**Świąteczny film, którego nikt nie pokazał w telewizji**

Świąteczny film, którego nikt nie pokazał w telewizji

Od czterdziestu ośmiu godzin nie wychodziła ze studia montażowego wytwórni "Studio Wisła" na warszawskiej Pradze, a na dworze spadł pierwszy styczniowy śnieg. W środku, przy stole montażowym, siedziały trzy osoby — reżyserka Magdalena Wrzosek, producentka Bożena Kalinowska i młoda aktorka Zofia Lipińska, która po raz trzeci oglądała ten sam kadr na monitorze.

— Wytnij to — powiedziała w końcu Bożena. — Do piątku musi być gotowe dla telewizji.

— Nie wytnę — odparła Magdalena i wypuściła powietrze, jakby od tygodnia nie spała. — Ten kadr jest powodem, dla którego ten film w ogóle powstał.

Kadr był prosty. Dwie kobiety biorą ślub pod choinką na tarasie schroniska nad Morskim Okiem, a w tle teściowa całuje synową w policzek i podaje im prezent — srebrną wazę do ponczu, po babci. Trzydziesta druga minuta filmu zrobionego dla platformy "Plus Vod" za budżet trzystu dwudziestu tysięcy złotych.

Widzowie znali Magdalenę Wrzosek przede wszystkim nie z tego, tylko z roli Baśki w serialu "Dom cioci Krysi" — dziecięcej produkcji emitowanej w TVP między 1994 a 2001 rokiem, którą całe jedno pokolenie zna na pamięć. Po serialu wyszła za mąż za koszykarza Marcina Wrzoska, urodziła dwoje dzieci i stopniowo przeszła za kamerę — zaczęła reżyserować świąteczne filmy dla kilku stacji, a od trzech lat była dyrektorką kreatywną "Plus Vod", platformy, która postanowiła zająć niszę opuszczoną przez starsze kanały.

Pierwsze dwa lata minęły bez skandalu. Kręciła ciepłe, spokojne świąteczne historie dla platformy — zakochanych w małych miasteczkach, rodzinne pojednania w Wigilię, stare, oswojone klisze, które widzowie lubili właśnie dlatego, że były przewidywalne. Nikt nie pytał dyrektorki kreatywnej o poglądy. Po prostu oglądali filmy.

Potem przyszedł wywiad. Miesięcznik "Wprost" opublikował z nią rozmowę w listopadzie, miesiąc przed premierą nowego świątecznego filmu. Dziennikarka zapytała wprost: czy "Plus Vod" pokaże w świątecznych produkcjach pary jednopłciowe? Magdalena odpowiedziała wyważenie, choć potem żałowała raczej tonu niż sensu słów:

— Kręcimy filmy o rodzinie tradycyjnej. To jest nasza nisza i nie zamierzamy jej zdradzać.

Następnego ranka telefon nie przestawał dzwonić. Aktorka z konkurencyjnej produkcji opublikowała wpis, w którym nazwała ją "skostniałą". Prowadząca poranny program w prywatnej telewizji powiedziała przed kamerą, że te słowa "cofają polskie kino o dwadzieścia lat". Dyrektor zarządzający platformy, Robert Turski, wezwał ją tego samego popołudnia na rozmowę do biura "Plus Vod" — szklanego pudełka na ostatnim piętrze biurowca przy rondzie Daszyńskiego.

— Magda, ty nie mówisz w imieniu firmy — powiedział, stukając długopisem o biurko. — Wydam oświadczenie, że decyzje o fabule zapadają projekt po projekcie, a nie na podstawie deklaracji.

— Rozumiem — odparła. — Ale film, który teraz montuję, jest już nakręcony. I jest w nim scena, która zaprzecza temu, co wtedy powiedziałam.

Robert uniósł brwi i odłożył długopis, jakby dopiero teraz usłyszał, o co naprawdę chodzi.

Magdalena postanowiła miesiące wcześniej — przed wywiadem, przed skandalem — wprowadzić do nowego świątecznego filmu wątek ślubu dwóch kobiet, bo scenarzystka Dorota Kwiatkowska, z którą pracowała od lat, napisała go po śmierci swojej ciotki, która trzydzieści jeden lat mieszkała z partnerką, bez papierów, bez uznania, bez niczego poza słowem najbliższych. Dorota poprosiła o tę scenę jako o swego rodzaju pomnik. Magdalena zgodziła się bez wahania — jeszcze zanim wywiad się ukazał i przedstawił ją jako kogoś, kim najwyraźniej nie była.

Opublikowała krótkie oświadczenie na swoim profilu: kocham każdego człowieka, fragmenty rozmowy zostały wycięte, niektóre media sieją niezgodę celowo. Nie wycofała słów. Ale nie wycofała też sceny.

Spór w studiu trwał także następnego dnia. Bożena upierała się — partner telewizyjny, "Kanał Familijny" w sieci kablowej, chciał "czystej" wersji na świąteczny blok, bez ryzyka, bez fali komentarzy w mediach społecznościowych tuż przed Bożym Narodzeniem. Magdalena odmówiła przemontowania.

— Dorocie mama nie przyszła na pogrzeb ciotki — powiedziała po prostu, patrząc w ekran, nie na Bożenę. — Przyszła na jej pogrzeb, ale odmówiła powiedzieć, kim dla niej była zmarła. Ja tej sceny nie tknę.

— To ładna historia, Magda, ale mamy piątek — odparła Bożena i sięgnęła po swój kubek, zamieszała, choć herbata już dawno wystygła, i odstawiła go z powrotem, nawet nie łyknąwszy.

Zofia Lipińska, siedząca w kącie z własnym kubkiem, kręciła w nim łyżeczką, nie pijąc, i słuchała bez słowa. Miała dwadzieścia sześć lat, to była jej trzecia główna rola, a scenę z teściową i wazą do ponczu nakręcono z jej prawdziwą babcią, Haliną, która przyniosła z domu własne srebrne naczynie, bo dział rekwizytów nie znalazł odpowiedniego.

— Jeśli ta scena wypadnie z filmu — powiedziała w końcu Zofia i odstawiła kubek na stół, aż zabrzęczała łyżeczka — to ja dzwonię do babci pierwsza. Zanim wy komukolwiek cokolwiek wytłumaczycie.

Nikt jej nie odpowiedział. Na zewnątrz było słychać, jak pługosolarka jedzie ulicą, zgrzytając metalem o asfalt.

W piątek rano Robert Turski przyszedł do studia osobiście. Trzymał teczkę z umową na emisję telewizyjną — sześćset tysięcy złotych za prawa, płatne po dostarczeniu wersji "dopuszczonej do emisji". Usiadł naprzeciwko Magdaleny przy stole montażowym, nie zdejmując płaszcza, jakby liczył, że rozmowa potrwa pięć minut.

— Telewizja chce cięcia do południa. Dzwonili trzy razy.

— Nie będzie cięcia. — Magdalena otworzyła laptopa, nie patrząc na niego.

— Magda, to sześćset tysięcy.

— Wiem, ile to jest. — Palce jej drżały trochę, kiedy szukała pliku, i musiała kliknąć dwa razy, bo za pierwszym razem otworzyła nie ten folder. W końcu znalazła e-mail, który napisała w nocy — list do dyrektora "Kanału Familijnego", informujący, że "Plus Vod" wycofuje ofertę okna telewizyjnego. Obok pokazała mu drugi dokument, umowę z mniejszym serwisem streamingowym — trzysta tysięcy, ale bez cięć.

Robert przez chwilę czytał w milczeniu, przesuwając wzrok po ekranie, potem oparł się o krzesło i patrzył gdzieś w bok, na monitor z zastygłym kadrem — waza, pocałunek, śnieg za szybą.

— Ty rozumiesz, że jak to podpiszę, to ja będę się tłumaczył zarządowi, nie ty.

— Rozumiem.

— A jak subskrypcje spadną choćby o parę procent, wrócimy do tego rozmowy.

— Wtedy porozmawiamy.

Wstał, zapiął płaszcz, którego wcześniej nie zdjął, i wyszedł bez słowa, telefon już przy uchu, zanim drzwi się za nim zamknęły. Magdalena została przy stole, nie odrywając wzroku od klawiatury, choć nic już nie pisała. Zofia podsunęła jej swój kubek z wystygłą herbatą — swój, bo Magdalena od rana nie zdążyła zrobić sobie żadnej — i Magdalena wypiła łyk, nie mówiąc dziękuję, tylko kiwnęła głową w jej stronę.

Robert wrócił po czterdziestu minutach, otrzepując śnieg z rękawa płaszcza.

— Podpisuję. — Rzucił teczkę na stół, aż podskoczyła łyżeczka w kubku. — Ale jak to się nie uda, to ja pierwszy przypomnę ci tę rozmowę.

— Przypomnisz — powiedziała Magdalena i podsunęła mu długopis.

Podpisał, nie siadając, i wyszedł, zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek więcej.

Film ukazał się 20 grudnia na platformie "Plus Vod", bez cięć, z prawdziwą wazą babci Haliny w kadrze i z imieniem ciotki Doroty w napisach — "poświęca się pamięci Marii Kwiatkowskiej, 1958–2019".

W drugi dzień świąt Halina zadzwoniła do Zofii, żeby powiedzieć, że przestawiła wazę z kredensu na półkę w salonie, tam, gdzie wcześniej stało zdjęcie ślubne jej i dziadka.

— Bo teraz to jest ważniejsza waza — powiedziała tylko i zaraz zapytała, czy Zofia przyjedzie na sylwestra, bo trzeba będzie odśnieżyć podjazd, a ona już nie da rady sama.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: