Bożena wstawiła czajnik i patrzyła, jak zza mgły na szybie wyłania się bilbord myjni samochodowej po drugiej stronie ulicy. Wtorek, za dwadzieścia siódma rano, radio w kuchni mamrotało prognozę na dziś: osiem stopni, mżawka do południa. Zza ściany dobiegał kaszel Ryszarda — teścia, którego przygarnęła dwa lata temu, gdy zmarła jej matka i zostały tylko we dwoje w tym mieszkaniu na Woli.
Zięć, Konrad, wszedł do kuchni już ubrany, w kurtce warsztatowej z logo "Auto-Konrad" na piersi. Nalał sobie kawy, nie patrząc na teściową.
— Muszę z tobą pogadać. O papierach na warsztat.
— Jakich papierach?
— No tych od ojca. Że jak coś, to warsztat idzie na mnie.
Bożena postawiła kubek na blacie tak, że aż brzęknęło.
— Ryszard nic mi o tym nie mówił.
— Bo to i nie jego sprawa była, tylko moja i notariusza. — Konrad wreszcie na nią zerknął. — Ty się tym warsztatem nigdy nie zajmowałaś. Ojciec chce, żeby po nim zostało to, co zbudował, w rodzinie. A rodzina to ja.
— A ja to co?
— Ty jesteś… no, teściowa. — Wzruszył ramionami, jakby to wszystko tłumaczyło.
Warsztat przy Grunwaldzkiej 44 Ryszard prowadził od dwudziestu jeden lat. Bożena pamiętała, jak w pierwszych latach po ślubie córki z Konradem jeździła tam po pracy, przywoziła obiady w termosie, pomagała ogarniać papiery, kiedy księgowa akurat urodziła dziecko i zniknęła na pół roku. Kasia, jej córka, zmarła cztery lata temu — wypadek na obwodnicy, mokra jezdnia, ciężarówka nie zdążyła wyhamować. Od tego dnia Bożena zaczęła jeździć do Ryszarda w każdą niedzielę, potem co drugi dzień, aż w końcu przeniosła swoje rzeczy do jego mieszkania, bo sam nie dawał już rady z zakupami ani z lekami.
Konrad ożenił się ponownie osiemnaście miesięcy temu. Nowa żona, Patrycja, prowadziła salon kosmetyczny na Mokotowie i od razu zaczęła pytać, dlaczego to teściowa mieszka z ojcem Konrada, a nie odwrotnie.
— Ojciec się zestarzał, córka nie żyje, ty ciągle tu siedzisz jak… — Konrad urwał, zanim dokończył zdanie, ale Bożena i tak je usłyszała, całe, bez reszty.
— Jak kto, Konrad?
— Nieważne. Po prostu podpiszesz papier, że rezygnujesz z ewentualnych roszczeń do warsztatu. Formalność. Notariusz czeka na dziesiątą.
— A ojciec o tym wie? Że masz już umówionego notariusza?
— Wie, wie. Zgodził się, tylko nie chce o tym gadać, bo się stresuje. Wolał, żebym to ja załatwił.
Tego samego wieczoru, kiedy Ryszard już spał, Bożena usiadła przy jego biurku w pokoju, który kiedyś był gabinetem, i otworzyła szufladę z dokumentami. Nie szukała niczego przeciwko Konradowi — po prostu chciała wiedzieć, na czym stoi, zanim podpisze cokolwiek na dziesiątą. Znalazła stary zeszyt w kratkę, w którym Ryszard prowadził rozliczenia jeszcze przed erą programów księgowych. Na ostatniej zapisanej stronie, datowanej na marzec, jego charakterem pisma, drżącym już wtedy: "Warsztat zapisać na Bożenę. Ona jedyna została."
Nie powiedziała o tym Konradowi. Zamiast tego następnego ranka zadzwoniła do notariusza, pana Wieczorka, z którym Ryszard współpracował od lat przy fakturach za wynajem hali.
— Pan Ryszard był u mnie trzy tygodnie temu — powiedział notariusz, kiedy przyszła do kancelarii przy Marszałkowskiej. — Sporządził testament. Warsztat, konto firmowe i połowa mieszkania na Grunwaldzkiej idą na panią. Zięć pani o testamencie nie wie i, o ile mi wiadomo, żadnego notariusza na dzisiaj nie umawiał — u nas w każdym razie nikt na dziesiątą nie jest wpisany.
Bożena wyszła z kancelarii i usiadła na ławce przy fontannie na placu, chociaż było zimno i ławka była mokra. Telefon w torebce zawibrował — Konrad, trzeci raz tego dnia. Nie odebrała. Pomyślała tylko, że dziesiąta już minęła, a ona nadal nigdzie się nie stawiła.
Kryzys przyszedł w niedzielę, na obiedzie, który Patrycja zorganizowała w restauracji przy Nowym Świecie, żeby, jak powiedziała, "wreszcie wszystko sobie wyjaśnić przy ludziach". Ryszard siedział na końcu stołu, w marynarce, która teraz wisiała na nim luźno, i mieszał zupę, nie jedząc.
— Więc jak, teściowo — zaczęła Patrycja, kiedy podano drugie danie — podpisała pani już to zrzeczenie?
— Nie.
— Słucham?
Bożena wyjęła z torebki kopertę i położyła ją na obrusie, obok talerza Konrada.
— To kopia testamentu Ryszarda, sporządzonego u notariusza Wieczorka trzy tygodnie temu. Warsztat i połowa mieszkania są zapisane na mnie. Możecie to sprawdzić w kancelarii przy Marszałkowskiej, godziny przyjęć do siedemnastej.
Konrad otworzył kopertę, przebiegł wzrokiem po pierwszej stronie, potem po drugiej. Ręce mu drżały tak, że papier szeleścił.
— Tato. Tato, mówiłeś, że idziemy do notariusza. Że się zgadzasz.
Ryszard odłożył łyżkę i przez chwilę patrzył na plamę tłuszczu, jaka zebrała się na wierzchu zupy.
— Bałem się ci powiedzieć wprost, że już wszystko podpisałem inaczej. Wolałem, żebyś sam sobie umówił tego notariusza i sam się od niego dowiedział, że nie ma czego podpisywać. Tchórzostwo, wiem.
Patrycja odsunęła krzesło z takim hukiem, że kelner przy sąsiednim stoliku odwrócił się mimowolnie.
— To jakiś absurd, warsztat trzeba przepisać na rodzinę, na krew, a nie na obcą kobietę, która się tu podczepiła po śmierci córki!
— Ja się nie podczepiłam, Patrycjo. Ja mu zupę gotowałam, kiedy wy przyjeżdżaliście raz na trzy miesiące po pieniądze na urodziny dziecka od pierwszej żony Konrada.
Konrad otworzył usta, jakby chciał coś odpowiedzieć, ale nie odpowiedział nic. Siedział z kopertą w rękach.
Bożena zapięła płaszcz i wyjęła z torebki telefon. Na ekranie widniała aplikacja banku, konto firmowe warsztatu, do którego Ryszard dopisał ją jako współwłaścicielkę tydzień temu, po wizycie u notariusza. Saldo: sto dwanaście tysięcy złotych — całoroczny obrót, który Konrad już zdążył liczyć jako swój.
— Zamknę to konto na twoje nazwisko jako pełnomocnika jutro rano, w oddziale na Grunwaldzkiej. Faktury za części od piątku sama podpiszę. A ty, jeśli chcesz dalej pracować w tym warsztacie, będziesz to robił jako mechanik na etacie, tak jak każdy inny pracownik.
— A jak nie będę chciał?
— To sobie otworzysz konkurencję na drugim końcu ulicy. Masz na to prawo, papiery, doświadczenie. Tylko klientów ojca będziesz musiał sobie sam zbudować, tak jak on kiedyś.
Wyszła z restauracji pierwsza, zostawiając kopertę na obrusie obok wystygłej zupy Ryszarda. Na chodniku mżyło. Otworzyła parasol, minęła zaparkowany rząd samochodów z rozmytymi w deszczu numerami rejestracyjnymi i skręciła w stronę przystanku, na którym akurat podjeżdżał autobus, chlapiąc wodą z kałuży po krawężniku.
