Halina obudziła się o czwartej nad ranem, bo w kuchni coś trzykrotnie stuknęło w parapet — to obluzowany uchwyt od nieszczelnego okna od lat łomotał przy każdym mocniejszym podmuchu znad jeziora. Wrzesień nad Mazurami bywał zdradliwy: po południu jeszcze grzało, a nocą ciągnęło wilgocią tak przenikliwą, że nawet wełniany koc pachniał stęchlizną. Wyciągnęła dłoń na drugą stronę łóżka. Pościel była zimna. Marian nie wracał na noc już piąty raz w tym miesiącu. Tłumaczył, że warsztat w Piszu, że pilne zlecenie z hurtowni, że nie zdąży na ostatni autobus do Mikołajek. Halina znała ten ton — spokojny, o pół tonu wyższy niż zwykle, jakby sam nie dowierzał własnym słowom.
Na parapecie stał słoik po ogórkach, w którym trzymała zapasowe klucze do skrzynki na listy. Wstała, odkręciła pokrywkę i przez chwilę ważyła w dłoni pęk kluczy, jakby to one miały podpowiedzieć, co dalej. Nie podpowiedziały. Poszła do kuchni, nastawiła czajnik — stary, z gwizdkiem, po teściu. Kiedyś ten gwizdek wył o siódmej rano, zanim dzieciaki ruszały na autobus do szkoły, a Marian do warsztatu. Teraz dom stał pusty: Tomek siedział w akademiku w Olsztynie, Laura wynajmowała kawalerkę w Gdańsku. Została tylko ona i te dźwięki, które nie znaczyły już nic.
Telefon brzęknął, gdy wsypywała melisę do kubka. Wiadomość z nieznanego numeru. Bez zdjęcia profilowego. Bez powitania.
„Pani Halino. Jestem tą, o której pani myśli. On jest u mnie. Od lat nie kocha pani. Trwa przy pani z przyzwoitości. Niech pani mu odda papiery rozwodowe, zanim zrobię to ja.”
Czytała to zdanie trzy razy, potem odłożyła telefon na stół ekranem do dołu, jakby sam widok świecącego prostokąta parzył. Już od dawna podejrzewała — za długo patrzył w ekran podczas kolacji, za często zostawiał telefon w samochodzie, wychodząc z domu po „szybki telefon”. Ale podejrzenie to nie to samo, co cudze słowa wybite czarno na tle. Halina usiadła na taborecie i przez dobrą minutę wpatrywała się w punkt na podłodze, gdzie zielone linoleum wyblakło na kształt rozlanej mapy. Potem wstała, nalała wrzątku do zlewu — zapomniała, że kubek już stoi na stole — i zaczęła płakać. Płakała tak, że aż pękła gumka od kuchennego fartucha. To ją otrzeźwiło. „No dobra”, powiedziała do siebie na głos. „Zbierać się.”
Z sypialni wyjęła walizkę z pawlacza — tę samą, z którą przyjechała do Mikołajek siedemnaście lat temu, wypchana po brzegi, w drugim miesiącu ciąży z Tomkiem. W środku wciąż leżał zasuszony liść paproci z ogrodu babci. Halina zwinęła w kłębek dwie bluzy, dżinsy, grube skarpety, dokumenty i kopertę z oszczędnościami: czterysta osiemdziesiąt złotych, które przez rok chowała do puszki po herbacie na wypadek „czegoś”. Tego czegoś nie umiała nazwać, ale teraz wiedziała, że już nadeszło.
Nie dzwoniła po taksówkę. Szła na przystanek PKS wzdłuż jeziora, mijając przystań i sezonowe budki z goframi, pozamykane po wakacjach. Woda pachniała mułem i dymem z komina sąsiada. Buty ślizgały się na mokrych liściach. Nie oglądała się na dom. Babcia mawiała: „Jak się obejrzysz, to pożałujesz. A pożałować można zawsze.”
Autobus do Białegostoku odjeżdżał o siódmej dwadzieścia. Halina wsiadła, usiadła przy oknie, wyjęła telefon, żeby go wyłączyć, ale zamiast tego otworzyła wiadomość od nieznajomej i odpisała jedno zdanie: „Twój problem. Mój adres rozwodowy wyślę z sądu.” Potem wyłączyła telefon i przycisnęła czoło do zimnej szyby. Za oknem przelatywały miasteczka i wsie: Kruklanki, Wydminy, szare pola obsiane rzepakiem, kapliczki obrośnięte bluszczem. W gardle ją dławiło, ale nie płakała. Trzymała kręgosłup prosto, bo tak uczyła kiedyś córkę przed pierwszą rozmową o pracę: „Plecy to twoja tarcza.”
Dom babci stał na skraju wsi pod Tykocinem. Pofalowana ścieżka z płyt chodnikowych, żywopłot z ligustru, brama zardzewiała tak, że trzeba było ją unieść i pchnąć biodrem. Halina weszła do sieni, odnalazła kontakt pod tynkiem, zapaliła gołą żarówkę zwisającą z belki. W środku pachniało woskiem i skwaszonym mlekiem, chociaż od lat nikt tu nie mieszkał. W lodówce stał tylko kamionkowy dzbanek z wodą, który babcia zawsze trzymała „na duchy”. Halina przysiadła na kuferku i rozejrzała się: kuchnia kaflowa, łóżko nakryte kapą w zielone liście, nad drzwiami pęk suszonej lawendy. Na ścianie wisiał oprawiony w ramkę wycinek z „Kobiety i Życia” z 1987 roku, na którym ktoś — pewnie babcia — podkreślił przepis na placek drożdżowy. Halina pamiętała tę stronę na pamięć: drożdże, mąka, osiem żółtek, dużo masła. Babcia piekła go, gdy Halina uciekała tu z miasta po kłótniach z rodzicami.
Pierwszej nocy napaliła w kaflowym piecu. Kafelki pękały z cichym trzaskiem, zza drzwiczek sypały iskry. Płomień najpierw pełzał po drewnie, potem buchnął, aż szyba w oknie zalśniła. Halina siedziała przed piecem na podłodze i jadła chleb ze wsi, maczając go w wodzie z dzbanka. Smakowało tak, jakby cofnęła się o trzydzieści lat.
Rano poszła do sklepu. Przy ladzie stała jej rówieśnica, Beata, z domu Surmacz. Poznała Halinę po głosie, bo ta zamawiała „pół chleba i zapałki”.
— Halinka? A ty tu co?
— Wróciłam na trochę.
Beata odłożyła bochenek, zdjęła okulary, przetarła je rąbkiem fartucha.
— Mąż z tobą?
— Nie.
— A dzieci?
— Dzieci swoje sprawy mają.
Beata podała chleb, policzyła powoli, potem dorzuciła do siatki paczkę karmelków.
— Jak coś, to ja tu do dwudziestej.
Halina wyszła. We wsi było cicho, tylko wiatr ciągnął liście po asfalcie. Przed domem sąsiada stał przywiązany kundel, który na jej widok podniósł łeb i zamerdał ogonem, jakby pamiętał ją z jakiegoś innego życia.
Trzeciego dnia przyjechała Laura. Weszła do sieni, postawiła na podłodze torbę z laptopem i torbę z zakupami.
— Mama. Powiesz mi, co się dzieje, czy mam zgadywać?
— A co ci ojciec powiedział?
— Że wyjechałaś, że nie odbierasz, że się denerwuje.
Halina pokroiła cebulę, wrzuciła na patelnię. Nie potrafiła powiedzieć głośno tego, co zobaczyła na ekranie telefonu. Laura podeszła, zabrała jej nóż z ręki, odstawiła na stół.
— Mamo. Wiem, że masz wiadomość od jakiejś kobiety. Znalazłam twój telefon w szufladzie.
Halina zamrugała.
— Po co grzebałaś?
— Bo tata dzwonił dziesięć razy. Myślałam, że coś się stało.
— Stało się. Ojciec ma kogoś. I to nie jest plotka.
Laura nie zapytała „na pewno?”. Zapytała: „Co chcesz zrobić?”. Halina usiadła przy stole, na którym stała lampa naftowa, i pierwszy raz od tygodni poczuła, że może oddychać pełną piersią.
— Chcę zostać tutaj. Przez jakiś czas.
Laura przyjechała na jeden dzień, a została na tydzień. Rano pracowały zdalnie — Laura w kuchni, Halina w ogrodzie, bo babciny laptop i telefon komórkowy to były różne stulecia. Po południu grabiły liście, paliły stare mirabelki, rozmawiały. Laura opowiadała o pracy w księgowości, o tym, że szef ją docenia, że nie zamierza wracać do Mikołajek. Halina słuchała i myślała: jak to się stało, że córka, którą uczyła wiązać sznurówki, mówi teraz rzeczowo o podatkach i zarządzaniu kryzysowym.
Dziesiątego dnia pod dom podjechał Marian. Halina zobaczyła go zza firanki w kuchni. Wysiadł z passata, postał chwilę przy masce, potem wyjął z bagażnika siatkę z chemią do kuchni i dwie reklamówki warzyw. Wyglądał starzej. Nieogolony, kurtka nie ta co zawsze, jakby wyjeżdżał w pośpiechu. Zapukał do drzwi. Halina otworzyła.
— Halina.
— Marian.
— Mogę wejść?
— To zależy po co.
— Po normalnemu. Przywiozłem zakupy. I chcę porozmawiać. Nie przyjechałem cię przepraszać na kolanach. Przyjechałem powiedzieć, co wiem.
Halina cofnęła się o krok. W sieni zabrzmiało echo jego kroków. Usiadł na kuferku, tak jak ona pierwszego dnia. Nie rozpinał kurtki, jakby dawał sobie prawo do odwrotu.
— Znajdziesz go w hurtowni pod Orzyszem. Ma na imię Wiesław. — Marian powiedział to cicho, jakby cena, którą wymienia, była zbyt wysoka na głośniejszy ton. — Pracuje w tym samym zrzeszeniu producentów, co ja. Ta kobieta, która do ciebie pisała, to jego żona. Wpadła na mój numer w telefonie Wiesława i pomyliła role. To nie ja mam kogoś, Halino. To on się do mnie przyznał, bo nie miał już siły sam z tym chodzić. Ja tylko wiedziałem i milczałem. To też jest zdrada, wiem.
Halina patrzyła na niego. Serce jej waliło, ale nie chciała dać tego po sobie poznać. Położyła dłonie na stole, żeby nie trzęsły się w powietrzu.
— Więc to nie ty.
— Nie w tym sensie. Ale zamiast ci powiedzieć od razu, wolałem nocować w warsztacie i udawać, że mnie to nie dotyczy. To tchórzostwo, nie zdrada łóżka. Ale tchórzostwo też się liczy.
Halina otworzyła szufladę, wyjęła z niej kartkę i długopis, położyła przed Marianem.
— Napisz to.
— Co?
— Że wiedziałeś i milczałeś. Chcę to mieć czarno na białym, bo inaczej za miesiąc znowu będzie „po normalnemu”.
Marian wziął długopis, napisał kilka zdań, podpisał się. Halina wzięła kartkę, złożyła na pół, schowała do kieszeni swetra.
— A teraz idź. Na razie.
— Halina…
— Idź.
Zamknęła za nim drzwi. Laura zeszła po schodach, stanęła w progu.
— Myślałam, że zostanie dłużej.
— Ja też myślałam.
— I co teraz?
— Teraz jadę do notariusza w Białymstoku. Sprawdzić księgi wieczyste tego domu. Coś mi nie daje spokoju od tamtej rozmowy o pełnomocnictwie, które podpisywaliśmy dwa lata temu, kiedy babcia umierała.
Pojechała nazajutrz. Notariusz, starszy mężczyzna z aktówką pełną segregatorów, przez dłuższą chwilę przeglądał akta, zanim odezwał się, nie podnosząc wzroku znad dokumentów.
— Pani Halino, dom rzeczywiście figuruje teraz jako współwłasność pani i pana Mariana Kościelniaka. Zmiana została wpisana pół roku temu, na podstawie pełnomocnictwa do spraw spadkowych, które pani podpisała.
— Ja nigdy nie zgadzałam się, żeby dom przepisać na niego. To pełnomocnictwo było tylko do odebrania spadku po babci, do formalności w sądzie.
— Formalnie pełnomocnictwo było ogólne. Mąż mógł je wykorzystać szerzej, niż pani zakładała. To jest nadużycie, ale trzeba je udowodnić.
— Jak?
— Trzeba wykazać, że działał niezgodnie z celem, w jakim dostał pełnomocnictwo. Potrzebne będą świadkowie, korespondencja, dowód, że nie wiedziała pani o zmianie wpisu. To się da zrobić. Ale to kosztuje, i to sporo — koło ośmiu tysięcy złotych za całe postępowanie, plus czas.
Halina wstała, wygładziła połę swetra.
— To zacznijmy.
