Ryszard Woźniak wysiadł z taksówki dwie godziny wcześniej, niż planował — lot z Frankfurtu skrócono o burzę nad Berlinem, a on, zamiast dzwonić do domu, po prostu kazał kierowcy jechać prosto pod Konstantynów, do willi, którą kupił jeszcze przed ślubem. Chciał zaskoczyć żonę. Od trzech tygodni myślał głównie o matce.
Halina Woźniak, siedemdziesiąt trzy lata, po zapaleniu płuc w marcu ledwo trzymała się na nogach — potrzebowała pomocy przy wstawaniu, męczyła się po dziesięciu krokach. Ryszard zostawił ją pod opieką żony, Beaty, i wyjechał na kontrakt do Niemiec, bo firma budowlana, którą prowadził od dwunastu lat, właśnie podpisywała umowę na halę magazynową pod Lipskiem. Beata przez telefon powtarzała jedno i to samo:
— Wszystko gra. Mama je, śpi, ogląda telewizję. Nie martw się.
Taksówkarz zaparkował przy bramie. Ryszard zapłacił, wziął walizkę i poszedł pieszo podjazdem — chciał usłyszeć, jak wita go pies, może zobaczyć matkę na tarasie z kocem na kolanach. Zamiast tego usłyszał krzyk.
— Jedz szybciej! I nie waż mi się odzywać!
Głos Beaty. Ostry, jak nie z tego domu. Ryszard zamarł przy żywopłocie z tui, które sam sadził pięć lat temu, i po chwili zajrzał przez prześwit między gałęziami.
Obok starej budy po psie, na zimnych płytkach tarasu, siedziała jego matka. W wyciągniętym swetrze, z rozczochranymi włosami, trzymała w rękach metalową miskę — tę samą, z której kiedyś jadł Rex, zanim padł trzy lata temu. W misce leżały resztki makaronu z sosem. Halina jadła bez słowa, pochylona nad miską, palce drżały jej, gdy podnosiła widelec.
Beata stała obok w białej sukience od Simple, z filiżanką kawy w dłoni, i patrzyła na teściową, jakby patrzyła na coś, co trzeba było posprzątać.
— Znoszę cię w tym domu tylko przez Ryśka — powiedziała, nie podnosząc głosu, co było gorsze niż krzyk. — Ty zawsze musiałaś wiedzieć lepiej. Trzynaście lat mi powtarzałaś, że źle prowadzę ten dom, że w kuchni stoję nie tam, gdzie trzeba, że firmę syna znasz lepiej niż ja, bo to ty go wychowałaś. No to teraz zobacz, kto tu rządzi. Zrobię wszystko, żebyś sama się stąd wyniosła. Twoje miejsce jest przy budzie, nie w salonie.
Halina nic nie odpowiedziała. Odstawiła widelec, otarła usta wierzchem dłoni i wróciła do jedzenia.
— I pamiętaj — dodała Beata, poprawiając pasek zegarka — jak Rysiek zadzwoni, powiesz, że wszystko w porządku. Bo jak nie, to następnym razem będziesz jadła za bramą.
Ryszard stał za tują, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Gdzieś za oknem kuchni telewizor gadał sam do siebie — akurat leciały wiadomości o cenach gazu, ktoś w studiu przekrzykiwał drugiego gościa. Z klatki schodowej sąsiedniej posesji dobiegało ujadanie jamnika, którego właścicielka codziennie wyprowadzała o tej samej porze. Zwyczajne dźwięki wtorkowego popołudnia, a on stał i słuchał, jak wali się w gruzy dwanaście lat małżeństwa.
Zrobił krok. Potem drugi. Liście żywopłotu otarły mu ramię, gdy wyszedł na otwartą przestrzeń tarasu.
Beata zobaczyła go pierwsza i filiżanka o mało nie wypadła jej z ręki.
— Rysiek… już wróciłeś? To nie tak, jak myślisz…
Nie odpowiedział. Podszedł prosto do matki, ukląkł na zimnych płytkach obok niej — w garniturze, w którym jeszcze cztery godziny temu siedział na sali konferencyjnej w Lipsku — i delikatnie zabrał jej z rąk metalową miskę. Odstawił ją na bok, jakby odkładał coś brudnego, czego nie chce dotykać dłużej niż to konieczne.
