Pani Krystyna Wachowicz, kościelna od trzydziestu jeden lat, dobrze pamięta dzień, w którym ktoś przybił do drzwi zakrystii kartkę z napisem: kot ma zniknąć z terenu parafii do końca miesiąca. Bez podpisu. Nikt się nie przyznał, że to napisał, a proboszcz tylko wzruszył ramionami i powiedział, że skargi na zwierzę spływają od dłuższego czasu.
Kot nazywał się Kicek. Rudy, w białe łaty, z uciętym kawałkiem lewego ucha po jakiejś dawnej bójce. Mieszkał przy kościele od czterech lat, odkąd jako kociak przywędrował spod targowiska przy ulicy Górnośląskiej. Nikt go tam nie zaprosił, ale nikt też nie przepędził — a z czasem stał się częścią tego miejsca tak samo jak stara lipa przy plebanii czy zardzewiała tabliczka z godzinami mszy.
Dzieci ze szkoły przy parafii głaskały go po drodze na religię. Pan Tadeusz, emerytowany kolejarz, codziennie o dziewiątej rano wystawiał mu na schodku plastikową miskę z wodą i resztkami kiełbasy. Wolontariuszki z parafialnego koła Caritas dokładały suchą karmę z dyskontu przy rondzie. Kicek nie prosił o więcej. Wygrzewał się na murku, czasem wskakiwał na parapet zakrystii i patrzył przez szybę, jak ksiądz przygotowuje kielichy do mszy.
A jednak ktoś uznał, że to za dużo.
Krystyna nie wiedziała, kto konkretnie się skarżył — może ktoś z rady parafialnej, może sąsiad z bloku obok, któremu kot włazil na balkon. Wiedziała tylko, że sprawa nabrała tempa, kiedy w niedzielę po sumie jeden z parafian, mężczyzna w garniturze, którego Krystyna widziała po raz pierwszy w życiu, oznajmił przy ludziach, że zwierzę roznosi choroby i że kościół to nie schronisko.
Tydzień później Kicek zniknął.
Krystyna szukała go najpierw pod samochodami, potem w piwnicy plebanii, wreszcie zapytała listonosza, czy go nie widział. Nikt nic nie wiedział. Minęły trzy dni, potem tydzień. Dzieci pytały o kota po lekcjach religii, a ona nie miała im co odpowiedzieć.
Dziewiętnastego dnia usłyszała miauczenie — cienkie, urwane, dochodzące skądś z góry. Stanęła na środku dziedzińca i podniosła głowę. Kicek siedział na wąskim gzymsie wieży, tam gdzie kamienna balustrada odchodzi od dachu nawy bocznej, ponad dziesięć metrów nad ziemią. Chudy, z sierścią zlepioną od deszczu, przyciśnięty plecami do muru tak, jakby bał się poruszyć choćby o centymetr.
Nikt nie wiedział, jak się tam dostał ani ile dni tam spędził. Dozorca kościelny podejrzewał, że wdrapał się po rusztowaniu, które stało przy wieży od remontu dachu, a potem rusztowanie zdemontowano i kot został odcięty od świata.
Straż pożarna z komendy przy ulicy Nowy Świat przyjechała po dwóch godzinach. Drabina sięgała za nisko. Wysłano zgłoszenie do jednostki specjalistycznej z drugiego końca miasta, ale tam odpowiedziano, że akcje dla zwierząt nie są priorytetem. Krystyna zadzwoniła do straży miejskiej, do fundacji "Kocia Łapa", do lokalnej gazety. Nikt nie miał gotowego rozwiązania — most przy wieży był za wąski dla podnośnika, a sam kot, przerażony, uciekał w głąb gzymsu za każdym razem, gdy ktoś się zbliżał.
Przez te dni ludzie z parafii przychodzili codziennie rano, zanim jeszcze zaczynały się lekcje w szkole, i patrzyli w górę. Pan Tadeusz przynosił drabinę, choć wiedział, że nie sięgnie. Dzieci rysowały kredą na chodniku serca i napis "Kicek, trzymaj się". Ktoś zostawił pod murem miskę, chociaż jedzenie nie miało jak do niego dotrzeć.
Autor tamtej anonimowej kartki nie pokazał się ani razu.
Rozwiązanie znalazł w końcu strażak z jednostki ochotniczej spod Kalisza, niejaki Marek Sobczyk, który przywiózł własnym transporterem drabinę teleskopową używaną przy pracach na liniach energetycznych. Dwudziestego dnia rano, kiedy słońce dopiero wschodziło nad dachami kamienic przy rynku, wjechał na wysokość gzymsu i przez dłuższą chwilę po prostu siedział nieruchomo, nie wyciągając ręki, dając kotu czas.
Kicek nie próbował uciec. Podszedł sam, powoli, jakby rozpoznał w tym geście coś znajomego — może po prostu zmęczenie kazało mu zaufać. Marek wsunął go pod kurtkę i zjechał na dół, a na dziedzińcu zebrało się już z dwadzieścia osób, które od dwudziestu minut stały bez słowa, nie odrywając oczu od drabiny.
Kot trafił najpierw do lecznicy weterynaryjnej przy ulicy Częstochowskiej. Odwodnienie, dwa kilogramy mniej niż normalnie, rana na łapie od kamienia. Weterynarz powiedział, że przeżył dzięki deszczowej wodzie zbierającej się w zagłębieniu gzymsu.
Sprawa anonimowej kartki wyjaśniła się przypadkiem, bo proboszcz, poruszony całą historią, zwołał zebranie rady parafialnej i zapytał wprost, kto z obecnych składał skargę. Milczenie trwało długo, aż w końcu odezwał się właśnie ten mężczyzna w garniturze — jak się okazało, nowy członek rady, pan Wiesław Krupa, który wprowadził się do bloku przy kościele pół roku wcześniej i uważał, że zwierzę brudzi elewację i straszy jego wnuki.
Proboszcz nie robił z tego widowiska. Powiedział tylko, że Kicek wraca na teren parafii, i że jeśli komuś to przeszkadza, może zgłosić się osobiście, a nie przez anonimowe kartki na drzwiach.
Dziś Kicek mieszka na dziedzińcu szkoły parafialnej przy tej samej ulicy. Ma swój koszyk w kotłowni, dokładkę suchej karmy od Caritas i codzienną wizytę pana Tadeusza z miską wody. Dzieci znów głaszczą go po drodze na religię. Pan Krupa, jak mówią sąsiedzi, przechodzi teraz obok kota bez słowa, ale też bez kartek.
Krystyna czasem, zamiatając dziedziniec wieczorem, podnosi głowę w stronę wieży, tam gdzie przez dziewiętnaście dni siedziała mała ruda plamka na tle szarego kamienia. Nie mówi nic. Po prostu zamiata dalej, a Kicek śpi w tym czasie w kotłowni, zwinięty na starym kocu, który ktoś przyniósł z domu i nikt się do niego nie przyznał.