Wróciła do wsi wieczornym busem, z teczką kopii dokumentów pod pachą. W kuchni zastała Laurę przy garnku z zupą.
— I co?
— Dom jest wpisany na nas dwoje. Twój ojciec wykorzystał pełnomocnictwo, które miało dotyczyć tylko spadku.
— Mamo, to jest przestępstwo?
— To jest nadużycie zaufania. Prawnik mówi, że da się to cofnąć, ale trzeba walczyć.
Nazajutrz Marian znów podjechał pod dom, tym razem bez zakupów. Zostawił silnik włączony, jakby sam nie wiedział, czy zostanie. Halina wyszła na ganek, zanim zdążył zapukać.
— Byłam u notariusza — powiedziała, zanim on zdążył otworzyć usta. — Wiem o wpisie. Wiem, że przez pełnomocnictwo od babci zrobiłeś się współwłaścicielem tego domu.
Marian oparł się o maskę auta, nie patrzył jej w oczy.
— Chciałem mieć jakieś zabezpieczenie. Bałem się, że jak coś się między nami popsuje, to zostanę z niczym. Warsztat jest zadłużony, Halino. Wziąłem kredyt pod zastaw naszego mieszkania w Mikołajkach, a to nie wystarczyło. Pomyślałem, że dom babci to… poduszka. Że nic złego się nie stanie, bo przecież jesteśmy małżeństwem.
— Więc mnie okradłeś na zapas. Na wszelki wypadek.
— Nie tak to widziałem.
— A jak?
Marian milczał. Halina podeszła bliżej, wyjęła z kieszeni złożoną kartkę, którą on sam podpisał kilka dni wcześniej — o tym, że wiedział o Wiesławie i milczał.
— Masz tu swój charakter pisma. Zbieram dowody, Marianie. Rozmowę z adwokatem mam spisaną. Wydruk z księgi wieczystej mam. Twoje pismo o milczeniu mam. Jeszcze trochę, i będę miała komplet na nadużycie pełnomocnictwa. To potrwa, ale wygram. I wtedy nie dostaniesz nic — ani połowy domu, ani dobrego słowa przy dzieciach.
Marian oparł czoło o dłoń, oparty łokciem o dach auta.
— Nie chcę tego domu, Halino. Nigdy go nie chciałem. Chciałem tylko nie zostać z niczym.
— To go oddaj. Teraz. Na piśmie. Zanim ja to zrobię przez sąd i zanim to cię będzie kosztowało dużo więcej niż wstyd.
Milczał długo. W końcu sięgnął po telefon, wykręcił numer.
— Muszę zadzwonić do notariusza w Piszu. Jutro tam pojadę, sporządzę akt zrzeczenia. Chcę, żebyś to miała na papierze, nie na słowo.
Halina skinęła głową, nie odpowiedziała od razu. Wróciła do domu, dorzuciła polano do pieca. Płomień buchnął, oświetlił jej twarz w kuchennym oknie.
Trzy dni później Marian przyjechał po raz ostatni. Tym razem miał ze sobą kopertę z aktem notarialnym. Wszedł do sieni, usiadł na tym samym kuferku, podał jej dokument.
— Zrzeczenie się udziału w nieruchomości. I zrzeczenie roszczeń do spadku po babci. Podpisane u notariusza w Piszu, ważne od razu.
Halina przeczytała dokument uważnie, linijka po linijce, zanim złożyła go i schowała do kieszeni swetra.
— Zaniosę to jeszcze do mojego adwokata, żeby sprawdził. Ale dziękuję, że to zrobiłeś bez sądu.
— Nie zasłużyłem na podziękowanie.
— Nie zasłużyłeś. Ale doceniam, że w końcu postąpiłeś uczciwie, choćby na koniec.
Marian wstał, otrzepał kolana z nawyku, chociaż nic na nich nie było.
— A z Wiesławem… rozmawiałem. Powiedziałem mu, że jeśli jego żona jeszcze raz do ciebie napisze, sam pójdę z nią porozmawiać. To nie miało prawa cię dotyczyć.
Halina nie odpowiedziała od razu. Otworzyła drzwi na ganek, wpuściła chłodne powietrze.
— Wejdziesz? — zapytała w końcu.
— Nie. Nie teraz. Chcę wynająć coś w Piszu, uporządkować warsztat. Przyjadę po resztę swoich rzeczy za tydzień.
— Dobrze.
