i po raz pierwszy od lat nie wiedział, co powiedzieć.
— Nie ma już „naszego” mieszkania — dodała cicho. — Złożyłam pozew. Pieniądze z konta wspólnego przelałam na rozliczenie kliniki — moja połowa, zgodnie z umową majątkową. A ty masz teraz dwa wyjścia.
Milczał. Drgała mu tylko szczęka.
— Pierwsze: jedziesz do matki i zostajesz tam tak długo, aż znajdziesz dla niej całodobową opiekę. Sam. To twoi rodzice, Krzysztof. Nie moi. Nie sąsiadów. Twoi. I moje życie nie jest tańsze od twojego.
— A drugie? — wykrztusił.
— Drugie: kobieta, z którą jesteś w sądzie. Sama, z teczką pełną twoich SMS-ów. Z załącznikami o groźbach pozbawienia mnie pracy. Nie radzę sprawdzać.
Słońce zachodziło za kościołem. W oddali szczekały psy.
Ola odwróciła się i ruszyła w stronę przystanku. Nie biegła. Nie oglądała się. Krzysztof stał pod topolą, ściskając w dłoni telefon, na którym wibrowało właśnie kolejne powiadomienie — matka pytała, czy bigos odgrzewać jutro, czy pojutrze.