— Mamo — powiedział cicho. — Chodź. Wstajemy.
Pomógł jej się podnieść, otulił ją swoją marynarką, bo trzęsła się nie tylko ze strachu. Dopiero wtedy odwrócił się do żony. Nie krzyczał. Głos miał równy, jakby czytał punkt umowy.
— Od kiedy to trwa?
— Rysiek, to nieporozumienie, ja tylko chciałam ją zdyscyplinować, ona nie chciała jeść normalnie przy stole, brudziła obrus…
— Od kiedy.
Beata milczała chwilę, potem uniosła brodę, jakby się w końcu poddawała, ale nie skruszona, tylko zmęczona udawaniem.
— Od trzech tygodni. Od kiedy wyjechałeś i zostawiłeś mnie tu z nią samą, żebym gotowała, prała i słuchała, jak mi tłumaczy, że twoja pierwsza żona robiła to lepiej. Nie jestem twoją matką, Rysiek, i nie chcę nią być. Chciałam, żeby raz siedziała cicho.
Tego wieczoru głos Ryszarda po raz pierwszy się załamał — nie na krzyk, tylko na chrypkę, gdy próbował wytłumaczyć matce przez telefon lekarzowi rodzinnemu, dlaczego dzwoni o dwudziestej trzeciej i czy można umówić wizytę na jutro rano. Zadzwonił też do swojego prawnika, Marka Sobolewskiego, z którym prowadził interesy od lat i który znał go na tyle, żeby nie zadawać zbędnych pytań przez telefon. Umówili się na dziewiątą rano w kancelarii przy ulicy Piotrkowskiej.
Rano Marek nie musiał niczego tłumaczyć długo — rozdzielność majątkowa mieli od ślubu, willa była zapisana na Ryszarda jeszcze sprzed małżeństwa. Trudniejsze było wspólne konto i BMW zarejestrowane na firmę, ale i to Marek załatwił jednym telefonem do księgowej.
— Zostanie jej połowa konta, zgodnie z umową — powiedział, podsuwając dokumenty. — Reszta przy tobie. Chcesz się kłócić o auto?
— Niech je zabierze. Chcę tylko, żeby wyniosła się z domu do piątku.
W piątek rano, kiedy Beata pakowała ostatnie pudło do bagażnika BMW, na podjeździe stała już taksówka, którą Ryszard zamówił matce na wizytę u kardiologa w klinice na Żeromskiego. Halina siedziała na ławce przy wejściu, w nowym płaszczu, który syn kupił jej dzień wcześniej, i trzymała na kolanach kopertę z wynikami badań.
Beata przeszła obok, nie patrząc w jej stronę. Zatrzymała się dopiero przy furtce.
— Ryszard, ja naprawdę…
— Klucze zostaw na stole w holu — powiedział, nie podnosząc głowy znad telefonu, w którym właśnie czytał wiadomość od notariusza. — Zamek zmienię w poniedziałek.
— Jeszcze pożałujesz — rzuciła, wsiadając do auta. — Zobaczysz, jak będzie wyglądało twoje życie bez kogoś, kto naprawdę je ogarnia.
Nie odpowiedział. Samochód odjechał. Taksówkarz trąbił z niecierpliwością, wskazując na zegarek — miał jeszcze dwa kursy przed południem.
— Już jedziemy, już jedziemy — powiedział Ryszard, pomagając matce wstać z ławki.
— Ten płaszcz jest o numer za duży — odezwała się nagle Halina, poprawiając rękaw. — Powinieneś był wziąć trzydzieści osiem, nie czterdzieści.
Ryszard spojrzał na nią, po raz pierwszy od trzech tygodni słysząc, jak narzeka na coś tak zwyczajnego jak rozmiar płaszcza, i otworzył przed nią drzwi taksówki.
— Wymienimy go w sobotę, mamo. Obiecuję.
