Nazywam się Barbara Wiśniowska, mam sześćdziesiąt jeden lat i przez dwadzieścia trzy lata prowadziłam schronisko dla zwierząt na obrzeżach Bydgoszczy, przy drodze na Fordon. Ludzie, którzy pamiętają mnie z telewizji, rzadko poznają mnie teraz — w gumowcach, z workiem karmy na ramieniu, z sierścią na swetrze, którego nie da się już wyprać do czysta.
A kiedyś moja twarz wisiała na plakatach w każdym kinie w Polsce.
Grałam w komediach młodzieżowych na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych — role tej zabawnej koleżanki, która wygaduje głupoty i wszyscy się z niej śmieją. Trzy filmy, jeden serial, reklama proszku do prania, którą do dziś ktoś mi cytuje na ulicy. Byłam rozpoznawalna. Miałam agentkę, sesje zdjęciowe, zaproszenia na premiery, gdzie fotografowie krzyczeli moje imię, żebym odwróciła się w ich stronę.
Zdjęcie, które teraz krąży po internecie, zrobiono na plaży w Jastarni, w sierpniu dwa tysiące trzeciego roku. Siedzę na piasku w byle jakim stroju kąpielowym, z puszką piwa, bez makijażu, z włosami związanymi byle jak. Nikt wtedy nie wiedział, że tydzień wcześniej dostałam telefon od reżysera, który obiecywał mi główną rolę, a potem oddał ją innej aktorce, bo ta "lepiej sprzedaje się mediom". Piłam to piwo, bo miałam ochotę płakać, a na plaży trudno to ukryć inaczej.
Kariera nie skończyła się jednym ciosem. Rozpłynęła się powoli, jak lód w szklance zostawionej na słońcu. Mniej telefonów. Role coraz mniejsze — matka głównej bohaterki, sąsiadka, głos w reklamie karmy dla kotów, co zresztą było ironiczne, gdy patrzę na to teraz. W dwa tysiące dziewiątym roku moja agentka, Ewa, powiedziała mi wprost przez telefon: "Basiu, rynek się zmienił, nowe twarze, nic osobistego". Nic osobistego. A ja miałam trzydzieści cztery lata i czułam się jak mebel wystawiony na chodnik.
Wtedy pojawiła się Kasztanka.
Nie, nie koń — suczka, mieszaniec, którą znalazłam skowyczącą pod wiaduktem na Glinkach, gdy wracałam z castingu, na który nawet mnie nie zaprosili do drugiej tury. Miała złamaną łapę i kleszcze wielkości fasoli. Zabrałam ją do weterynarza przy ulicy Gdańskiej, zapłaciłam trzysta osiemdziesiąt złotych, których wtedy nie miałam nadwyżki, i zostawiłam ją u siebie "na chwilę".
Ta chwila trwa do dziś, tylko że Kasztanki już nie ma — odeszła w dwa tysiące szesnastym, mając trzynaście lat, a ja przez ten czas zdążyłam przygarnąć kolejnych czterdzieści dwa psy i chyba ze sto kotów, których już nie liczę dokładnie.
Mój mąż, Robert, poznałam właśnie przez to schronisko — przywiózł mi wtedy karmę hurtowo, bo pracował w firmie transportowej, i został na trzy godziny dłużej niż planował, pomagając mi budować boksy. Pobraliśmy się dwa lata później, w dwa tysiące jedenastym, w urzędzie stanu cywilnego przy Jezuickiej, a na weselu zamiast orkiestry mieliśmy szczekanie psów, które zostały same w domu i wyraźnie miały nam to za złe.
Nie mówię tego wszystkiego, żeby ktoś mnie żałował. Chcę powiedzieć co innego: to nie było odejście z kariery. To była zamiana jednej sceny na drugą, tylko że na tej drugiej nikt nie oklaskiwał, za to nikt też nie mówił mi, że jestem za stara na rolę dwudziestopięciolatki.
Ale to nie znaczy, że było łatwo. W dwa tysiące czternastym roku gmina chciała zabrać nam działkę pod inwestycję drogową — mieliśmy sto dwadzieścia siedem zwierząt na stanie i osiemnaście dni na "uregulowanie sprawy", jak to ujęto w piśmie. Ja, była aktorka, siedziałam po nocach z prawnikiem, panem Kaczmarkiem, czytając przepisy o ochronie zwierząt, których nigdy w życiu nie musiałam znać. Zrobiłam wtedy coś, czego nie zrobiłabym na żadnym castingu — poszłam do lokalnej telewizji, poprosiłam o wywiad, powiedziałam wprost, kim byłam kiedyś i kim jestem teraz, i pokazałam kamerze te osiemnaście dni w liczbach: sto dwadzieścia siedem istnień, dziewięć wolontariuszy, zero planu B.
Zebraliśmy sto dziewięć tysięcy złotych w dwa tygodnie. Kupiliśmy działkę obok, o dwa hektary większą, przy drodze na Osielsko.
Dziś, gdy ludzie rozpoznają mnie na targu przy Wełnianym Rynku — a zdarza się to coraz rzadziej i zawsze mnie to trochę bawi — pytają, czy nie tęsknię za tamtym życiem. Za czerwonymi dywanami, za tym, żeby ktoś robił mi zdjęcia, gdy jem sałatkę w restauracji.
Odpowiadam im zawsze to samo: idę wtedy do boksu numer siedem, gdzie mieszka teraz stary owczarek imieniem Budyń, ślepy na jedno oko, którego nikt nie chce adoptować od czterech lat. Siadam na betonowej podłodze, on kładzie mi łeb na kolanach, a ja czuję, jak oddycha.
Nikt mnie wtedy nie fotografuje. I dobrze.