Marian odwrócił się, wsiadł do auta, odjechał. Laura wybiegła na ganek.
— I co?
— Zrzekł się. Na piśmie, u notariusza. Jutro zaniosę to adwokatowi.
— A ty?
— A ja jestem zmęczona jak po dniówce w polu.
Laura objęła ją mocno, pachniała tymi samymi perfumami, które Halina kupiła jej na studniówkę.
— Mama, ty jesteś z żelaza.
— Nie z żelaza. Z tego domu.
Przez chwilę stały tak w ciemności, a z komina sąsiedniej chałupy unosił się dym. Halina czuła, jak naprężone od tygodni mięśnie zaczynają puszczać. Nie z ulgi, tylko z prostego faktu: nareszcie wiedziała, na czym stoi.
Rankiem Halina ubrała się w wełniany sweter babci, wzięła rower sąsiadki i pojechała do kancelarii w Białymstoku. Po drodze minęła stary krzyż, przy którym babcia klękała co niedzielę. W kancelarii pachniało kurzem po starych księgach. Adwokat przeczytał akt zrzeczenia, porównał go z wcześniejszymi dokumentami, potem odłożył okulary na biurko.
— Wszystko w porządku. Akt jest skuteczny. Może pani złożyć wniosek o wykreślenie męża z księgi wieczystej.
Halina podpisała pełnomocnictwo do złożenia wniosku, wyszła z kancelarii. Na ulicy świeciło słońce, pierwsze od tygodnia. Wracała rowerem, czuła, jak kieszeń swetra rozpycha złożony papier. Dom znowu będzie w całości jej. Nie dlatego, że Marian się zlitował. Dlatego, że go do tego zmusiła — dowodami, cierpliwością i jedną rozmową, w której nie ustąpiła ani o krok.
Po południu zjawiła się Laura, zza jej pleców wyszedł Tomek. Przyjechał autobusem, nie pytał ojca, czy może wziąć auto. Uściskał matkę, potem usiadł na progu i długo patrzył na podwórze.
— Mamo, my z Laurą chcieliśmy ci coś powiedzieć.
— Słucham.
— Dzwonili ze spółdzielni. Ojciec wyprowadził się z domu w Mikołajkach. Wynajął pokój w Piszu. Oddał warsztat w zarząd wspólnikowi.
Halina przysiadła obok.
— To jego wybór.
— Nie mamy z nim teraz dużo kontaktu. Nie tworzymy drużyny.
— Ja też nie. Ale to nie znaczy, że nie jest waszym ojcem.
Tomek przytulił ją ramieniem. Halina poczuła zapach jego żelu pod prysznic, którym mył się od liceum.
— Mama, zostaniemy jeszcze na weekend.
Laura kiwnęła głową.
— Ja mogę. Tylko muszę zrobić pranie.
Halina wstała, otworzyła drzwi do sieni, rzuciła im przez ramię:
— To weźcie się za kuchnię, a ja skoczę po drożdżówki. W tej wsi jest taka piekarnia, co jeszcze otwiera w soboty o siódmej. Możecie mi zrobić listę.
Laura roześmiała się.
— Ty z twoją listą.
— A co. Zawsze byłam główna.
Halina ruszyła po ścieżce z płyt chodnikowych, a za nią, na parapecie, leżał złożony akt notarialny, przyciśnięty kamieniem babci. Tomek patrzył na to przez chwilę, potem odwrócił się do siostry.
— Wiesz co?
— No?
— Mama jest wreszcie na swoim.
Laura podniosła kamień, obejrzała, odłożyła z powrotem na papier.
— I nikomu tego nie odda.
Wiatr pociągnął po podwórzu, zaszeleściła w sieni stara firanka. Halina szła do piekarni, a po drugiej stronie uliczki sąsiadka wieszała pranie w ogrodzie, a kundel spod płotu zerwał się, by odprowadzić ją kawałek. Minęła sklep Beaty, pomachała jej przez szybę, potem skręciła w wąską uliczkę, skąd już czuć było zapach świeżych drożdżówek. W kieszeni miała dowód osobisty, w drugiej złożoną studolarówkę, a w głowie datę rozprawy o wykreślenie z księgi wieczystej. Kupiła sześć drożdżówek z serem, jedną dla siebie zjadła od razu, jeszcze ciepłą, stojąc na chodniku przed piekarnią, z papierową torebką tłuszczejącą w dłoni.
