Tego poranka Zofia wyszła za furtkę z wiadrem obierek dla kur — i zapomniała, po co szła. Na drugim końcu ulicy, pod numerem szóstym, stała karetka. Tylne drzwi były otwarte na oścież, dwóch mężczyzn w granatowych mundurach ostrożnie, bokiem, wnosiło do środka nosze. Wiadro postawiła prosto w pyle. Od pół roku z Danutą się nie odzywały. Od pół roku — przez krzak agrestu, który rósł akurat na granicy działek i tak samo hojnie sypał jagodami po obu stronach płotu. Jedna powiedziała coś zbędnego, druga odpowiedziała ostrzej, niż chciała, i każda poszła w swoją stronę, trzaskając furtką. Dwie kobiety, które od siódmej klasy siedziały w jednej ławce, a potem przez całe życie dzieliły sól, drożdże i nowiny sąsiedzkie, zaczęły mijać się bez słowa, patrząc gdzieś w bok.
Karetka zatrzasnęła drzwi i ruszyła.
— Stójcie! — krzyknęła Zofia. — Stójcie, ludzie!
Nie biegała chyba z dwadzieścia lat. A tu pobiegła — po rozgrzanym żwirze, w gumowych klapkach, przytrzymując ręką bok. Samochód oddalał się, myślała już, że da za wygraną, kiedy nagle zaskrzypiały hamulce. Kierowca przypadkiem spojrzał w lusterko.
— Do nas pani? — z przednich drzwi wysiadł mężczyzna.
— Co się stało? Co z Danutą?
— Serce.
— Przeżyje?
— W tym wieku, proszę pani, nikt tego nie zagwarantuje. Zrobimy, co się da.
Zofia zaczerpnęła powietrza.
— Proszę mnie wpuścić. Na minutę. Jedną minutę.
— Rodzina pani?
— Sąsiadka — powiedziała. I ciszej dodała: — Przyjaciółka.
Mężczyzna potarł kark, zerknął na kierowcę i bez słowa otworzył tylne drzwi. Danuta leżała pod cienkim szarym kocem, a Zofia zobaczyła najpierw nie jej twarz, tylko dłonie. Pod paznokciami była ziemia. Znaczy, zdążyła rano wyjść na grządki. Znaczy, krzątała się jak zawsze, dopóki jej nie ścisnęło.
Zofia wzięła tę dłoń — suchą, lekką, z wystającymi żyłkami — i ścisnęła, jakby mogła nią zatrzymać.
— Danusiu — szepnęła. — Wybacz mi. Słyszysz? Wybacz za ten agrest.
Powieki się nie poruszyły.
— Przepraszam, musimy jechać — powiedział mężczyzna. — Czas ucieka.
— Tak, tak — Zofia cofnęła się i nagle złapała go za rękaw. — Tylko ją ratujcie. Błagam, ratujcie.
— Proszę zostawić numer telefonu. Zadzwonię, jak coś będzie wiadomo.
Stała na środku drogi w białym kurzu, dopóki karetka nie zniknęła za zakrętem w stronę szosy na Puck.
Do domu Zofia dotarła nie wiadomo jak. Zamknęła furtkę, oparła się o nią plecami. Pod ścianą, na nagrzanej cegle, leżał Konstanty. Szary, z białym kołnierzykiem, żółtymi oczami, które kiedyś świeciły tak, że w ciemności było je widać z drugiego końca podwórka. Piętnaście lat. Kiedyś siadał na słupku płotu jak wartownik, i żadna kura nie mogła przejść obok bez inspekcji. Teraz po prostu leżał. Mrużył oczy na słońce i się nie ruszał.
— Kostek. Kostuś. Chodź tu, kochany.
Kot niechętnie się podniósł, podszedł, otarł się o nogę — raz, dla porządku — i znów się położył. Starość podkradła się do niego cicho, tak jak on sam kiedyś podkradał się do wróbli. Najpierw przestał skakać na płot. Potem na ławkę. Potem przestał wychodzić z podwórka. Zofia patrzyła na niego i rozumiała wszystko co do joty. Bo w niej samej siedziało to samo.
