Gruby Gienek

Od pięciu lat nasz dom należał do kota. I nie mówię tego z przymrużeniem oka — mówię to z pełną powagą. Gienek, bo tak nazwaliśmy to bure stworzenie z rudymi łatami na brzuchu, ważył jedenaście kilo i nosił ten ciężar z godnością emerytowanego zapaśnika. Jego pysk — wiecznie niezadowolony, z obwisłymi policzkami i fałdą tłuszczu tam, gdzie teoretycznie powinna być szyja — wyrażał wyłącznie pogardę. Dla nas, dla dwóch kotek, dla jedzenia w misce, które było nie dość świeże, i dla całego świata.

Stefan, mój mąż, prowadzi warsztat samochodowy na obrzeżach Krakowa i wraca do domu zmęczony. Gdy widział, jak układam na talerzyku plastry łososia wędzonego na parze z koperkiem i dokładam do tego krewetki królewskie — bo Gienek podobno miał alergię na zwykłą karmę i tylko to tolerował — zaciskał szczęki.

— Mela, ten kot je lepiej niż ja. Ty się zastanów, co robisz.

— On jest chory, Stefek. Weterynarz sam mówił, że trzeba uważać z trzustką.

— Trzustką? Kobieto, on ma dwanaście lat, a ty go karmisz jak króla. Spójrz na niego — nie mieści się w kuwecie.

Gienek rzeczywiście ledwo się mieścił. Do kuwety, na fotel, na parapet. Na ten ostatni nie wchodził już od dwóch lat — po prostu nie był w stanie. Kiedyś spróbował, podciągnął się przednimi łapami, ale tyłek został w powietrzu, zadyndał bezradnie i Gienek runął na podłogę z hukiem, który obudził sąsiadkę piętro niżej. Dwie kotki, Czarna i Łatka, patrzyły na to z drugiego końca pokoju i nawet nie próbowały ukryć rozbawienia. Miały prawo — Gienek traktował je jak intruzów, bił łapą, gdy przechodziły za blisko, syczał, gdy piły z jego miski z wodą.

A ja płakałam. Naprawdę. Patrzyłam, jak Gienek leży na boku, dyszy, z trudem podnosi ten swój wielki łeb, a w jego ślepiach jest coś tak bezradnego, że ściskało mi gardło. Więc kroiłam łososia na mniejsze kawałki i dodawałam jeszcze jedną krewetkę.

Tamtej nocy obudziło mnie miauknięcie — krótkie, ostre, jakby ktoś nadepnął kotu na ogon. Była trzecia nad ranem, majowy deszcz bębnił o parapet, a w kuchni paliła się lampka nad blatem, którą zawsze zostawiam na wszelki wypadek. Gienek siedział na środku dywanu i patrzył przed siebie. Naprzeciwko niego, nie dalej niż pół metra, siedział czarny kot. Chudy jak wiór, z pyskiem wyciągniętym w dół i uszami sterczącymi na boki. Wyglądał jak nietoperz. Żywy, skórzasty nietoperz z wielkimi, okrągłymi ślepiami.

Zamarłam. Obcy kot w mieszkaniu na trzecim piętrze, przy zamkniętych oknach? Chciałam wstać, ale ciało zrobiło się watowane, ciężkie, jakby ktoś przygniótł mnie kołdrą z ołowiu. A one rozmawiały. Na Boga, przysięgam, że rozmawiały. Miauknięcia Gienka były niskie, chrapliwe, tamtego — wysokie i ostre jak igła. Nie wiem, co mówiły, ale widziałam, jak Gienek najpierw się najeżył, potem wtulił łeb w ramiona, a na końcu zamknął oczy. Czarny kot podszedł do niego, złapał go zębami za luźną skórę na karku i pociągnął. Nie po podłodze. W górę, jakby chciał podnieść go za sobą, unieść z tego ciężkiego, zmęczonego ciała.

Obudziłam się o siódmej ze strasznym bólem głowy. Gienek leżał na swoim fotelu, ciężko dysząc, jak po długim biegu. Na parapet padało szare, mokre światło poranka. Podeszłam do okna i wtedy to zobaczyłam — w moskitierze, którą Stefan zakładał w zeszłym roku na wszystkie okna, była dziura. Równa, jakby ktoś przeciął ją nożem, na krzyż. Dwa cięcia, schodzące się w środku, dokładnie na wysokości, na jakiej siadał Gienek, kiedy jeszcze potrafił wskoczyć na parapet.

