W październiku 1987 roku brygada kopalni „Thorez" w Wałbrzychu drążyła nowy chodnik na poziomie tysiąc dwustu metrów. Trzy dni roboty szły zgodnie z planem — nic nie zapowiadało, że czwarty dzień zmieni wszystko.
Wieczorem wiertło przeszło przez twardą warstwę skalną i nagle zapadło się w pustkę. Sztygar zarządził natychmiastowy postój — kolejny wybuch mógł spowodować zawał. Górnicy zbierali już narzędzia do wyjścia, gdy jeden z nich, Tadeusz Wrona, przyłożył dłoń do otworu.
— Ciągnie stamtąd — powiedział tylko.
Powietrze było świeże, nie takie, jakie zwykle wypełnia podziemne szczeliny. Po chwili inni też wyczuli coś jeszcze — słaby zapach mokrej ziemi i trawy. Na dole, gdzie od lat pachniało tylko węglem, smarem i wilgocią kamienia, to nie miało prawa się zdarzyć.
Rano otwór zaczęto ostrożnie poszerzać. Najmłodszy w brygadzie, dwudziestotrzyletni Marek Kowalczyk, zajrzał pierwszy do środka — i cofnął się tak gwałtownie, że uderzył hełmem o obudowę chodnika. Sztygar zapytał, co widział. Marek odpowiedział jednym słowem:
— Światło.
Kierownik zmiany, Ryszard Nowak, przepracował w kopalni dwadzieścia sześć lat i nigdy nie widział, żeby ktoś z jego ludzi tak reagował na zwykłą szczelinę. Podszedł sam, pochylił się nad otworem i patrzył długo, nie mówiąc nic. Potem zażądał, żeby natychmiast wezwać geologa z powierzchni.
Otwór poszerzono jeszcze trochę. Teraz każdy z brygady podchodził po kolei, zaglądał — i odsuwał się bez słowa. Nad nimi leżało ponad kilometr skały. A przed oczami było coś, czego tam po prostu być nie mogło.
Za ścianą rozciągało się miasto.
Nie ruiny, nie jaskinia z dziwnymi formacjami — regularne ulice, zarys budynków, coś, co przypominało latarnie stojące rzędem. Światło, które widział Marek, sączyło się skądś z góry, rozproszone, jakby przechodziło przez mgłę albo przez szybę.
Geolog, Barbara Zielińska, przyjechała z Wrocławia następnego dnia i spędziła w chodniku sześć godzin. Kazała zamknąć dostęp do wyrobiska i zabroniła jakichkolwiek dalszych prac, dopóki nie skonsultuje się z instytutem. Nikt z brygady nie dostał pozwolenia, żeby wracać w to miejsce — ani tego dnia, ani przez kolejny tydzień.
W kopalni krążyły już różne wersje: że to zapadlisko po dawnych, nieudokumentowanych wyrobiskach sprzed wojny, że złudzenie wywołane metanem, że coś, co po prostu nie mieści się w żadnym raporcie. Rodziny górników zaczęły pytać, czy praca na tym poziomie jest bezpieczna. Dyrekcja kopalni, ku niezadowoleniu załogi, nie powiedziała nic konkretnego — tylko że sprawę bada komisja.
Marek nie mógł spać. Powtarzał żonie, Ewie, że widział dachy. Że to nie była żadna gra światła, tylko dachy, prostokątne, ułożone jak w prawdziwej dzielnicy. Ewa robiła mu wtedy herbatę z melisą, siadała obok i słuchała, choć sama nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.
Tydzień później do kopalni przyjechała grupa z Instytutu Nauk Geologicznych — trzech naukowców i dwóch wojskowych, co samo w sobie wystarczyło, żeby plotki nabrały nowego rozpędu. Zjazd na poziom tysiąc dwustu metrów zamknięto dla wszystkich poza ekipą badawczą. Brygadę Ryszarda przeniesiono na inny odcinek, bez wyjaśnień, z zapisem w dokumentach, że powodem jest „reorganizacja prac".
Barbara Zielińska wróciła do otworu z aparaturą pomiarową i taśmą do pobierania próbek powietrza. Wynik był jednoznaczny i zarazem niepokojący: skład atmosfery za ścianą różnił się od tego w chodniku — więcej tlenu, mniej pyłu węglowego, ślady substancji organicznych, jakby powietrze rzeczywiście pochodziło sponad ziemi, a nie z zamkniętej podziemnej kieszeni.
Trzeciego dnia badań jeden z wojskowych, major Stanisław Wolski, zszedł osobiście do otworu z latarką i aparatem fotograficznym. Wrócił po czterdziestu minutach blady, z filmem, którego nikt później nie widział wywołanego. Powiedział tylko Barbarze, że dalsze poszerzanie otworu wymaga zgody z Warszawy.
Zgoda nie przyszła. Zamiast niej, dwa tygodnie później, do kopalni dotarł rozkaz: chodnik na poziomie tysiąc dwustu metrów ma zostać zabezpieczony, otwór zamurowany betonową tamą, a dalsze prace w tym kierunku wstrzymane na czas nieokreślony. Oficjalnym powodem, wpisanym do dokumentacji, było „zagrożenie metanowe i niestabilność stropu".
Ryszard Nowak, który po dwudziestu sześciu latach pracy miał prawo wiedzieć więcej niż napisano w papierach, poszedł do dyrektora kopalni i zapytał wprost, co widziała komisja. Dyrektor, człowiek, którego Ryszard znał od lat i z którym nieraz pił po zmianie, tylko pokręcił głową i powiedział, że sam nie dostał odpowiedzi — że decyzja przyszła z góry, gotowa, bez uzasadnienia, i że lepiej jej nie kwestionować, jeśli chce się dalej pracować.
Betonową tamę wylano w listopadzie, tuż przed pierwszym śniegiem. Marek Kowalczyk był przy tym — sam poprosił, żeby go wyznaczono do tej zmiany, chociaż nikt go nie zmuszał. Stał i patrzył, jak beton zalewa otwór, przez który tydzień wcześniej widział coś, czego nie potrafił nazwać inaczej niż miastem. Nie powiedział nic. Zapisał tylko w zeszycie, który trzymał w szafce, datę i cztery słowa: „Zamurowali. Nikt nie zapyta".
Trzydzieści dziewięć lat później, w archiwum kopalni — dawno już zamkniętej, przekształconej częściowo w skansen górniczy — leży teczka z numerem katalogowym, w której brakuje strony jedenastej raportu Barbary Zielińskiej. Nikt z obecnych pracowników muzeum nie potrafi powiedzieć, gdzie ta strona się podziała. Ewa Kowalczyk, dziś siedemdziesięcioletnia wdowa, wciąż przechowuje w domu w Wałbrzychu ten sam zeszyt męża — jedyny dokument, który ocalał, bo nigdy nie trafił do akt kopalni, tylko do szuflady komody w sypialni.