We wsi pod Puckiem wieści rozchodzą się szybciej niż jaskółki przed burzą. Do południa w sklepie stała już kolejka po świeży chleb, i ta kolejka aż huczała.
— Ja jej mówiłam: rzuć ten ogród — mówiła kobieta w wełnianym swetrze, mimo upału. — Zdrowie droższe.
— A jak go rzucisz, skoro on cię żywi?
— No i komu przez to lepiej?
Drzwi skrzypnęły, weszła Basia — ta, która zawsze dowiaduje się wszystkiego jako ostatnia — i kobiety zaczęły machać do niej rękami.
— Basiu! Słyszałaś, co się dziś stało?
— No mówcie już.
— Danutę zabrała karetka. Serce.
— Którą Danutę? Mamy ich trzy.
— Tę z Malinowej sześć. Na końcu ulicy.
— A, tę, co przyjaźniła się z Zofią.
— Przyjaźniła się — powtórzyła znacząco pierwsza. — Pół roku się nie witały.
— Dziewczyny, ona ma prawie dziewięćdziesiątkę — Basia postawiła siatkę na podłodze. — Może nie wrócić. A jak wróci — kto się nią zajmie? Dzieci nie ma, rodziny nie ma.
— Ale mówiła, że ma odłożone. I na wszystko starczy, i jeszcze ludziom na stół zostanie.
Kobiety spojrzały po sobie i z jakiegoś powodu równocześnie odetchnęły z ulgą, a potem zawstydziły się tego westchnienia.
Przy półce z kaszami stał chłopak koło dwudziestu pięciu lat, w jasnej wiatrówce, i udawał, że wybiera grykę. Nikt na niego nie patrzył. A czego by miał patrzeć? W lipcu na Kaszuby kto tylko nie przyjeżdża — jagody tanie, sezon w pełni. Ekspedientka liczyła bochenki i gubiła rachunek. Kobiety gadały dalej. Chłopak wysłuchał do końca, wyszedł, kogoś przy sklepie zapytał, jak trafić na Malinową, i ruszył tam szybkim krokiem. Oczu za ciemnymi okularami nie było widać. Za to uśmiech — owszem.
Przy furtce się obejrzał. Ulica była pusta, jak bywa tylko w upał, kiedy nawet psy leżą pod werandami. Furtka była domknięta, ale nie zamknięta — zamiast zasuwki sterczał zagięty, zardzewiały gwóźdź. Chłopak popchnął ją nogą, przecisnął się przez szparę i zaczepił rękawem. Materiał pękł krótko, sucho.
„Kupię nową — pomyślał. — Tylko żeby forsę znaleźć."
Drzwi do domu też były otwarte. Ludzie na wsi jeszcze się nie przyzwyczaili zamykać w biały dzień. Naciągnął rękawiczki i zaczął przewracać wszystko do góry nogami. W biurku pieniędzy nie było. W walizce pod łóżkiem też nie. Przetrząsnął książki — między kartkami leżały tylko wysuszone liście klonu i zdjęcie dwóch dziewczynek w mundurkach z białymi kokardami. W kuchennej szafce stały cukier, sól i słoik z kaszą perłową.
Została szafa. Duża, trzydrzwiowa, z lustrem pośrodku. Otworzył pierwsze drzwi i zaczął zrzucać ubrania na podłogę. Sukienki, swetry, szlafroki — wszystko, co kobieta zbierała pół życia, legło na deskach pstrą kupą.
I wtedy coś dotknęło jego nogi. Raz. Drugi. Trzeci — już bardziej natarczywie. Chłopak znieruchomiał. Odwrócił się — za plecami nikogo. Spuścił wzrok. Na podłodze siedział Konstanty. Przyszedł tu na własnych łapach, po raz pierwszy od miesięcy przekroczywszy próg dalszego pokoju, i teraz patrzył na złodzieja swoimi żółtymi ślepiami, mrucząc głośno, jakby domagał się głaskania. Chłopak odsunął go butem — niecierpliwie, ale bez złości — i kot zaraz wrócił, oparł się łbem o jego kostkę, znowu i znowu, aż tamten się zaplątał w nogach i musiał chwycić za framugę szafy, żeby nie upaść.
— Won stąd — syknął, ale kot nie odpuszczał.
Wtedy chłopak zauważył, że pod tylną ścianą szafy, tam gdzie kot uparcie się ocierał, deska podłogowa jest inna niż reszta — nowsza, lekko wystająca, jakby ktoś ją niedawno wyjmował. Odsunął stertę ubrań, podważył deskę scyzorykiem. W środku, w metalowej puszce po herbatnikach, leżał zwitek banknotów przewiązany sznurkiem do pieczenia i zeszyt w kratkę — książeczka oszczędnościowa z lokalnego oddziału banku spółdzielczego w Pucku. Osiemnaście tysięcy złotych.
Wziął puszkę, wepchnął do plecaka. Kot usiadł na pustej desce i patrzył, jak tamten się śpieszy do drzwi, potykając się o rzucone ubrania.
Na progu chłopak zderzył się z Zofią.
Przyszła sprawdzić, czy w domu Danuty pozamykane okna — bo tak się robi, kiedy sąsiadkę zabiera karetka, nawet gdy się z nią pół roku nie rozmawia. Zobaczyła otwartą furtkę z wyrwanym gwoździem, zobaczyła jego twarz z bliska — chłopięcą, spoconą, przestraszoną bardziej niż jej własna — i krzyknęła tak, że w sąsiednim ogrodzie zaszczekał pies.
— Złodziej! Ratunku, ludzie, złodziej!
Chłopak odepchnął ją ramieniem i rzucił się biegiem przez podwórko, przez wyłamaną furtkę, na ulicę — prosto pod nadjeżdżający od strony przystanku autobus PKS, który akurat zwalniał przed zakrętem. Kierowca zdążył zahamować, ale chłopak potknął się o krawężnik i plecak wypadł mu z ręki, otwierając się na asfalcie. Banknoty rozsypały się po jezdni razem z zeszytem oszczędnościowym.
Na hałas wybiegli sąsiedzi z całej Malinowej. Ktoś przytrzymał chłopaka za wiatrówkę, ktoś inny już dzwonił na policję. Zofia stała pośrodku tego wszystkiego z rękami przy ustach, a u jej nóg, na progu domu Danuty, siedział Konstanty i patrzył na rozsypane pieniądze z takim spokojem, jakby to on osobiście doprowadził sprawę do końca.
Danuta wróciła ze szpitala w Pucku po jedenastu dniach. Serce wytrzymało, choć lekarz powiedział wprost: jeszcze jeden taki atak i nie będzie już karetki, która zdąży. Zofia przychodziła codziennie — nie z poczucia winy, choć i to było, ale dlatego, że ktoś musiał podlewać grządki, karmić kury i pilnować, żeby staruszka nie schylała się za nisko.
Pierwszego dnia po powrocie usiadły na ławce pod tym samym krzakiem agrestu, który je poróżnił. Danuta wyjęła z kieszeni fartucha złożoną kartkę — zaświadczenie z policji w Pucku o zwrocie skradzionej sumy, osiemnastu tysięcy złotych, do książeczki oszczędnościowej w banku spółdzielczym. Podała ją Zofii bez słowa, jakby to był dokument, który powinny obejrzeć razem.
— Ten gwóźdź w furtce trzeba wymienić na porządny zamek — powiedziała Zofia, oddając kartkę.
— Trzeba — zgodziła się Danuta i sięgnęła po nożyczki do żywopłotu, oparte o ławkę. Przycięła gałąź agrestu, która zwieszała się nad płotem Zofii, i odłożyła nożyczki po swojej stronie. — Tak sprawiedliwiej będzie. Połowa jagód twoja, połowa moja, granica równo pośrodku.
Konstanty wskoczył na ławkę między nimi — po raz pierwszy od dwóch lat na coś wyższego niż próg — i ułożył się w cieniu krzaka, mrużąc żółte oczy na wrześniowe słońce.