To powtórzyło się następnej nocy. I jeszcze jednej. Za każdym razem czarny kot był bliżej niż poprzednio — pierwszej nocy pół metra, drugiej może dwadzieścia centymetrów, trzeciej niemal dotykał pyskiem pyska Gienka. I za każdym razem, gdy pociągał go w górę za skórę na karku, Gienek unosił się odrobinę — centymetr, może dwa, tyle, że łapy odrywały się od dywanu — zanim czarny kot go puszczał i znikał, jakby rozpływał się w powietrzu razem z ciemnością.

Trzeciej doby Gienek nie jadł. W ogóle. Podchodził do miski, brał chrupkę w zęby, rozgryzał — i wypluwał. Pił tylko wodę, dużo, łapczywie. Stefan dzwonił do weterynarza, ja siedziałam przy Gienku na podłodze i gładziłam go po łbie. Nie syczał. Nie odsuwał się. Patrzył gdzieś w ścianę, a potem na okno.

Czwartego dnia wieczorem zrobił coś, czego nie zrobił nigdy wcześniej. Ciężko zeskoczył z fotela, przeszedł przez pokój i powoli, jak stary człowiek wchodzący po schodach, wdrapał się na kanapę. Stefan właśnie oglądał wiadomości, ja piłam herbatę z kubka z Chopinem. Gienek położył się na nas. Przednie łapy i łeb na kolanach Stefana, zad i ogon na moich. Znieruchomiał.

Stefan popatrzył na mnie znad okularów. Powoli, dwoma palcami pogładził Gienka po szarym grzbiecie. I wtedy to się stało. Z wnętrza tego wielkiego, tłustego cielska wydobył się dźwięk — niski, wibrujący, jakby odpalił stary silnik Poloneza na warsztacie. Gienek mruczał. Pierwszy raz od pięciu lat.

Tej nocy czarny kot nie przyszedł. Ani następnej. Rano na moskitierze dziura wyglądała inaczej — brzegi się postrzępiły, jakby coś w niej zostało, przeszło przez nią i nie wróciło.

Potem wszystko potoczyło się szybko, choć nie od razu to zauważyłam. Gienek jadł coraz mniej łososia, za to coraz chętniej podjadał suchą karmę z miski Czarnej. Chudł powoli, tydzień po tygodniu, jakby ciało, które przez lata nosiło ten tłuszcz jak pancerz, teraz go oddawało po kawałku. Weterynarz mówił o trzech kilogramach w dwa miesiące, kręcił głową nad kartą pacjenta, pytał, co się zmieniło w diecie. Nie umiałam mu odpowiedzieć. Wiem tylko, że im mniej ważył, tym więcej się ruszał — najpierw przeszedł przez cały pokój bez przerwy na odpoczynek, potem zaczął wskakiwać na fotel jednym susem, aż w końcu pewnego popołudnia, gdy wieszałam pranie, usłyszałam za sobą stuknięcie pazurów o drewno. Odwróciłam się. Gienek siedział na parapecie. Bez krzesła, bez podpórki, po prostu z podłogi.

Siedział tam teraz godzinami, patrząc na ulicę pod blokiem, gdzie ludzie szli do biedronki, a bezpańskie koty kłóciły się przy śmietniku. Łososia nie tknął. Krewetek też. Gdy kładłam mu je pod nosem, odsuwał się i patrzył na Stefana. Czekał, aż mąż weźmie kanapkę i odłamie mu kawałek zwykłej wędliny.

Wczoraj siedzieliśmy znowu we trójkę na kanapie. Gienek leżał między nami, Czarna i Łatka spały zwinięte na fotelu, jedna łapa Czarnej dotykała ogona Gienka i nikt jej nie odgonił. Deszcz przestał bębnić o parapet, zrobiło się cicho i ciepło. Gienek podniósł łeb i spojrzał na okno — na tę załataną moskitierę, przez którą teraz świeciło popołudniowe słońce, rozcinając dywan na krzyż cieniem.

— Mela — powiedział Stefan cicho, nie odrywając wzroku od kota. — Trzeba by tę siatkę zreperować, bo w końcu osa wleci.

Wstałam, wzięłam z szuflady igłę i szpulkę czarnej nici, usiadłam przy oknie. Podniosłam rękę, żeby zacząć zszywać rozcięcie — i zatrzymałam się. Gienek patrzył na mnie z kanapy, a ja odłożyłam igłę na parapet, obok dziury, i wróciłam na swoje miejsce między mężem a kotem, który wreszcie zajmował dokładnie tyle miejsca, ile potrzebował.

Like this post? Please share to your friends:
Uniad
Leave a Reply

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!: